Info


Wcześniejsze rozdziały opowiadania znajdują się na stronie
http://www.yaoi.pl (teksty -> opowiadania -> "Siódmy Krąg" by Wilczyca)

Jeśli ktoś wyraża chęć, mogę informować na bieżąco o pojawianiu się nowych rozdziałów poprzez e-maila. Oto mój mail: dita-fm@wp.pl Możecie też kierować na niego wszelkie pytania, sugestie, ponaglenia, whatever.

środa, 21 grudnia 2011

Rozdział czternasty




14. Cisza przed burzą (część 1)


Wybaczcie mi zwłokę, zaledwie trochę podziubane akapity (skubany blogger znowu je zeżarł, choć na moim wordzie tak ślicznie i spokojnie sobie egzystują) oraz trochę przykrótki rozdział! Mam nadzieję, że nadal mnie kochacie i nie opuścicie ;) Tym akcentem kończę to słowo wstępne i życzę wesołych świąt!

~~~



Poranek, który nastąpił z pewnością był najdziwniejszym porankiem w moim życiu.

Przez sen dotarło do mnie ćwierkanie ptaków. Jakąś cząstką świadomości zmiarkowałem, że okno jest otwarte i to przez to tak wyraźnie słychać odgłosy z zewnątrz. Czułem się mocno zaspany i w odpowiedzi na obudzony już świat, tylko przewróciłem się na drugi bok. Jednak, co mnie zaskoczyło, otarłem się o drugie ciało. Cały się spiąłem i otworzyłem oczy. Na początku oślepiło mnie światło, które wdzierało się do pomieszczenia przez okno. Właśnie w tamtą stronę najpierw spojrzałem, jakby chcąc jeszcze przez chwilę odwlec nieuchronny moment konfrontacji z rzeczywistością. Ku mojemu zdziwieniu okno było otwarte na oścież. Wczoraj tego nie zauważyłem. Firana, podświetlona przez słońce, falowała w powietrzu, zupełnie jak żywe stworzenie. Tańczyła wolno i uspokajająco. Pokój był rozświetlony przez wdzierające się w każdy zakątek pomieszczenia słońce. Ranek musiał przeminąć już dawno.

Przeniosłem wzrok na Dimę. Wciąż spał, otulony kołdrą i z połową twarzy schowaną w poduszce. Najwyraźniej na ten jeden dzień czas przestał nas obowiązywać, pomyślałem z leniwym uśmiechem. Wyciągnąłem dłoń i pogłaskałem go po policzku. Zmarszczył brwi, ale nie podniósł powiek. Przesunąłem dłoń na jego kark, a potem na plecy. To było słodkie uczucie, mieć jego ciepłą, delikatną skórę pod opuszkami palców. Czy wczorajszy dzień coś zmieni? Zagryzłem wargi, nie wiedząc jak na to pytanie odpowiedzieć. Co w ogóle przyniesie mi przyszłość, jeśli nie rychłą śmierć? Spochmurniałem na to zagadnienie. Nie byłem głupcem. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że niedługo przyjdzie mi się zmierzyć z rzeczami dużo gorszymi niż rozkazy porucznika. Optymistycznie zakładałem, że przeżyję. Co będzie wtedy? Kim wtedy będę? Chciałem już wstać i wziąć prysznic, zły na siebie, że przez świadomość swojej przyszłości, nie potrafię być zupełnie szczęśliwy. Jednak zanim to zrobiłem, Dima jęknął coś cicho i się obudził. Dzięki słonecznemu światu jego spojrzenie nabrało takiej głębi, że oczy przypominały morską toń. Nasz wzrok się skrzyżował i nagle odebrało mi odwagę. Jak powinienem się zachować? Czy mam go traktować jakoś inaczej...?
- Cześć, Till - mruknął jeszcze rozespany. - Dobrze spałeś?
- Nein - odparłem machinalnie, nie zastanawiając się nawet nad treścią jego pytania. Kiedy jednak sens jego słów do mnie dotarł, poprawiłem się: - To znaczy tak.
Wpadłem w jeszcze większą konsternację, zdając sobie sprawę, jak głupie i nieporadne było to, co mówiłem.
Zmierzył mnie ciekawskim spojrzeniem, zainteresowany moim stanem. Nie powiedział jednak nic przez dłuższy czas, co stanowiło prawdziwą torturę.
- Pójdę się umyć - odparłem, nie patrząc na niego. Poderwałem się z łóżka, ale złapał mnie za rękę.
- Co z tobą? - zagadnął łagodnie. - Żałujesz tego, co się stało?
Pokręciłem głową, czując, że wcale nie mam teraz ochoty na taką dyskusję. Nie mogłem jednak uciec w żaden sposób.
- N-nie, tylko... Jak teraz będzie? - zapytałem i podniosłem na niego wzrok. Był taki naturalny, nieskrępowany, pewny siebie. W tamtym momencie strasznie mu tego zazdrościłem.
Westchnął pobłażliwie, widząc moje zdenerwowanie.
- Po prostu. Tak - stwierdził i mnie pocałował.
Jęknąłem, czując jak jego język mnie penetruje. Moje ciało natychmiast zareagowało. Wygiąłem się w jego stronę, a mój oddech stał się szybszy. Dima oderwał się ode mnie i nie odsuwając się, spojrzał mi w oczy. Z takiej odległości doskonale widziałem kolor jego tęczówek, w tym dziwnym, niespotykanym odcieniu. Intensywny kobalt.
- Jesteś zbyt przestraszony przestrzeganiem reguł i wpasowywaniem się w role - powiedział.
- Czy nie na tym polega życie? - zapytałem poważnie. - Na odgrywaniu ról i życiu według jakichś reguł?
- "Trzeba mieć w sobie trochę chaosu, aby zrodzić tańczącą gwiazdę" - odparł z lisim uśmiechem.
- Nietsche - zgadłem od razu. - Ale Nietsche nie był przeciętnym człowiekiem.
- A ty jesteś? - kontynuował swoją myśl.
Drgnąłem, a moje spojrzenie z pewnością nabrało ognia. Żachnąłem się żywo, jednak zanim zdążyłem powiedzieć coś konkretnego, Dima się roześmiał.
- Co? - oburzyłem się. - Czemu się ze mnie śmiejesz?
- Spokojnie - położył mi dłoń na głowie. Z jego miękkiego spojrzenia wyczytałem, że nie ma zamiaru być złośliwy.
- Rzecz w tym, Till - podjął. - Że ty nigdy nie chciałeś być zwykły. Zawsze wybiegałeś myślami jakoś wyżej niż inni, bardziej pokrętnie. W przecudny, zdecydowanie artystyczny sposób. Kiedy na ciebie "wpadłem" te kilka miesięcy temu również żyłeś jak artysta. Studia porzucone, rodzice nieświadomi, a ty biedny jak mysz, ale za to codziennie w jakimś muzeum czy teatrze! Taki życiowy burdel, w prawdziwie rosyjskim stylu. Co prawda wszystkie długopisy na biurku były ułożone w szeregu na baczność, ale...
Zadławił się ze śmiechu, widząc, że na jego ostatnie zdanie gotuję się ze złości.
- Bo ja lubię porządek! - warknąłem. - Czy to coś złego, że nie mieszkałem w syfie?!
- Och, co to, to tak. Ale życiowy syf to chyba uwielbiasz - drapieżnie przymknął oczy.
- Nie złość się, Till - dodał, widząc, że mi nie przechodzi. - Nie krytykuję cię. Twoja dusza jest pełna sprzeczności. Nie jesteś do końca ani Niemcem, ani Rosjaninem. Myślę jednak, że te sprzeczności mają nieodparty urok.
Uśmiechnąłem się, słysząc tę uwagę i widząc jego uwodzicielskie spojrzenie.
- Skoro jednak w Hamburgu potrafiłeś żyć w tak nieogarnięty sposób, nie rozumiem, dlaczego teraz napotykasz takie trudności - stwierdził i musnął moje usta swoimi.
Odsunął się ode mnie, czekając na to, co powiem. Siedział w takiej pozycji, że jego nagie ciało było teraz całkowicie odsłonięte. Omiotłem go zachłannym spojrzeniem. Zaraz jednak spuściłem wzrok, wiedząc, że czeka na moją odpowiedź. Cisza przeciągała się. Poczułem na policzku podmuch wiatru, który znów poruszał firanką.
- Czy będzie między nami tak samo... jak dotąd?
Zamiast coś powiedzieć, zbliżył się znowu i lekko popchnął mnie na poduszki. Czyżby unikał odpowiedzi...? Wszedł na mnie okrakiem i pomimo wątpliwości, poczułem nadchodzącą pożogę.
- Zawsze będzie tak samo -stwierdził, wisząc nade mną. - Może być... tylko lepiej.
Uśmiechnąłem się, splatając jego dłonie z moimi. Zamknąłem oczy, pozwalając sobie pochłonąć się rosnącej rozkoszy, kiedy jego język pieścił moją szyję.
- Słyszałem kiedyś, że miłość jest płynna jak taniec - szepnął. - Pozwól mi więc się kochać, nie myśląc... nie zastanawiając się... jakbyś tańczył. - szeptał, powoli wchodząc w moje ciało.
Zauważyłem dwuznaczność jego słów, ale zanim zastanowiłem się nad jej istotą, dałem się porwać odczuciom. Zupełnie tak jak powiedział... bez odrobiny namysłu.

***

Nastały piękne dni, które były dla mnie tak ważne, że dzięki nim moje uczucia do Dimy nigdy się zmieniły. W najgorszej burzy, w najstraszliwszej zamieci przypominałem sobie tamte chwile i właśnie one zapewniały mi stałość i siłę. Był to szczególny czas - z jednej strony stanowił początek naszej nowej, ekscytującej relacji. Przeżywaliśmy coś nowego, świeżego, jak każda para zakochanych. Z drugiej zaś - był to zaledwie kolejny, głębszy etap naszego związku, który trwał już od tak wielu lat. Co za tym idzie, towarzyszyło nam zarówno szaleństwo i namiętność świeżo zakochanych, jak i miłość równie długa i głęboka jak ta łącząca starych ludzi. Stanowiło to kombinację, która wyjątkowo sprzyjała rozkwitowi szczęścia. Chociaż szczęście nie jest słowem, które jest w stanie wyrazić to, co wtedy czułem. Każda emocja, każda błaha nawet radość rozbrzmiewała we mnie jak najsłodsza muzyka, przepływała mi tuż pod skórą niczym dreszcz. Odkrywaliśmy siebie w sposób nowy i zachwycający. Wszystko, co łączyło się z nim było dla mnie fascynujące. Doskonale wiedziałem, że to jest ten człowiek i nie pomyliłem się. Niczego takiego nie przeżyłem ani przedtem ani potem.
- Moskwa to Moskwa! - stwierdził któregoś dnia, w środku rozmowy. - Myślę, że powinieneś zobaczyć dużo więcej w Moskwie! Och, Till, na Boga, tyle jesteś w Moskwie, a tak mało zwiedziłeś!
Dima sprawiał wrażenie nieco podchmielonego, chociaż nie wypił dużo. W porywie jego słów, rozlał nawet na siebie nieco wina, ale nie przejął się tym specjalnie. Nie na tyle, żeby zmienić koszulę.

Uśmiechnąłem się do niego pobłażliwie, nic nie mówiąc. Czyżby w tamtej chwili zupełnie zapomniał, że nie na wakacje tam przyjechałem? Przewróciłem kolejną stronę czytanej książki i wygodniej ułożyłem swoje nogi, które wcześniej ulokowałem na jego udach. Kątem oka zauważyłem, że Dima miał jakąś niezadowoloną minę, najwyraźniej myślał nad czymś głęboko.
- Wiem! - krzyknął, sprawiając, że drgnąłem zaskoczony i zupełnie zapomniałem, o czym czytałem. - Powinieneś zwiedzić więcej niż Moskwę! Tak jest, pokażę Ci kawałek Rosji.
Podniosłem na niego rozbawiony wzrok, ale widząc jego rozgorączkowaną minę domyśliłem się, że nie żartuje.
- No co? Jak byliśmy dzieciakami zawsze marzyliśmy o tym, żeby podróżować - przypomniał mi wesoło.
- A co z pracą? Z moimi treningami? Z Sołncewem?
Przewrócił tylko oczami na ten potok pytań. Uniósł palec wskazujący i spojrzał na mnie z demonicznym entuzjazmem.
- Muszę ci przypomnieć, że kto jak kto, ale ja znam niejeden porządny kant!
Roześmiałem się, zarówno z jego miny, tonacji, jak i słów. Odłożyłem książkę i całkiem wciągnąłem się w rozmowę.
- To co, cwaniaczku, wymyślisz, co? - zapytałem szczerze zaciekawiony.
Wzruszył ramionami, kiwając głową z lewa na prawo.
- Jeszcze nie wiem... Hmm co powiesz na to; pierwsza wyprawa biznesowa młodego rekruta? Brzmi wiarygodnie? A może... twój ojciec jest ciężko chory i musimy do niego pojechać? Aaaa nie... A no waśnie! A może wolałbyś zwiedzać Niemcy, co Till? Ten niemiecki romantyzm... Wiele tam zamków, prawda? Lubisz zamki.
Patrzyłem na niego, nie mając słów na jego rozbrajająco pocieszną gadatliwość i brak ładu i składu w tej wypowiedzi.
- Lubię zamki. Ale wolę zwiedzać Rosję. Z resztą, Dima... Spójrz na to trzeźwo; nie możemy wyjechać na kilka tygodni. Kto zajmie się giełdą, przelewami, kontrolą wszystkiego i wszystkich?
Mój głos rozsądku najwyraźniej nie dotarł do jego rosyjskiej duszy. Dolał sobie wina, i przy żywej gestykulacji znów rozlał zawartość kieliszka.
- Ach podatki! Ach przelewy! Ach kurwa, trudne życie gangstera! Koshka się tym zajmie. Na trzy tygodnie.
Widząc moje krytyczne spojrzenie, dodał szybko:
- Dobrze. Dwa i pół. Nie, dwa i trzy czwarte.
- Czy to ma być jakaś licytajca? - zaśmiałem się.
Przysunął się do mnie i pocałował mnie lekko.
- Nie martw się o nic. Wymyślę coś sensownego. Chcę ci sprawić przyjemność. Wiem, jak ciężko pracujesz.
- Czy to nie nazbyt ryzykowne? - zawahałem się. - Nikt nie powinien się domyślić, jaka jest geneza mojego przybycia tutaj.
- Znikniemy z pola widzenia jakichkolwiek osób, które nie powinny nas widzieć. Wybiorę strategiczne punkty - odparł i zupełnie jakby myślał o całkowicie innych "punktach" przesunął dłonią wzdłuż mojej klatki.
- Jesteś poważny? - upewniłem się.
- Jak trup - odparł gardłowo. Zaraz jednak się roześmiał i kontynuował: - No co? Czy widziałeś kiedyś coś poważniejszego niż trup? Och, chociaż może ja nie powinienem żartować w ten sposób...
Zamilkł na moment. Patrzył na mnie, zaabsorbowany, zamyślony i pełen radosnego szaleństwa.
- Dobrze. Pojedźmy – zgodziłem się pojednawczo.
Skinął głową i zamykając moją dłoń w swojej, odparł:
- Doskonale. Wszystko przemyślę i przedstawię ci plan.
Zamyślił się znowu, najwyraźniej nad owym planem. Chciałem już zapytać w którym miesiącu ma zamiar odbyć tę podróż, ale Dima uprzedził moje pytanie. Moje oczy rozszerzyły się ze zdumienia, a książkę niechcący zrzuciłem na podłogę, kiedy usłyszałem pełne entuzjazmu stwierdzenie:
- Doskonale! No, Till, to koniec leżenia! Idź się pakować!

***

Mówi się, że człowiek czynu to taki, który nie traci czasu na zbędne gadanie, tylko od razu przechodzi do rzeczy. W przypadku Dymitra owe "od razu" zostało potraktowane bardzo poważnie i bynajmniej nie po macoszemu. Był na tyle obyty ze wszystkim, że bez trudu wydał odpowiednie rozporządzenia i powierzył odpowiednim ludziom odpowiednie zadania. Ogłosił stan wyjątkowy, który uzasadnił tym, że mój ojciec został uprowadzony w drodze do domu. Informacja dotarła do nas z opóźnieniem, z racji czego zalecany jest największy jak to tylko możliwe, pośpiech. Ta spontaniczna akcja ratownicza była spowodowana tym, że Hans przesyła na prywatne konto Dimy ogromne kwoty pieniędzy. Iwanowicz, obawiając się utraty tych osobistych dochodów postanowił wesprzeć mnie w poszukiwaniu ojca. Pozostawała jeszcze kwestia, dlaczego podróżujemy bez eskorty, jednak na to także Dima znalazł usprawiedliwienie. Jak to wymyślił, nie chciał budzić podejrzeń. Oczywistym jest, że dwóch samotnie podróżujących mężczyzn nie zwraca takiej uwagi jak cały pułk. Całość, jak dla mnie, była bajką, w którą nie uwierzyłoby nawet dziecko. Kiedy Dima mi to opowiadał słuchałem ze sceptycyzmem, myśląc: Boże, kto to kupi? Nie wiem, jak to się stało, ale kłamstwo przeszło dość gładko. Być może za sprawą rosyjskiej mentalności; Rosja, jakby nie było, to kraj, w którym życie jest na tyle absurdalne, że rzeczywistość nieraz okazuje się bardziej zaskakująca od niejednego filmu. Z drugiej strony, może wymyślona na prędko wymówka wydawała mi się taka nieprzekonująca, bo znałem prawdę. Jak się dowiedziałem później, brakowało mi również wiedzy. Agenci nie raz wyjeżdżali w pojedynkę lub w niewielkich zespołach, aby akcja przebiegła cicho i sprawnie. Trzecim argumentem, prawdopodobnie najistotniejszym, jest to, że tak naprawdę nikogo specjalnie nie obchodziło, gdzie wybiera się Iwanowicz. Rekruci dogadywali, że "Rodionov postanowił osobiście uganiać się za grubą rybą", a wspólnicy mieli wystarczająco swoich spraw, aby nie interesować się cudzymi.

Jedyną osobą, której zachowanie wydało mi się dziwne, okazała się Koshka. Chociaż zarówno ja jak i Dima odegraliśmy swoje role perfekcyjnie - przerażonego syna i rozwścieczonego chytrusa, Koshka nie była specjalnie poruszona. Z uwagą wysłuchała zarówno mnie jak i Dimy, zadała kilka zdawkowych pytań, ale nic ponad to. Nie przejmowałem się tym. Zapewne wciąż myśli o swoich problemach i pozostaje obojętna na cudze, uznałem. Dima szczegółowo objaśnił Koshce, czym się musi zająć pod jego nieobecność, a ona słuchała, od czasu do czasu pytając o coś. Jak później wyjaśnił mi Dima, Marija już kilka razy go zastępowała, więc był przekonany, że sprosta zadaniu.

***

Kiedy samolot wzbił się w powietrze, doznałem dziwnego uczucia. Zupełnie tak, jakby wszystkie zmartwienia mnie opuściły. Umysł wypełnił się lekką beztroską i muszę przyznać, że to uczucie bardzo mi odpowiadało. Podobnie jak poprzednio, lecieliśmy liniami lotniczymi przeznaczonymi dla zwykłych śmiertelników. No, może dla zwykłych śmiertelników, którzy na biedę narzekać nie mogą. Z przyjemnością opuściłem obskurne, wciąż pamiętające czasy sowieckie, lotnisko. Wzbiłem się w przestworza, zastanawiając się jak spędzimy te dwa i trzy czwarte tygodnia.

Dima uśmiechał się lekko, patrząc w swój kieliszek, który przed chwilą podała mu stewardesa. Trudno było stwierdzić czy uśmiechał się tak do tego kieliszka, do swoich myśli czy do mnie. Co jakiś czas obrzucał mnie ciepłym spojrzeniem. W końcu sam mi zdradził powód tego rozbawienia.
- Wiesz – wyznał z tym tajemniczym uśmiechem, nie schodzącym mu z twarzy. – Odwołałem trzy spotkania z rosyjskimi szychami podziemnego biznesu z racji tego wyjazdu.
Niemalże się zakrztusiłem, słysząc coś takiego. Momentalnie oderwałem wzrok od okna, przez które spoglądałem na chmury.
- I dopiero teraz mi o tym mówisz? – oburzyłem się. – Nie chcę żebyś robił sobie problemy przez…
Położył mi palec na ustach w raczej mało subtelny sposób. Wyraz całkowitego opanowania, a nawet niemalże uniesienia nie schodził mu z twarzy.
- Uspokój się, Till. Poczekają sobie. Nie powiem, żebym tęsknił za oglądaniem ich napuszonych gęb.
Wydałem z siebie tylko ciche westchnienie, dając za wygraną. I to ja jestem tym rozpuszczonym dzieciakiem, tak…? To Dymitr był tym, który porzucał wszystkie obowiązki, aby… cóż, aby sprawić mi przyjemność. Nie mogę powiedzieć, że jego irracjonalizm mnie nie martwił, ale z drugiej strony… dzięki takiemu zachowaniu czułem się wyjątkowo. Iwanowicz był bez wątpienia tym typem mężczyzny, który potrafił w niezwykle szarmancki sposób zabiegać o czyjeś względy. Mówiąc dokładniej, o moje względy. Od dziecka uwielbiałem być w centrum uwagi, dlatego też taka taktyka uwodzenia sprawdzała się w stu procentach. Potrafił sprawić, że oszalałem na jego punkcie. Że nie zadawałem sobie pytań. Nie dopuszczałem do siebie żadnych wątpliwości.
- I co, lepiej już? – zagadnął wesoło, podając mi kieliszek.
- Mam nadzieję, że jak wrócimy, to nie zastaniemy twojej rezydencji w ruinie – odparłem z lekkim uśmiechem, pijąc łyk szampana.
- Ach tam! – machnął lekceważąco ręką.
Nie muszę chyba opisywać mojego szczerego zaskoczenia, kiedy po krótkiej pauzie dodał:
- W takiej sytuacji po prostu przeniesiemy się do innej. Co powiesz na Nowosybirsk?
***
Minęło sporo czasu, zanim dotarliśmy na miejsce. Cel podróży osiągnęliśmy za pomocą samochodu, który jakimś tajemniczym sposobem czekał na Dymitra na lotnisku. Sprawa nie wydawałaby mi się dziwna, gdybyśmy wsiedli do taksówki, ale Iwanowicz po prosu zbliżył się do jednego z aut, wyciągnął z kieszeni kluczyki i jakby nigdy nic, wsiadł do środka. Kiedy podekscytowany próbowałem się go dopytać, jak to zrobił, długo się ze mną drażnił, nie chcąc udzielić odpowiedzi. W końcu z dziwnym uśmiechem odparł:
- Moi ludzie podrzucili go tu kilka dni temu – odpowiedział, zanim jeszcze wyruszyliśmy. Nos miał utkwiony w mapie, którą dociekliwie analizował.
- Cholera jasna, mogłem przy okazji wspomnieć coś o JPS-ie… - mruknął. Nagle, pod wpływem jakiegoś nagłego olśnienia, odwrócił mapę o dziewięćdziesiąt stopni.
- Jak to podrzucili? Chcesz powiedzieć, że masz ich rozrzuconych wszędzie? W całej Rosji?
- Jakiś ty dociekliwy, Till – odparł rozbawiony i poklepał mnie po głowie.
- Nie chciałeś przypadkiem użyć słowa „upierdliwy”? – podsunąłem mu.
- Och, ależ skąd. Ale skoro już tak to nazwałeś…
Pokręciłem głową, zupełnie jak nauczyciel nad niesfornym uczniem. Przez cały ten czas uśmiech jednak nie schodził mi z twarzy. Siedząc tuż obok kierowcy, miałem dość niezły widok. Nie przywykłem do jazdy z przodu; kiedy byłem jeszcze dzieckiem, za kierownicą siedział ojciec, a obok niego Ulrike.
- Ile jeszcze czeka nas drogi? – zapytałem.
- Myślę, że za godzinę powinniśmy dotrzeć.
- Jak się nazywa ta „metropolia”? Przypomnij mi – zagaiłem złośliwie.
Lekka kpina nie uszła jego uwadze. Spojrzał na mnie przez swoje ciemne, przeciwsłoneczne okulary.
- Spodoba ci się, Till. Zobaczysz.
- Nie o to chodzi – odparłem, usadawiając się wygodniej na siedzeniu. – Ale najpierw wypaliłeś, że zwiedzimy całą Rosję, potem, że Niemcy, aż skończyłeś na…
-… Maksimovschina. Tak, myślę, że tam zażyjemy nieco więcej wolności – odparł, obnażając radośnie zęby. Jakby na zademonstrowanie tej „wolności” przejechał dłonią po moim udzie, pnąc się coraz wyżej.
Złapałem go za rękę, widząc do czego zaraz to doprowadzi.
- Wolności się zachciało!
- Och, tobie też się zachce… - mruknął drapieżnie, nachylając się nade mną. Musnął mnie jednak tylko w usta i kontynuował. – Ale mówiąc poważnie, Till. Czy chcesz, żeby każdy spoglądał nam przez ramię? W Moskwie, Petersburgu czy w jakimkolwiek innym wielkim mieście wszędzie są ludzie. Co gorsze, jeśli będą tam ludzie, którzy mnie znają… Cóż, mogą dojść do wniosku, że szukamy tego twojego ojca w trochę zbyt… radosny sposób.
- Przecież wiem, nie musisz się tłumaczyć! Tylko się drażniłem – stwierdziłem optymistycznie. – Wcale nie odpycha mnie fakt, że jedziemy zwiedzać wiochę!
Dopiero, gdy to powiedziałem, zdałem sobie sprawę, jak zabrzmiało. Dima spojrzał na mnie z błyskiem zrozumienia w oczach.
- No tak, przepraszam to uchybienie, że tym razem nie wyprowadzę panicza na salony…
Warknąłem na niego, ale zanim zaczęliśmy się szamotać, pieszczotliwie zdzielił mnie gazetą. Jeśli tylko można pieszczotliwe lać kogoś gazetą…
- Będzie fajnie, Till! Jezioro, drewniane chatki, chodzenie ze słomą w butach…
- Haha, powrót do korzeni!
Spojrzał na mnie spod byka, przełykając tę „zniewagę”.
- Pragnę ci przypomnieć, że moje korzenie, to i twoje korzenie.
Mina mi zbledła na ten, cóż, bardzo logiczny komentarz.
- Panicz się nie przyznaje do swojej przeszłości, hmm? – zagadnął cynicznie, znów zagłębiając się w mapę.
- Ja tam na tę przeszłość nie narzekam – stwierdziłem, przechodząc na poważniejszy już ton.
Dima posłał mi tylko ciepły uśmiech w odpowiedzi.
- Pomyśl sam… Czy nazwa Maksimovschina nie brzmi prosperująco? Jak w miejscu o takiej nazwie można spędzić przykry czas? No ale dość tego gadania! Ruszamy!
Dima odrzucił mapę na tylne siedzenie i… ruszył! Tak, nie można nazwać tego inaczej. Opony zapiszczały, a auto poderwało się do jazdy w oszałamiającym tempie. Zdążyłem tylko podziękować w duchu niebiosom, że podszeptały mnie, abym zapiął pasy.
- Scheiβe, czyś ty, człowieku, postradał rozum!? – krzyknąłem, czując jak wbijam się w siedzenie.
- O co Ci chodzi? Przecież ulica jest pusta!
Przerażony patrzyłem na krajobraz przede mną, który zmieniał się w zastraszającej szybkości.
- Czy tu nie ma żadnych zasad ruchu drogowego?! Dima, zwolnij, do kurwy nędzy!
- Pragnę ci przypomnieć, mój drogi, że to od jakiegoś czasu jest demokratyczny kraj! Lud decyduje.
- Jeśli na tym, do jasnej cholery, polega demokracja, to niech ja skonam! – krzyknąłem, czując, jak ściska mnie w żołądku i patrząc na licznik, na którym oś coraz bardziej się podnosiła… podnosiła… i podnosiła. Wiedząc, że na tego upartego osobnika i jego zamiłowanie do jazdy rajdowej (o którym do tej pory nie wiedziałem) nic nie poradzę, próbowałem odrzucić od siebie wrażenie, że jestem na pokładzie rakiety kosmicznej. Droga była długa, ale dzięki Dymitrowi niewątpliwie stała się krótsza. W tempie ekspresowym udaliśmy się na spotkanie z małym miasteczkiem Maksimovschina.

sobota, 19 listopada 2011

Rozdział trzynasty

13. Pragnienie

Przeszkadza Wam brak akapitów? Nie wiem dlaczego się tak dzieje, że w wordzie mam akapity, a jak wkleję tekst tu, to akapity znikają (wcześniej się tak nie działo, a mianowicie kilka rozdziałów temu). Jeśli ktoś chce mnie oświecić, będę wdzięczna. A jeśli nikomu to nie przeszkadza, to tym lepiej, bo osobiście jestem bezradna ^^'

Miłego czytania, jak zwykle czekam na opinie.





Noc, która nadeszła nie była dobrą nocą. Miniony dzień był nazbyt niepokojący, abym mógł spać spokojnie. Jeszcze zanim się położyłem, każdy mój nerwowy ruch zdradzał mi, że nie zasnę od razu. Tak też się stało. Zamiast błogo się rozluźniać pod ciepłą, miękką kołdrą, opatulałem się coraz szczelniej swoimi wspomnieniami i niepokojami. Przewracałem się z boku na bok, a godziny mijały, jedna za drugą. Byłem zdenerwowany i zły, zdając sobie sprawę, że nazajutrz czeka mnie poważne wyzwanie w postaci spotkania z doradcami Dimy i Hansem. Z drugiej zaś strony ogarnęło mnie rozgorączkowane podniecenie na myśl o rzeczach, o których nie myślałem już od dawna. Jednak ilekroć przypominałem sobie Ulrike, widziałem ją przed fortepianem, zatopioną w słodkiej, smutnawej melodii, którą grała lub pogrążoną w innych, odpowiednich dla niej czynnościach. Na Niebiosa, co mnie podkusiło do takiej nostalgii? Co jednak frustrowało mnie bardziej, najcieplejsze wspomnienia z domu malowały się bez niej. Pod opuchniętymi powiekami bez trudu mogłem dostrzec szczegóły pewnego zimowego, mroźnego popołudnia.


***


Pomimo tego, że zanim zaczęliśmy, miałem do owego pomysłu poważne wątpliwości, okazał się on doskonałą zabawą. W szaleńczym tempie mknąłem w dół, coraz szybciej i szybciej. Mroźne powietrze wyciskało mi łzy z oczu. Wszystko wokoło rozmazywało się, krajobraz stał się biało szarą plamą, w której proporcje tych kolorów bardzo szybko się zmieniały. Mniej więcej w połowie trasy usłyszałem szaleńczy, radosny okrzyk Dimy. Musiał bardziej się rozpędzić, bo znalazł się na dole szybciej niż ja.
- Widzisz – zwrócił się do mnie, kiedy byliśmy już na dole. – Mówiłem, że będzie świetnie! Sanki są dla mięczaków.
- I dlatego my zjeżdżamy na kartonach? – zapytałem, niedowierzając. – Ty po prostu nie masz sanek!
Naburmuszył się na tę bezpośrednią uwagę, ale tylko na chwilę. Za moment znowu rozpromienił się i mruknął złośliwie:
- Przecież ci się podoba, a narzekasz, ty mały zgredzie! Podoba ci się, aż kłapiesz uszami! – oznajmił, łapiąc się pod boki.
- Wcale nie! Z resztą, jak możesz widzieć czy kłapie uszami czy nie, skoro mam czapkę?! – oburzyłem się.
Zaśmiał się na tę rozbrajającą uwagę i aby stłumić mój kolejny, nadchodzący napad złości, wziął mnie za rękę i pociągnął ku górze.
- Trzymasz swój karton, zgredzie?
- Przestań mnie tak nazywać! Co to w ogóle ma znaczyć?
- Co znaczyć?
- To słowo!
- Aaaa. To słowo. Że zrzędzisz jak stara baba!
- Wredny Dima! – pisnąłem.
Zachichotał, ale nie powiedział nic więcej. Zdawał się też nie zauważać, że nie wkładałem prawie żadnej siły we wspinanie się na pagórek, tylko bezczelnie pozwalałem się mu ciągnąć.
Kolejny zjazd okazał się mniej pomyślny. Zaczęło się wspaniale, jak podczas wielu poprzednich tego dnia zjazdów. Jednak nieopacznie trafiłem na lodową, śliską powierzchnię i zupełnie straciłem panowanie nad tym, co się ze mną działo. Bezwładnie sturlałem się na dół i uderzyłem nogą w drzewo. Mój wrzask zapewne dało się słyszeć w promieniu kilku kilometrów. Miałem zamknięte oczy i darłem się tak, na ile starczyło mi sił w płucach. Dopiero głos Dimy uświadomił mnie o jego obecności.
- Hej, Till, Till, nie płacz! W porządku? Gdzie cię boli?
Kiedy mu nie odpowiadałem, tylko wrzeszczałem dalej, potrząsnął mną za ramiona. Spojrzałem na niego przez łzy.
- Gdzie? – powtórzył.
Zauważyłem, że ma bardzo poważny wyraz twarzy. Nie zdziwiło mnie to. Dima nie żartował cały czas; kiedy działo się coś, co wymagało powagi, potrafił być bardzo poważny i taki… jakby dorosły.
Z umęczonym wyrazem twarzy wskazałem na swoje kolano.
Kiedy zaczął mi podwijać nogawkę spodni, szarpnąłem się i znowu załkałem.
- Zimno!
- Tylko na chwilę – odparł, nie przerywając.
- Zostaw…! Ja umieram, umieram! – krzyknąłem, wyrywając nogę. Przez ten ruch, zabolała mnie jeszcze bardziej, więc ponownie zalałem się łzami.
Dima wykorzystał ten moment mojej nieuwagi i w końcu podwinął mi spodnie. Nawet przez łzy dostrzegłem wyraz zdziwienia na jego twarzy. Powędrowałem za jego wzrokiem. Okazało się, że… na moim kolanie znajduje się małe zadrapanie. Mnie również zdziwiło to tak bardzo, że aż przestałem histeryzować.
- Till, leci dziś ta bajka? – zapytał.
- Jaka bajka? – zdziwiłem się.
Poczułem, że robi coś z moją nogą, ale jego pytanie zaciekawiło mnie na tyle, że nie zwróciłem na to uwagi.
- No, wiesz. Ta o smokach.
- O smokach?
- Przecież mówiłeś, że ją oglądałeś?
- Wirklich?
- Że co?
- Eee naprawdę? – zapytałem, zdając sobie sprawę, że zapytałem nie w tym języku, co trzeba.
- No, skończyłem!
Spojrzałem na niego jak na wariata, nie rozumiejąc o co chodzi.
- Sprawdzałem czy nie masz może skręconej czy złamanej nogi – wyjaśnił lakonicznie.
Przypominając sobie o moim problemie, łzy automatycznie znowu napłynęły mi do oczu.
- No oczywiście, że mam złamaną! Ja umieram! – jęknąłem dramatycznie, wierząc, że szczypiące kolano z pewnością zapowiada koniec mojego życia.
- To byś tak samo wrzeszczał jak dotykałem – zapewnił mnie, teraz już wyraźnie uspokojony. – Możesz wstać? Na dziś już koniec zabawy.
- Nie mogę! Jak miałbym wstać w takim stanie? Co?
- Jesteś szalenie przekonujący jak na ośmiolatka – stwierdził, rozbawiony.
- Mam już prawie dziewięć! I… boli mnie! – rozkleiłem się już na dobre, zrozpaczony szczypiącym kolanem, przemokniętym ubraniem i tym, że Dima mi nie wierzył. Przecież skoro mówiłem, że boli, to znaczy, że boli! Czy to nie jasne? Zdziwiony, poczułem, że złapał mnie za nogi. Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem jego plecy.
- No, przytrzymaj się – polecił.
Bez trudu wziął mnie „na barana” i skierował się w stronę swojego domu. Kiedy znaleźliśmy się na miejscu, jego mama spojrzała na nas z przerażeniem.
- To nic, mamo. Till trochę się potłukł – wyjaśnił.
- Co wyście znowu robili, łobuzy? – zapytała, odrobinę pretensjonalnie, jednak wciąż łagodnie. Podparła się pod boki, w dokładnie taki sam sposób, w jaki Dima to robił. Często w myślach nazywałem ją „Panią” lub „Panią Mamą”. Wynikało to z tego, że nie wiedziałem jak się nazywa, a używając zwrotu „mama” myślałem raczej o swojej rodzicielce.
Ściągnął mi buty i kurtkę i przeniósł mnie na kanapę. Pani najwyraźniej zorientowała się, że ta ogromna, przesadna troska świadczy o poczuciu winy jej syna.
- Dymitrze Iwanowiczu, proszę mi to natychmiast wyjaśnić!
- No bo my… bawiliśmy się na dworze – odparł, także zdejmując zimowe ubrania.
Przez drogę zdołałem się uspokoić, a i ból nieco zelżał. Przyglądałem się nieporadnym wyjaśnieniem przyjaciela i zastanawiałem się czy jego mama zaraz zacznie wypytywać mnie.
- A co takiego robiliście?
- Zjeżdżaliśmy na kartonach z górki – oznajmił i wyszczerzył się, po czym czmychnął do łazienki.
- Tillu – kobieta zwróciła się do mnie – Skąd to zjeżdżaliście?
- Z tej dużej górki, wie pani. Ta taka niedaleko cerkwi.
Nie miałem pojęcia czemu służyło to pytanie, ale Pani zmarszczyła brwi i drapieżnie wpatrzyła się w drzwi łazienki. Czemu chciała to wiedzieć? Czyżby też chciała pozjeżdżać?
Dima powrócił, niosąc w ręce spirytus i plastry. Rozszerzyłem oczy na ten trwożący widok, jednak zanim zacząłem histeryzować, wtrąciła się mama Dimy.
- Czyś ty rozum postradał, synu?! Zjeżdżać z takiej góry? Przecież mogliście się zabić!
Spojrzał na mnie na wpół rozbawiony, na wpół urażony.
- Zdrajca – mruknął z uśmiechem. Potem zwrócił się do mamy: - Oj, przestań, mamo. Było super, prawda, Till?
Pokiwałem głową, nie pamiętając już o mojej bliskiej śmierci. Zastanawiałem się za to, czy dostanę herbaty, kiedy Pani skończy robić wyrzuty Dimie.
- Jakie z ciebie dziecko, Dymitrze! Masz prawie jeszcze raz tyle lat co Till, a to chyba on jest bardziej odpowiedzialny niż ty! Tylko byś wymyślał jak wpakować się w nowe kłopoty.
Chociaż starał się nie uśmiechać, jego oczy nadal rzucały wesołe iskry. Upomnienia matki były dla niego normalnym, powszechnym przejawem codzienności. Oprócz tego wiedział, że nie była zła tak naprawdę.
- O, a mój tata mówi tak samo! – odparłem impulsywnie. Dwoje par oczu zwróciło się ku mnie.
- Co mówi, Till? – zainteresowała się Pani.
- Hmm niech pomyślę… - podrapałem się w brodę, namyślając się. – Że Dima cały czas ciągnie mnie z sobą w jakieś tarapaty! I że przez niego wpadnę kiedyś w pokaźne kłopoty.
- Bezczelny kablarz! No nie, Till, musimy chyba porozmawiać o kwestii lojalności – stwierdził, czochrając mi włosy. – I chyba miałeś na myśli „poważne”?
- No przecież mówię! – oburzyłem się.
- Tata Tilla ma świętą rację! Słyszałeś, Dima? Siejesz chaos, gdzie tylko się pojawisz. Nie mam słów, nie mam słów… Zrobię wam herbaty, chłopcy.
Uśmiechnąłem się szeroko na to stwierdzenie.
- To ja zdezynfekuję twoje rany. Mamo, nie przejmuj się, jeśli zaraz usłyszysz dzikie wrzaski.
Pani uniosła brwi, po raz kolejny wyrażając swoją pobłażliwość. A trzeba przyznać, że była osobą bardzo pobłażliwą i tolerancyjną.
Spojrzałem z przerażeniem na Dimę. Odkręcał tę dziwną butelkę z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Potem, zanim się zorientowałem, o co chodzi, jednym sprawnym ruchem podwinął mi nogawkę. To jednak było za wiele. Gdy tylko przymierzył się do opłukania rany, zacząłem kopać, szarpać się i wyrywać.
- Nie, nie, nie! Zostaw mnie! W tej chwili mnie zostaw! – krzyczałem.
- To dla twojego dobra, Till! Żeby zakażenie się nie wdało. Przecież nie chcesz umrzeć?!
- Nie chce wiedzieć, co według ciebie jest dla mojego dobra! Nieee! Sam wiem o moim dobru najlepiej!
Rzecz jasna, był starszy i silniejszy, ale przerażenie dodawało mi zapału. No i on miał jedną rękę zajętą, bo trzymał butelkę. Okładałem go rękami, próbując go od siebie odepchnąć. Jednak on, aby temu zapobiec, wskoczył na kanapę całym swoim ciężarem. Przy okazji gruchnął swoim kolanem o moje, co spowodowało kolejny napad wrzasków. Zerwałem się na równe nogi jak błyskawica i sprintem pognałem do kuchni.
- Pani Mamo, niech mnie pani ratuje! – krzyknąłem desperacko.
- Chłopcy… - pani zaczęła, upominająco.
Właśnie nalewała nam herbaty z samowaru. Kiedy skończyła, przeniosła na mnie spojrzenie.
- Dima, on nie wygląda na potrzebującego bezzwłocznej opieki medycznej – odezwała się do syna, który także pojawił się w kuchni. Ku mojej uldze, bez butelki.
- Chyba masz rację – stwierdził z uśmiechem. – Umierający ludzie nie robią takich rekordów maratońskich.
- To było spowodowane strachem! – wytłumaczyłem się szybko.
- Skoro już tu przyszliście, to możecie wypić tutaj – zaproponowała Pani.
Usadowiliśmy się na stołkach wokół stołu. Z zachwytem patrzyłem na przyrząd do robienia herbaty, który pierwszy raz w życiu zobaczyłem u Dimy w domu, podobnie jak zegar z kukułką.
- Ale świetny ten samogar! – wyraziłem na głos swój zachwyt.
Z oburzeniem dostrzegłem, że Dymitr znowu się ze mnie śmieje.
- Samowar! – poprawił mnie i delikatnie pacnął w głowę.
- Ile razy mówiłem, że masz mnie nie poprawiać? – mruknąłem.
- To zawsze będziesz tak kaleczyć, krasnoludku. Wyświadczam ci przysługę.
Miałem już coś na to odpowiedzieć, ale Pani postawiła na stole kostki cukru i konfiturę, więc zdenerwowanie od razu mi przeszło.
Włożyłem kostkę cukru do ust i zapiłem herbatą. Dima i jego mama zrobili to samo. Rozkoszowałem się właśnie słodkim smakiem, który rozpływał mi się w ustach, kiedy Pani zwróciła się do mnie:
- Czy twój tata mówi coś jeszcze o Dimie, Tillu?
To pytanie zapewne było spowodowane zmartwieniem, że jej syn ma złą opinię, ale wtedy, rzecz jasna, nie zrozumiałem tego. Myślałem, że jeśli dorośli zadają jakieś pytania, to robią to z czystej ciekawości, tak jak dzieci. Właśnie dlatego zawsze bez wahania odpowiadałem, z dziecięcą szczerością i naiwnością.
- Hmmm, tak – upiłem jeszcze łyk herbaty, aby kostka cukru nieco się zmniejszyła i abym mógł mówić swobodniej. – Mówi dużo rzeczy.
Zauważyłem, że Dima nadstawił uszu.
- Że jest łobuz i ma zwariowane pomysły. Że jest troskliwy i że ma dobre serce… A, i jeszcze, że… Że charakteryzuje go niekon…kon…wencjonalny rodzaj odpowiedzialności, bo… często robi niebezpieczne rzeczy, ale zawsze jest gotowy na poniesienie konsekwencji. Tak, tak powiedział! Ale… ja nie mam pojęcia co to wszystko znaczy, więc chyba wam nie wyjaśnię.
Patrzeli na mnie zdziwieni, a ja nie miałem pojęcia, dlaczego. Później dowiedziałem się, że nie każdy potrafi tak dobrze zapamiętywać cudze wypowiedzi, nawet jeśli zupełnie ich nie rozumie.
- No, synu. Nie masz tak tragicznej opinii jak myślałam. To pozytywnie – uznała Pani, uśmiechając się i klepiąc go po głowie.
- Ach, mamo, przestań – ściągnął z siebie jej dłoń, najwyraźniej zawstydzony.
Zabrałem się za konfitury, zupełnie nie rozumiejąc, o co im chodzi. Pani była jednak fajną mamą, taką zupełnie nietypową. Tak samo jak Dymitr był nietypowym chłopcem.
Nagle poczułem okropne pieczenie na kolanie. Przerażony spojrzałem pod stół i zauważyłem, że wciąż mam podwiniętą nogawkę, a w ręce Dymitra znajduje się mokry wacik. Następnie przeniosłem wzrok na jego twarz i dostrzegłem lisie, pełne satysfakcji spojrzenie. I wtedy znowu zacząłem wrzeszczeć.
- Piecze, piecze! Ty potworze!
- Tillu, mogłoby być zakażenie… - starał się usprawiedliwić.
I w ten sposób znowu podniósł się harmider i chaos. Pani starała się zaingerować, aby załagodzić sytuację, Dima próbował mnie przytulić, a ja wrzeszczałem i wrzeszczałem, dopóki starczyło mi sił.


***


Uśmiechnąłem się w poduszkę. Jak beztroskie to były chwile! Miałem osiem lat, Dima zawsze był przy mnie, a jego matka miała jeszcze na tyle pieniędzy, aby częstować nas konfiturami. Jakie proste i piękne wydawały mi się teraz te wspomnienia. Mogłem być szczęśliwy, ot tak. Po prostu. Szczęścia nie trzeba było okupować trudem, poświęceniem i ciągłym niepokojem odnośnie przyszłości. Cóż, nie można na zawsze pozostać ośmiolatkiem. Teraz musiałem drogo płacić za bycie przy Iwanowiczu, ale czy to coś zmieniało? To on był tym chłopcem, który lata temu niósł mnie na plecach do domu, bo stłukłem sobie kolano. Był jedynym człowiekiem, z którym nawiązałem więź tak silną, jak tylko może nawiązać dwoje ludzi. Jakoś tak impulsywnie i całkowicie sentymentalnie, zapragnąłem znaleźć się na chwilę przy nim. Wstałem z obolałym ciałem i głową.
Wdziałem na bose stopy kapcie i cichcem wyszedłem ze swojego pokoju. Jednak gdy znalazłem się przed drzwiami Iwanowicza, coś mnie powstrzymało. W jego sypialni roznosił się nieudolnie tłumiony szloch. Zmarszczyłem brwi. Wolno zbliżyłem się jeszcze bardziej do drzwi i przytknąłem do nich ucho. Tak jak mi się wydawało, nie był to płacz Dymitra. Bez wątpienia to kobieta łkała. Zaraz potem potoczyła się rozmowa.
- Ciicho już. Uspokój się. Słyszysz, Marija? Spokojnie – głos należał do Dimy. Cichy, spokojny, kojący.
- T-to nie jest… takie proste – odpowiedziała histerycznie, na wysokiej, piskliwej nucie.
- Jego już nie ma… Słyszysz?! Iwanowiczu, jego już… och – nie dokończyła i znów zaczęła szlochać. Jej słowa były tak nieskładne, że domyśliłem się, iż jest pijana. Z ciekawością przysłuchiwałem się dalej tej zadziwiającej rozmowie.
- Wiem. Nie ma go już od pięciu lat. Dlatego powinnaś…
- Nie! – przerwała mu stanowczo. – Skąd możesz wiedzieć, co czuję? Jakbyś ty to przeżył, gdybyś był na moim miejscu? Odpowiedz mi!
Rozległ się trzask, najwyraźniej na podłogę upadła jakaś szklanka czy kieliszek. Dima tylko westchnął, jednak nie był zły. Zdawało mi się raczej, że jest zrezygnowany.
- W tym świecie często się to zdarza. Wiem, że to trudne. Ale… jaka róża, taki cierń. Sama rozumiesz. No, uspokój się już. Pójdziesz spać?
Mruknęła coś nieskładnie. Nie słuchałem dalej. Nie chciałem, żeby mnie przyłapali pod drzwiami. W mojej głowie odezwały się wcześniejsze słowa Dimy. „To bardzo nieszczęśliwa kobieta”. Cóż, teraz już mogłem to sobie wyobrazić.


***


Kolejny dzień przywitał mnie bólem głowy i gardła. Miałem opuchnięte powieki i byłem okropnie niewyspany. Wszystko przewijało się wokół mnie, jakby znajdowało się za mgłą. Tylko jakąś cząstką świadomości rejestrowałem wydarzenia tego dnia. Prawdę mówiąc, nie odbyło się nic ciekawego czy zaskakującego. Poranna krzątanina, nic nie znaczące rozmowy, później przyjazd wspólników Dimy. Przed posiedzeniem uraczyłem się czwartą kawą, żeby w miarę kontaktować.
Najbardziej ze wszystkiego zaskakiwał mnie stan Koshki i Iwanowicza. Kiedy wróciłem do swojego pokoju zeszłej nocy, zauważyłem, że jest trzecia. Oboje poszli spać o tej samej porze co ja, jeśli nie jeszcze później. Tymczasem Dima był żywotny, skupiony, z matowym, nie zdradzającym zbędnych emocji obliczem. Jakże miał na to energię? Czy ten człowiek nie męczył się nigdy? Jeszcze bardziej szokująca okazała się postawa Koshki. Co prawda miała na twarzy więcej podkładu niż zeszłego dnia, ale po jej zachowaniu nigdy bym nie odgadł, że w głębi serca coś ją dręczyło. Miała swobodne ruchy, pełne wytworności i pogody ducha. To samo można rzec o jej sposobie prowadzenia konwersacji. Jeszcze przed przyjazdem reszty gości zabawiała Hansa rozmową o jakichś głupstewkach. Nigdy bym nie przypuszczał, że osoba pogrążona w tak głębokiej rozpaczy potrafi tak nienagannie udawać beztroskę i doskonały nastrój. Nie zdradziło ją ani jedno chmurne spojrzenie. Jak się okazywało, musiałem się jeszcze wiele nauczyć. W tej pracy nie można było sobie pozwolić na wyrzucanie z siebie jakichś osobistych rozterek. Należało starannie je upiąć w sobie i ścisnąć tak mocno, aby nic nie zostało przyuważone. Człowiek zdradzający słabość natychmiast zostałby oszacowany jako godny pogardy słabeusz. Możliwe, że zaraz podjęto by kroki, aby wykorzystać tę słabość przeciwko właścicielowi i zmanipulować nim wedle swoich potrzeb czy zamierzeń. Nie mogłem tylko zrozumieć, dlaczego w takim wypadku Koshka otwierała się przed Dymitrem. Doskonale zauważyłem jak podczas porannej rozmowy o jej nowej działalności, wysunął ku niej subtelną groźbę. Jakim więc sposobem zaufała mu tak bardzo, aby otwierać przed nim swoje serce…? „Nie chodzi o jakieś seksualne praktyki”, powiedział mi Dymitr. Po przemyśleniu całej sprawy, mogłem stwierdzić, że mu wierzę. Gdyby to była rzecz tego typu, z pewnością postarałby się to przede mną ukryć. Jakie jednak motywy kierowały tą kobietą, tego nie potrafiłem odgadnąć.
Jedyny pozytywny aspekt tego dnia objawił się w tym, że tak naprawdę szybko dobiegł końca. Wszyscy porozjeżdżali się do swoich siedzib, łącznie z moim tymczasowym ojcem. Razem z Dimą złożyliśmy mu podziękowanie za współpracę i jeden z ochroniarzy odwiózł go na lotnisko.
Ucieszony, że nareszcie wszystko się zakończyło, rzuciłem się na kanapę w naszym ulubionym salonie. Poluzowałem swój krawat i zacząłem rozmasowywać sobie kark.
- Nienawidzę być niewyspany – powiedziałem do Griety, która leżała na jednym z foteli.
Ku mojemu zaskoczeniu, rozległa się odpowiedź, jednak bynajmniej nie ze strony kotki.
- A coś ty robił w nocy? Myślałeś o mnie? – Dymitr wszedł do pokoju ubrany zaledwie do połowy i z ręcznikiem przerzuconym przez ramiona. Na jego twarzy widniał szelmowski uśmiech. Najwyraźniej był w dobrym nastroju.
- Nie zupełnie. Trochę sobie wspominałem.
- Czyli jednak o mnie – uznał usatysfakcjonowany i usiadł obok mnie.
- Można tak powiedzieć - przyznałem pobłażliwie.
- A co konkretnie? – dopytywał się.
Ukradkiem wpatrywałem się w jego mięśnie połyskujące pod skórą, kiedy wycierał sobie wilgotne włosy. Jego ciało było takie doskonałe. Zachwycony nabrałem ochoty, aby go dotknąć. Nie zrobiłem jednak tego, tylko odpowiedziałem na pytanie po przedłużającej się ciszy.
- Myślałem o twojej mamie. O tym, jak się razem bawiliśmy. I… jak zjeżdżaliśmy na śniegu.
Dima odrzucił ręcznik na podłokietnik i spojrzał na mnie z troską.
- Jakiś ty sentymentalny – stwierdził czule i pogłaskał mnie po policzku.
- N-nie... – zacząłem zmieszany. – Po prostu. Ten Hans, czy jak mu tam, jakoś sprawił, że zacząłem myśleć o…
- O rodzinie, tak? Tylko, że nie swojej… - wtrącił.
Drgnąłem, a Dima od razu zmiarkował, że popełnił okropną gafę. Lekko się zarumienił i zagryzł zęby.
- Przepraszam cię… Nie miałem zamiaru tak zabrzmieć – zaczął.
Pokręciłem głową i uniosłem dłoń.
- Masz przecież rację – stwierdziłem gorzko. – To wy zawsze byliście dla mnie…
Położył mi palec wskazujący na ustach i pokręcił głową.
- Przestań. Nie rań się. Może oni nie potrafili inaczej… To znaczy, Karl i Ulrike…
Westchnąłem i lekko ściągnąłem ze swojej twarzy jego dłoń.
- Nie wiem, co potrafili, a czego nie. Chyba nic nie potrafili. Albo ja byłem wyjątkowo skomplikowanym dzieckiem – chciałem już wstać, czując, że zbiera mi się na wyjątkowo rozpaczliwy atak melancholii. Zbierało mi się już od wczoraj, a nie chciałem odgrywać zbędnych, a co gorsze, histerycznych scen.
Dymitr jednak przytrzymał mnie za rękę i przytulił. Położył mi dłoń na włosach i przyciągnął jeszcze bardziej do siebie. Czułem jak to wewnętrzne rozdarcie powoli ode mnie odpływa, zastąpione czymś słodkim i bezpiecznym.
- Ja wiem, że takie rzeczy bolą – szepnął.
Przymknąłem oczy, pozwalając sobie zatopić się w jego ramionach. Jego cichy głos koił ból i wieloletni żal. Wiedziałem, że tylko na chwilę, tylko na jakiś czas, ale właśnie tego wtedy potrzebowałem.
- Ja będę dla ciebie i ojcem i matką. Będę…
Nie dokończył zdania, ale ja miałem wyjątkowo mocne wrażenie, że chciał powiedzieć „Będę dla ciebie wszystkim”. Czy zamierzał naprawdę to obiecać? Takie stwierdzenie zabrzmiałoby strasznie niepokojąco, niemal absurdalnie, a ja nie chciałem już odczuwać niepokoju. Właśnie dlatego nie zapytałem. Skinąłem tylko głową, mocniej zatapiając się w jego zapachu i fakturze jego skóry. Trzymałem dłonie na jego plecach, gładząc go lekko. W pewnym momencie lekko się ode mnie odsunął i pocałował mnie w czoło. Czy miało to być symboliczne zapewnienie tego, co właśnie obiecał? Wpatrzyłem się w jego twarz i lekko uśmiechnąłem. Zaraz potem, nie wiem już z czyjej inicjatywy, nasze usta się złączyły. Jego język penetrował mnie, wolno, zmysłowo i kojąco. Otworzyłem oczy, chcąc się temu przyjrzeć. Dima swoje wciąż miał zamknięte, całkowicie zatopiony w pieszczocie. Pocałunek był długi i stopniowo mnie rozpalał. Wpatrywałem się w jego obnażone do połowy ciało. Nagle przypomniało mi się, jak wyglądał bez spodni, co sprawiło, że stałem się zupełnie twardy. Dima jednak oderwał się ode mnie, kończąc pieszczotę.
- Masz słodkie usta – uznał z uśmiechem i przejechał palcem po moich wargach. – Jednak wracając do tematu…
- Nie wracajmy do tego – przerwałem mu. – Myślę, że… na pewne rzeczy nie da się nic poradzić.
Spojrzał na mnie uważnie, najwyraźniej zapominając o moich ustach i skupiając się na konkretach.
- Możesz przecież do nich zadzwonić… Spróbuj porozmawiać tak otwarcie, szczerze – zaproponował i odłożył ręcznik na oparcie krzesła.
- Teraz – wykrzywiłem twarz w grymasie. – Teraz… mogę ich uraczyć samymi kłamstwami.
Westchnął i znów wpatrzył się we mnie uważnie swoim kobaltowym spojrzeniem.
- Nie musisz przecież mówić o tym, jak żyjesz. Tylko o tym, co czujesz – zaproponował.
- To chyba niewykonalne – odparłem. – Nie chcę już o tym myśleć. Przynieść ci coś do picia? – zapytałem, wstając.
- Tak. Kawy.
Skinąłem głową i wyszedłem z pokoju. Pomimo tego, że ostro zaprzeczyłem jego sugestii, osiadła ona gdzieś na dnie mojego serca. A co gdyby… rzeczywiście spróbować? Nigdy przecież nie próbowałem tak zupełnie otwarcie rozmawiać z Ulrike. Bo to głównie o Ulrike chodziło. Była istotą do mnie podobną, a ja jej synem, w którym odbijało się to podobieństwo. W wielu aspektach myślała tak jak ja.
Zastanawiałam się nad tym jeszcze przez chwilę, gdy parzyłem herbatę i mieszałem kawę. Gdy wróciłem do Iwanowicza, skierował rozmowę na inny temat, według mojego życzenia.
- Dzięki – wziął ode mnie kubek z kawą i od razu się jej napił. – Nieźle dziś poszło, nie uważasz? Jestem zadowolony.
Skinąłem głową.
- Chyba każdy się na to nabrał. Twój „przybrany” ojciec wydał się bez zarzutu, tak samo jak twoje rozmowy z nim. Nie zawiało sztucznością. Cieszę się, dobrze się spisałeś.
Otworzyłem usta, jednak zaraz je zamknąłem. Postanowiłem, że nie powiem mu nic o dziwnym komentarzu Artura. Nie miałem żadnych argumentów na to, aby twierdzić, że chłopak rzeczywiście coś odkrył. Nie chciałem niepotrzebnie martwić Dimę. Wiedziałem, że i tak ma już wystraczająco dużo zmartwień związanych z Sołncewem.
- Tak – przytaknąłem. – Dobrze, że już po wszystkim. To było naprawdę wykańczające.
- Zgadzam się. Koshka wszystko skomplikowała. Ale nie mogłem jej odmówić.
Pokiwałem głową, siadając obok niego. Kątem oka wpatrywałem się w parę unoszącą się z nad mojej herbaty.
- Nie jesteś chyba nadal zazdrosny? – dopytywał się.
Wydałem z siebie mruknięcie sugerujące negację. To chyba w zupełności go usatysfakcjonowało, bo głęboko westchnął i wyciągnął sobie nogi na stole.
Roześmiałem się, widząc to.
- Oto wieś w pańskim domu! – zacząłem złośliwie.
- Oj, odwal się! – mruknął, rzucając we mnie poduszką. – Nie każdy był wychowywany w pałacu i używał swoich szacownych paluszków wyłącznie do gry na fortepianie!
Gdy tylko odłożył kubek, poduszka została celnie wymierzona w jego głowę. Uśmiechnął się łobuzersko, lecz zamiast mi oddać rzucił się na mnie i przygniótł mnie do kanapy.
- Zachciało ci się wygłupów, paniczyku?
- Że jak mnie nazwałeś?! – warknąłem w furii.
Wyszczerzył zęby. Chciałem już znów go zaatakować, ale zaczął mnie łaskotać, w rezultacie czego poduszka wylądowała na spokojnie śpiącej Griecie. Rozległo się pełne pretensji i złości miauknięcie. Grieta zeskoczyła na podłogę i patrząc na nas pogardliwie, opuściła pokój.
- No i widzisz co zrobiłeś?! Kota mi przegoniłeś. Grieto, wracaj tu!
- Dobrze ci tak – odparłem mściwie. – No już, złaź ze mnie.
Uśmiechnął się przebiegle i zawisł nade mną, opierając się na rękach. Trwało to tylko chwilę, ale ten moment wystarczył, aby podziałać na moją wyobraźnię. Z trudem złapałem oddech, widząc nagle całą masę obrazów, które podsunął mi instynkt. Zaraz potem Dymitr podniósł się ze mnie i usiadł na swoim miejscu. Rzecz jasna, wstając, subtelnie, lecz sugestywnie otarł się o moje ciało. Z niedowierzaniem zmiarkowałem, że po tym po prostu wrócił do swojej wyjściowej pozycji i zabrał się za swoją kawę. Jakim cudem był zdolny do takiej samokontroli? Jedyną odpowiedzią na to pytanie stanowiło chyba tylko to, że żądza władzy przyćmiewała u niego jakiekolwiek inne żądze.
- Coś tak ucichł, Till? – zapytał niewinnie, udając, że nie widzi jak bardzo jestem podniecony.
Oblizałem wargi i starałem się czym prędzej wymyślić jakąś wymówkę.
- Chyba po prostu zgłodniałem – odparłem głupio i wstałem.
- Skończyła ci się energia, co? – zagadnął, pobłażliwie przyjmując moje kłamstwo.
Poszedłem do kuchni, mając ochotę na chwilę zejść mu z oczu. Chciałem chociaż na parę minut uniknąć tego absorbującego, drapieżnego spojrzenia.


***


Wieczór nadszedł równie szybko jak popołudnie. Zniknąłem w swoim pokoju około dwudziestej drugiej, zarówno zmęczony jak i nadal pobudzony. Stan, do którego doprowadził mnie Dymitr nie chciał mnie opuścić. Pomimo tego, że nie wykonywał już żadnych dwuznacznych gestów, sama jego obecność działała na mnie wystarczająco magnetyzująco. Nie poszedłem spać od razu. Czytałem książkę dopóki na zegarze nie wybiła północ. W ten sposób chciałem chociaż w jakimś stopniu zniwelować swoje podniecenie. Jednak gdy tylko znalazłem się w łóżku, mimowolnie pozwoliłem pofolgować swojej wyobraźni. Widziałem go, jak rozbiera się przede mną, pozwalając mi oglądać swoją nagość. Z pewnością omiótłbym go wzrokiem, zatrzymując się na jego sterczącej męskości. Przywołałem z pamięci wygląd jego nagiego torsu, marząc o tym, że badam dłońmi każdy centymetr jego skóry. Jęknąłem, ocierając się o pościel. Byłem już zupełnie sztywny i rozpaczliwie spragniony jego dotyku. Oblizałem spierzchnięte wargi, zastanawiając się co z sobą zrobić. Powędrowałem dłonią w kierunku swojego krocza, ale zatrzymałem się w połowie drogi. Z doświadczenia wiedziałem, że ciągła masturbacja raczej mnie jeszcze bardziej rozdrażnia zamiast zaspokajać. A co gdybym tak...? Zmarszczyłem brwi. Przecież o to właśnie mu chodziło. Abym sam do niego przyszedł. Jednak czy było w tym coś złego? Wizja jego dominacji i przewagi raczej dodatkowo mnie podniecała, a nie poniżała. Wyobraziłem sobie jakby to było, gdybym stanął przy jego łóżku i powiedział „Chcę się z tobą kochać”. Sama taka sytuacja wydała mi się straszliwie… pociągająca. Byłem tak nabuzowany po całodniowym napięciu, że miesięczne opory i obawy odeszły gdzieś na bok. Nie myśląc nad tym dużej, wyszedłem ze swojej sypialni na boso i zbliżyłem się do jego drzwi. Z mocno bijącym sercem przyłożyłem ucho do drewna. Nie usłyszałem nawet najcichszego dźwięku. Czyżby spał? Ze szczeliny pod drzwiami nie wydobywało się światło, więc pewnie tak. Zagryzłem wargi i zdenerwowany lekko nacisnąłem na klamkę. Drzwi otwarły się zachęcająco. Zajrzałem do środka. Dima znajdował się w łóżku. Leżał na plecach, oddech miał spokojny i regularny. Spał. Zamknąłem za sobą drzwi najciszej jak potrafiłem. Bezgłośnie zbliżyłem się do niego. Nie obudził się, zapewne po wyczerpującym dniu miał mocny sen. I… co teraz? Czy powinienem go obudzić? To, co chciałem zaraz z nim zrobić omiotło mój umysł do tego stopnia, że nie było mowy o wycofaniu się. Pożądliwie spojrzałem na jego śpiącą postać, analizując każdy szczegół. Miał mocne ręce. Jedna z nich znajdowała się na kołdrze. Nabrałem ochoty, aby znów zawisł nade mną tak jak dzisiaj w salonie. Tylko… w nieco bardziej intymnej sytuacji. Swoimi zagraniami zupełnie pozbawił mnie skrupułów i rozsądku. Wszedłem na łóżko i usiadłem na nim. Jego ciało drgnęło mocno, najwyraźniej zdając sobie sprawę z obecności intruza. Później, w ułamku zaledwie jednej sekundy, Dima zerwał się ze snu, wyszarpał z pod poduszki rewolwer i przystawił mi go do czoła. Przerażony, szeroko otworzyłem oczy i zamarłem. Dymitr trwał tak jeszcze kilka sekund, dopóki nie odzyskał świadomości.
- Till? – mruknął sennie, z powrotem chowając broń pod poduszkę – Co ty…? – zaczął nieskładnie, ale zaraz przerwał, gdy zobaczył, że siedzę na nim okrakiem, z lekko rozszerzonymi nogami.
- Och… - mruknął, jeszcze chwilę pożerając mnie wzrokiem. Oblizał wargi i przejechał swoją dłonią po moim boku i udzie. Przymknąłem oczy, rozkoszując się tym dotykiem.
Dima podciągnął się do siedzącej pozycji. Zrzucił kołdrę na podłogę i przyciągnął mnie do siebie, abym znów na nim usiadł. Jego dłonie zaczęły błądzić po moim ciele, uważnie je badając.
- Podjąłeś bardzo mądrą decyzję – szepnął mi do ucha. – Zaraz ci to udowodnię.
Jęknąłem, gdy jego język znalazł się w moim uchu. Gorący i lepki. Wygiąłem się w spazmie rozkoszy. Iwanowicz zaczął się zmysłowo poruszać, tak, że doskonale wyczuwałem pod pośladkami jego sztywnego penisa. Jego penis. Między moimi pośladkami. Och. Zacząłem wić się na nim i patrzeć na niego pożądliwie i bezwstydnie.
- Ile w tobie jest seksu… - szepnął zachwycony.
- I tłumionych potrzeb – dodał, masując przez spodnie mojego członka.
- D-dima… Proszę – jęknąłem, czując, że zaraz oszaleję z dzikiej żądzy.
- O co prosisz? – mruknął mi do ucha, dotykając go wilgotnymi wargami.
Rozchyliłem nogi, pragnąc, aby jego rytmiczne ruchy dotarły głębiej. Rozszerzył oczy, widząc w tym zaproszenie. Oboje byliśmy tak podnieceni, że nasze zbliżenie było pełne chaosu, ognia i samozatracenia. Nie wiedziałem nawet kiedy zdarł ze mnie ubrania, obnażając mnie zupełnie. Jego ręka wolno podrażniała mojego penisa, a język błądził po mojej szyi. Poruszałem się szybko w jego mocno zaciśniętej dłoni. W jego kobaltowych oczach dostrzegałem szalejącą burzę. Prawdopodobnie wtedy prędzej by mnie zabił niż wypuścił. Ja jednak nie miałem zamiaru przerywać. Chciałem dać mu się uwieść. Pragnąłem, aby się rozebrał i mnie posiadł. Zbliżyłem się do niego bardziej, jednym, szybkim ruchem zsuwając z niego spodnie od pidżamy. Pomógł mi w tym, zdejmując je zupełnie.
- Zejdź na podłogę – szepnął.
Nie pytając o nic, zrobiłem to, o co poprosił. Uklęknąłem przed łóżkiem i czekałem. Dima usiadł na jego brzegu i bez żadnego uprzedzenia włożył swojego penisa w moje usta. Jęknąłem z przyjemności i zacząłem ssać jego męskość. Wydał z siebie pełen rozkoszy odgłos i złapawszy mnie za włosy, szybko poruszał moją głową. Jego penis wbijał się mocno w moje gardło. Chociaż nigdy wcześniej tego nie robiłem, bardzo szybko zrozumiałem jak dawać mu przyjemność. Od czasu do czasu lizałem samą główkę, sprawiając, że jego ciało szarpało się z przyjemności. Dima nie wytrzymywał jednak długo; zaraz z powrotem wpychał się w moje usta, dodatkowo poruszając biodrami. Wchodził głęboko, do samego gardła, a ja wariowałem z podniecenia, w kółko myśląc „Właśnie pieprzy mnie w usta”. Odnajdywałem w tym coś niezwykle perwersyjnego, jednak właśnie dzięki temu, tym bardziej podniecającego.
Wkrótce potem wciągnął mnie z powrotem na łóżko. Przylgnęliśmy do siebie, doskonale odczuwając każdy fragment swojego napiętego ciała. Penis Dymitra musnął moje podbrzusze, zostawiając na nim wilgotną, gorącą smugę. Jęknąłem przeciągle, gdy dotknął nim mojej męskości. Zaczął się o mnie lekko ocierać. W tej samej chwili jego język wsunął się w moje usta, a dłońmi zaczął ściskać moje pośladki. Wiłem się pod wpływem jego dotyku, stękając i napierając na jego ciało.
- No dalej… - szepnął, oderwawszy się od moich ust. – To o co prosisz?
Wciąż ugniatał moje pośladki, co chwilę dotykając mnie palcami między nimi. Wpatrzyłem się w jego oczy i bezwiednie wyrzuciłem z siebie:
- Proszę, pieprz mnie.
Wciągnął powietrze, słysząc to i jednym ruchem przygniótł mnie do łóżka. Podniecenie okazało się niemal nie do wytrzymania, gdy odczułem na sobie ciężar jego ciała. Oparłem dłonie na jego ramionach, czekając i oddychając spazmatycznie. Uśmiechnął się przebiegle i poczułem jak znów przesuwa swoim penisem między moimi pośladkami. Dokładnie czułem jego gorącego, lepkiego członka. Wygiąłem się mocniej w jego kierunku i zawyłem cicho.
- Wiesz, lubię jak mnie prosisz… - zasugerował.
Odczułem, że jego zagrywki są niesprawiedliwe i nie na miejscu. Dałem mu przecież to, czego pragnął tak długo, a on jeszcze kazał mi się prosić. Nie mogłem jednak zaprzeczyć, że mnie to nie podnieca. Miałem na to ochotę.
- Błagam… - szepnąłem mu do ucha. – Błagam, weź mnie. Wejdź we mnie. Chcę cię w środku... – powiedziałem zmysłowo, dając się wciągnąć w tę grę.
Zagryzł wargi, słysząc to i posiadł mnie jednym, zdecydowanym ruchem. Otworzył szeroko usta, gdy już znalazł się w moim wnętrzu. Początkowo szarpnął mną ostry ból. Wbiłem palce w jego ramiona, ale pozwoliłem, aby zaczął się poruszać.
- Musisz się… rozluźnić… Och, jaki jesteś ciasny… Doskonale… Till, na boga… - wyrzucił z siebie nieprzytomnie. Jego słowa tak mnie podnieciły, że niemal od razu się rozluźniłem. Moje ciało już go przyjęło, więc ból szybko zaczął odpływać. To, co poczułem potem trudno opisać jakimikolwiek słowami. Jego penis wypełniał mnie, szarpał moim ciałem w najbardziej pożądany sposób. Objąłem go mocno i przyciągnąłem do siebie. Doskonale go czułem; takiego twardego i gorącego… docierał coraz głębiej, tak, że poczułem przy swoim wejściu jego miękkie jądra. Jęczałem jak oszalały, z szeroko rozłożonymi nogami i z zezwoleniem na branie mnie w jakikolwiek sposób. W pewnej chwili odchylił się do tyłu i wchodził we mnie z klęczącej pozycji. Rękami przyciągał mnie do siebie, tak, że bez trudu pieprzył mnie szybkimi, mocnymi pchnięciami. Jęczałem głośno, zdając się na jego fantazję i zachcianki. Z fascynacją wpatrywałem się w jego nagie ciało i na grę jego mięśni przy każdym ruchu. W jego wilgotnego członka, który znikał w moim wnętrzu.
- Dima… Jesteś taki… dobry… - wyrzuciłem z siebie zachrypniętym głosem.
Uśmiechnął się z satysfakcją i zrobił coś, co jeszcze bardziej mnie przekonało o jego umiejętnościach. Zmienił odrobinę pozycję, tak, że miał mnie posiąść pod nieco innym kątem. Uniósł też moją nogę i wszedł ponownie. Rozszerzyłem mocno oczy, czując jak głęboko we mnie był i że zaczął uderzać w jakiś wyjątkowo wrażliwy punkt. Miałem wrażenie, że przestałem istnieć. Rozpłynąłem się w czasoprzestrzeni i zmieniłem w jedną, wszechogarniającą przyjemność i jęk. Dima po jakimś czasie zaczął stymulować mojego członka. Krzyk. Zacząłem krzyczeć, wić się i mówić... coś… jakieś słowa. Orgazm wypełnił każdy nerw w moim ciele, szarpiąc mną i sprawiając, że z mojego penisa wystrzeliły strugi gorącej, lepkiej spermy. W pewnej chwili Dymitr zjednał się ze mną w tym obezwładniającym krzyku. Poczułem, że doszedł we mnie, co jeszcze wzmogło mój orgazm. Musiało minąć parę chwil, zanim odzyskałem zdolność myślenia. Dima leżał na mnie, zmęczony, z ciężkim, przerywanym oddechem, z włosami przyklejonymi do czoła. Zauważywszy, że na niego patrzę, obdarzył mnie krótkim, czułym pocałunkiem.
- To było… - zacząłem, oplatając dłońmi jego szyję.
- Jak nigdy dotąd, co? – odparł z uśmiechem.
Kiwnąłem głową, nie mogąc w to uwierzyć. Wyszedł ze mnie i ułożył się obok. Zaraz potem znów się poderwał i wciągnął na łóżko kołdrę.
- To przez więź… która nas łączy… praktycznie całe życie – stwierdził wykończony i przykrył nas obu.
Potem pocałował mnie w czoło i wtulił się w moje wilgotne, pachnące seksem ciało. Objąłem go i uznając, że zapewne ma rację, zamknąłem oczy.

piątek, 21 października 2011

Rozdział dwunasty

12. Ojciec

Dzień ten nadszedł zupełnie niespodziewanie. Prawdę powiedziawszy, spadł na mnie jak grom z jasnego nieba. Dima nie wspomniał mi o nim ani słowa, najwyraźniej zbyt pogrążony w stertach papierów, snuciu intryg i adorowaniu mnie.
Kiedy bordowe porsche z piskiem zaparkowało przed naszym domem, wzdrygnąłem się ze zdziwienia. Traf chciał, że akurat wyglądałem przez okno, zapatrzony w ogród i w swoje myśli. Kto przyjechał…? W jakim celu? Już po chwili uzyskałem odpowiedź na to pytanie. Szybkim i zgrabnym ruchem z samochodu wysunęła się Koshka. Zaraz za nią pojawił się ktoś drugi. Ogarniała mnie coraz większa ciekawość. Czy była umówiona z Dymitrem czy przyjechała bez zapowiedzi? Przez chwilę przyglądałem się jak powoli zbliża się do wejściowych drzwi. Następnie opuściłem swój pokój i zapukałem do Dimy.
- Tak, Till? – zapytał, nie patrząc na mnie. Stał przed otwartą szafą z ubraniami, najwyraźniej szukając marynarki na dziś.
- Koshka przyjechała. Wiesz w jakim celu?
Przeniósł na mnie wzrok i wysoko uniósł brwi.
- Doprawdy…?
Zanim jednak odpowiedział cokolwiek, odezwał się jego telefon. Odebrał i wysłuchał rozmówcy.
- Tak, wpuśćcie ją – odparł.
Domyślałem się, że to jeden z ochroniarzy musiał zadzwonić. Z całkowitą pewnością takie zachowanie było okropnie niegrzeczne, ale niezbędne. To pozwoliło mi zrozumieć, że Dima nie spodziewał się Mariji.
- Często przyjeżdża bez zapowiedzi? – zapytałem.
- To zależne od sytuacji. Tej kobiecie wydaje się, że cały świat będzie się dopasowywać do niej. Ale to nie jest w tym wszystkim najgorsze.
- A co? – podchwyciłem, kierując się wraz z nim do drzwi.
- To, że generalnie ma rację.

***

Koshka podniosła do ust kieliszek z winem i poczęstowała się jednym z kruchych ciasteczek. Nie uznała za niezbędne mówić jaki jest cel jej wizyty, a przynajmniej nie od razu. Dima nie pytał, zapewne uważając to za zbyt nietaktowne.
- Bardzo pyszne, Dymitrze. Twoje kucharki je piekły?
- Tak przypuszczam – odparł z nieokreślonym ruchem dłoni. Sprawy w kuchni nigdy nie przykuwały jego uwagi.
- Smaczne, prawda, Arturze? – zwróciła się do młodego chłopaczka, którego widziałem z okna.
Artur kiwnął głową. Od kiedy tu wszedł nie wypowiedział nawet słowa. Miał wielkie, błękitne oczy, jeszcze jaśniejsze od moich. Rozglądał się nimi w około z dziwnie żywotnym, a jednocześnie beznamiętnym wyrazem twarzy. Nie do końca pojmowałem jego funkcję, ale nie była to jedyna rzecz tego dnia, której nie zrozumiałem.
Dima lekko i bezdźwięcznie postukiwał palcem o stół. Najwyraźniej się niecierpliwił, a może nudził. Koshka jadła ciastka, ani trochę nie krępując się atmosferą. Nie zawracała sobie głowy milczeniem Dimy. Zwróciła się do mnie.
- Jak tam twoje postępy, Till? Słyszałam, że trenujesz już w V12.
Uśmiechnąłem się lekko.
- Nie mnie o to pytać.
Skierowała swoje zielone, kocie ślepia na Dimę. Nadała im pytający wyraz i czekała.
- Postępy są zadowalające – odrzekł sucho.
Bolało mnie to, że przy innych nie chwalił mnie i nie okazywał mi chociażby cienia sympatii. Cóż jednak można było na to poradzić? Zgodziłem się na tę maskaradę i nie mieliśmy innego wyboru jak prowadzić ją dalej.
Roześmiała się dźwięcznie.
- Skoro nasz wielki mistrz tak mówi! To nie banał usłyszeć od ciebie coś takiego.
- Bywam wymagający. – odparł.
- Nie jesteś dziś sobą, Iwanowiczu. Dużo pracy?
- Tak, wyjątkowo… - przytaknął, z resztą zgodnie z prawdą. Przetarł sobie dłonią twarz i nalał trochę alkoholu do kieliszka.
- A cóż z jutrzejszym spotkaniem?
Spojrzał na nią bez zrozumienia. Ja zrobiłem to samo. Przez chwilę przyglądała się nam bezmyślnie, nic nie mówiąc. W końcu Iwanowicz przerwał ciszę.
- Jakie spotkanie? – zapytał z nutką przerażenia.
- Przecież jutro przyjeżdża ojciec Tilla, czyż nie? Mówiłeś, że dziesiątego. Jutro jest dziesiąty.
Kobaltowe oczy Dymitra powiększyły się raptownie. Rozchylił usta, najwyraźniej totalnie zszokowany.
- Jak to?! – wyrzuciłem z siebie spontanicznie.
Koshka spojrzała na mnie rozbawiona.
- Till, i ty też? Co z wami, doprawdy? Przez ostatnie pięć lat zapomniałeś może o jednym spotkaniu, Iwanowiczu… A ty, Till? Ładnie tak o własnym ojcu nie pamiętać?
Przełknąłem to faux pas, nie mówiąc nic przez chwilę. Cóż… Dima wspominał jakiś miesiąc temu, że ma w planach zaaranżować spotkanie z moim podstawionym ojcem. Potem jednak temat się urwał i nie wróciliśmy do niego. A tu nagle… no nie. Maskując swój szok czarującym uśmiechem obnażającym zęby, odezwałem się:
- Jakoś tak… Ojciec nie odzywał się do mnie przez ostatnie dwa tygodnie. Również ma dużo pracy… Dlatego zupełnie wypadło mi z głowy – popukałem się lekko w czaszkę, dodając sobie tym wrażenia niewinności i szczeniackiej jeszcze beztroski.
Dima spojrzał na mnie neutralnie, ale wiedziałem, że za tą obojętnością czai się pochwała, że rozegrałem to tak umiejętnie.
- Co do pracy… To samo mogę powiedzieć o sobie – usprawiedliwił się Dymitr. – Och, jutro. Całe szczęście, że mi przypomniałaś… Z całym szacunkiem, Marijo… Ale skoro spotkanie jest jutro… co sprowadza cię tu dzisiaj?
Uśmiechnęła się swawolnie. Jedna jej ręka wylądowała na głowie Artura. Pogłaskała go leniwie, jak salonowego kota. W ułożeniu jej dłoni, a także w jej ruchu było coś niesamowicie władczego. Starałem się nie przypatrywać temu, chociaż okropnie dziwacznie i groteskowo to wyglądało.
- Czekałam, aż zadasz mi to pytanie, Iwanowiczu.
- Czemu sama nie raczyłaś się wypowiedzieć?
- Dystyngowane kobiety nie proszą, tylko czekają na dary – odparła.
- Zatem słucham.
- Potrzebny mi czek na dwadzieścia tysięcy dolarów.
- Dolary, powiadasz? Czyżbyś się stawała kosmopolitką?
Nie dało się nie usłyszeć w jego tonie cienia ironii i subtelnej groźby.
- Kosmopolitką – powtórzyła i uśmiechnęła się pod nosem. Oczy miała spuszczone, utkwione w pustym kieliszku. Przechylała nim z lewa na prawo, obserwując błyski światła na krysztale. – Mój dom jest dla mnie za wielki, a co dopiero… cały świat.
Jej twarz nabrała smutnego wyrazu. Dima nie odpowiedział. Zdało mi się, że zrobił to naumyślnie, najwyraźniej wiedząc o czymś, o czym ja nie miałem pojęcia.
- Chciałabym zainwestować. Potrzebuję pieniędzy. Nie będę wchodzić ci w drogę, o to możesz być spokojny.
Tym razem na jego twarzy zagościł lekki uśmiech.
- O to się nie boję. Jesteś przecież mądrą kobietą.
Zmrużyła oczy. Nie prosiła, nie ponaglała. Czekała, ale nie tak jak się czeka na jałmużnę. Miała na twarzy taki wyraz, jakby to Dymitr robił jej łaskę, albo chociaż składał hojny podarunek, tak jak to określiła.
- Według życzenia. Dostanę dwadzieścia pięć procent zysku z tego, co zarobisz na tych kosmopolitycznych przedsięwzięciach. Oprócz tego chcę mieć wgląd w twoje działania.
- Domyśliłam się takiego warunku. Przyjmuję – podała mu swoją smukłą dłoń. Uścisnął ją lekko, lecz stanowczo.
- Wgląd w moje działania… Uwielbiasz kontrolę, Iwanowiczu.
- To samo mogę powiedzieć o tobie, Madame.
Patrzyli na siebie wojowniczo, oboje o podobnym spojrzeniu. Już wtedy wiedziałem, że są gigantami i na ich polu niewielu jest im równych. Piękni, dumni, bogaci. Silni, przebiegli i zręczni.
Koshka wstała od stołu. Artur zaraz zrobił to samo.
- Zostanę tu do jutra, Iwanowiczu.
Ta informacja zaskoczyła go o wiele bardziej niż jej wcześniejsze słowa.
- U mnie zdarzył się mały wypadek. Moja służba zajmuje się remontem, a mnie niesłychanie irytują te hałasy. Właśnie dlatego przyjechałam. Ostatecznie czek do jutra mógłby poczekać.
- Ach tak? – zapytał przeciągle. – To czemu na moje pytanie, w jakim celu to jesteś, zaczęłaś o pieniądzach?
Oddaliła się od krzesła. W powietrzu rozległ się stukot jej wysokich, smukłych obcasów. W połowie drogi lekko odwróciła tułów do współrozmówcy.
- Powiedziałam ci tylko to, co spodziewałeś się usłyszeć.

***
Zapach herbacianych róż roznosił się po pomieszczeniu. Miałem wrażenie, że wypełniał nie tylko pokój, ale także mój umysł. Pomimo trudnej sytuacji, nie opuszczała mnie pogoda ducha, co zdarzało się niezwykle rzadko.
- Dima… Jak mogłeś zapomnieć o czymś takim? – pytałem po raz kolejny. – Teraz sprawa się komplikuje.
- Nie traktuj mnie protekcjonalnie – odparł ostro.
- Ty często tak mnie traktujesz – zauważyłem.
- Ja mam do tego prawo.
Zamarłem na te słowa. Dima faktycznie był jakiś nieswój od kilku dni, tak jak zauważyła Marija. Niezwykle mnie zabolała ta uwaga, ale nic nie powiedziałem. Nie chciałem zacząć być pretensjonalny. Ostatecznie każdemu może się czasem zdarzyć powiedzieć coś przykrego…
- Poradzisz sobie – pokrzepił mnie.
- Nigdy w życiu nie widziałem tego człowieka, a teraz, od kiedy tylko spoczną na nim moje oczy, mam się zachowywać jakbym go znał całe życie… - zacząłem bez entuzjazmu.
- Sytuacja się skomplikowała. W planach miałem, abyście poświęcili sobie kilka godzin po południu. Spotkanie zostało zaplanowane na wieczór. Nie przypuszczałem, że Koshka zechce się tu wprowadzić… Nic nie zrobimy. Nie mogę jej odmówić, wypadłoby to nienaturalnie. Musisz sobie poradzić przy niej.
Jego słowa niewiele mnie pocieszyły. Podszedłem do małego, okrągłego stolika. Ująłem w palce jeden z płatków róż. Był przyjemnie aksamitny i świeży.
- Nienaturalnie… - powtórzyłem. – Dlaczego nie mogłeś jej odmówić? Jak często melduje ci, że ma zamiar tu pomieszkać? – rzuciłem ironicznie.
Byłem przekonany, że lada chwila usłyszę coś w rodzaju „No, nigdy” albo „Masz rację”. Dima jednak nie użył żadnej z tych dwóch opcji.
- Raz na kilka miesięcy zostaje tu na parę dni – odparł swobodnie.
Moja dłoń zawisła nad kwiatem. Krew ode mnie odpłynęła, ale nie spojrzałem na niego.
- I co wtedy robicie? – zapytałem, próbując stłumić obawę w głosie.
- Przyjeżdża w prywatnych celach. Nie zajmujemy się wtedy interesami. Nie bardzo mogę o tym mówić.
Popatrzyłem na niego urażony i najzupełniej zraniony. Jak mógł nie powiedzieć mi o czymś takim…?
Dima natychmiast podchwycił moje spojrzenie i zaczął czym prędzej się tłumaczyć.
- Och, Till! O czym ty sobie pomyślałeś?
- Ja… o niczym – mruknąłem pozornie twardo, ale sam usłyszałem, że głos mi zadrżał.
- Nie miałem na myśli żadnych seksualnych praktyk – sprostował. – Nigdy jej nie dotknąłem, to nie rzecz tego typu.
- A jakiego? – zapytałem, niedowierzając.
Westchnął i podźwignął się z kanapy do siedzącej pozycji.
- Nie chcę zdradzać szczegółów. Byłaby zła.
- Skoro to jakiś sekret… - burknąłem. Miałem nadzieję, że najbardziej nieprzyjemnie jak tylko było mnie na to stać.
- Przestań już. Ona mnie nie podnieca, nigdy z nią nie spałem. Z resztą, myślisz, że przyjechałaby tu na seks razem z tą swoją wielkooką maskotką? No, chodź tu już.
Wyciągnął do mnie rękę, a ja zbliżyłem się, nabierając nieco więcej pewności. Pociągnął mnie na siebie i usiadłem na nim. Wplótł dłonie w moje włosy i przyciągnął mnie do siebie.
- To bardzo nieszczęśliwa kobieta – powiedział. – Nie masz nawet pojęcia jak bardzo.
Zmarszczyłem brwi. Ona nieszczęśliwa? Jak to możliwe? Przecież zawsze była taka beztroska, figlarna i roześmiana. Nie zrozumiałem tego, ale nie pytałem więcej. Wtuliłem się w jego miękką koszulę. Była jasna, podobnie jak wszystko w tym pokoju. Przymknąłem oczy. Jutro czekała mnie trudna, pełna słownych akrobacji rozmowa z człowiekiem, który miał odegrać mojego ojca. Lecz jeszcze dzisiaj… nie trzeba było o tym myśleć.

***

Mężczyzna, który miał się nazywać Hans Lohengrin, zbliżał się do pięćdziesiątki. Był pulchnym, niskim człowiekiem, który mimo to nie zatracił w najmniejszym stopniu ostrości rys twarzy i spojrzenia. Chociaż powierzchowność miał iście pluszową, coś intensywnego i mocnego czaiło się w kącikach jego ust i głębi ciemnych, mętnych oczu. Krótko i silnie uścisnął mi dłoń, po czym przyciągnął mnie do siebie i poklepał po plecach, prawdziwie poczciwym, ojcowskim gestem. Rzecz jasna każdy z nas dostał dokładne instrukcje od Dymitra. Każdy ruch, spojrzenie i gest był dokładnie zaplanowany. Chociaż człowieka nie ucieszyła nagła zmiana planów spowodowana przez obecność Koshki, zgodził się bez zgrzytów. Prawdopodobnie ogromna ilość pieniędzy, jaką miał otrzymać za tę akcję, stłumiła w nim jakiekolwiek protesty.
- Witaj, synu – odparł i uśmiechnął się ciepło.
Miałem ochotę roześmiać się na całe gardło, dostrzegając jak komiczna była ta sytuacja. Jednak jego „witaj, synu” skierowane do człowieka, którego widział pierwszy raz w życiu zawisło w powietrzu zaledwie na kilka sekund. Moje rozbawienie znalazło ujście tylko w równie ciepłym, rodzinnym uśmiechu.
- Dawno się nie widzieliśmy, ojcze. Wszystko w porządku? – zapytałem, wciąż studiując jego fizjognomię.
- O tym za chwilę. Jakie to uchybienie z mojej strony, że nie przywitałem się najpierw z damą – zwrócił swoje spojrzenie na Koshkę. Ta uśmiechnęła się lekko.
Ujął w rękę jej drobną, zgrabną dłoń i musnął ją ustami.
- Hans Lohengrin – przedstawił się.
Koshka zadrżała. Lekko otworzyła usta, najwyraźniej czymś bardzo zaskoczona jak i zmieszana. Zaintrygowało mnie to. O co chodziło…? Opanowała się jednak w chwilę i na jej twarzy znów pojawił się szeroki uśmiech.
- Marija Pietrowna Kuzniecow. Miło mi pana poznać.
- Mi również – odparł i skłonił się lekko.
Na koniec przywitał się z Iwanowiczem i wspólnie skierowaliśmy się do jednego z salonów.
Obiad został podany prawie natychmiast. Zasiedliśmy do stołu. Byłem napięty i skupiony, nadal kalkulując o czym i w jaki sposób mam mówić. Oczywiście nie dostałem sztywnego, jasno skreślonego scenariusza; Dima dał mi tylko jasne wskazówki, jak grać, a ja miałem się do tego elastycznie dopasować.
Siedziałem naprzeciwko mojego „ojca”, co także zostało wcześniej ustalone. Tuż obok mnie miał swoje miejsce Dima. Ująłem w dłonie sztućce, jednocześnie nasłuchując odgrywanego dialogu. Pierwsze pytanie zostało wymierzone we mnie.
- Till, jak ci się tu podoba? W naszych rozmowach zawsze bywasz taki lakoniczny.
Przełknąłem kawałek wieprzowiny i uśmiechnąłem się odrobinę cynicznie.
- Może to dlatego, że tego mnie tu uczą.
Wszyscy roześmiali się na głos. Nie jednak zwierzęco, bezpośrednio i zupełnie szczerze jak to zazwyczaj miało miejsce w piwiarniach czy innych przybytkach tego rodzaju. Był to śmiech wyważony, opanowany, szczery w pewnym stopniu.
- Miał zostać żołnierzem, więc nim jest, Hans – wtrącił się Dymitr. – Ale to dopiero początek.
- Brzmi interesująco. Nie chciałbym jednak być niecierpliwy i od razu pytać o postępy. Więc jak, Till? Odpowiesz mi na moje pytanie? – zapytał, biorąc łyk wina.
Spojrzenie miał teraz ciepłe i naturalne. Co za zaskakująca sprawa! Jak wspaniałego aktora Dymitr tu sprowadził! Grałem z nim na równym poziomie i muszę przyznać, że bardzo mi się to podobało.
- Cóż – zacząłem z uśmiechem i przeniosłem wzrok na Dimę. – Muszę przyznać, że pan Iwanowicz jest doskonałym mentorem. Myślę, że nie mógłbyś wybrać dla mnie kogoś lepszego.
Dima lekko rozchylił wargi, zaskoczony i nie przygotowany na to bezpośrednie pochlebstwo. Trwało to tylko przez chwilę. Zaraz potem jego twarz rozpromieniła się z satysfakcji i przyjemności.
- Stwierdzenie Tilla wskazuje albo na daleko posunięty masochizm albo na zażartą ambicję… – zaczęła żartobliwie Koshka. - Znając metody Iwanowicza, nie mogę twierdzić inaczej.
- Nawet pani nie wie jak miło mi słyszeć coś takiego! – odparł Hans, odrobinę za głośno. – Cieszę się niezmiernie, że oddałem syna w dobre ręce.
Postukał palcami o blat stołu, jakby zastanawiając się nad czymś. Dopiero teraz zauważyłem na jago palcu sygnet. Jego dłonie były stworzone do sygnetów; mocne i mięsiste, o grubych palcach. Gruba ryba, jak to się mówi. Zacząłem się zastanawiać co by było, gdyby ten człowiek naprawdę był moim ojcem. Gdyby był Karlem Lohengrinem. Jak wtedy potoczyłoby się moje życie…? Czy trafiłbym w to samo lub podobne miejsce? Jakim byłbym człowiekiem? Czy Hans, czy jakkolwiek nazywał się naprawdę ten człowiek, wybiłby mi z głowy literaturę i marzycielskość? Szczerze wątpiłem. Mój ojciec nie był człowiek słabym. Również miał głowę do interesów. Przez jego palce przechodziły nie małe kwoty pieniędzy i nigdy mu się zdarzyło nad tym nie zapanować. W gruncie rzeczy, po namyśle, Karl nie różnił się wiele od Hansa. Zresztą, co mogłem tak naprawdę powiedzieć o człowieku, z którym odgrywałem teatr?
Po pewnym, raczej dłuższym czasie rozmowa zeszła na interesy. Hans przedstawiał swoje plany, ogólnikowo, zdawkowo, tak jak zwykle mówi się o przekrętach do ludzi, którzy w owe przekręty nie są zamieszani. Dima zachowywał się podobnie, ja tylko od czasu do czasu wychodziłem z jakimiś komentarzami. Na temat moich treningów, z uwagami na temat giełdy, o kursie dolara i innych, nic mnie nie obchodzących bzdurach. Ważne było to, że w owej tematyce się orientowałem i że w przyszłości mogłem być dla Dymitra naprawdę pomocny. Uczenie się o rzeczach, które były dla mnie boleśnie nudne stanowiło na początku straszną torturę. Jednak mimo to uparcie siedziałem nad notatkami, a Dima powtarzał i tłumaczył wszystko tak długo, aż tego naprawdę nie zrozumiałem. Właśnie dlatego teraz nawet nie musiałem specjalnie się skupiać na rozmowie, aby wtrącić coś trafnego. Prawdę mówiąc, moje myśli zaczęły odpływać od obecnej sytuacji do rodzinnego domu. Przez odgrywanie tego domowego przedstawienia, boleśnie, pierwszy raz od kilku miesięcy, przypomniałem sobie o matce i ojcu. Co robiła Ulrike? Czy wciąż cierpiała na tej wieloletniej już emigracji? Impulsywnie odczułem potrzebę dowiedzenia się tego, jak i jeszcze wielu innych rzeczy. Przez moment nawet uwierzyłem, że mogę to zrobić.

***

Hans postanowił, że nie chce nadużywać gościnności Iwanowicza i że przenocuje w hotelu. Stwierdzenie to oczywiście spotkało się z silnym protestem Dimy i licznymi naciskami, że jak najbardziej może zostać tutaj i czuć się jak u siebie. W końcu współpracuje się im tak świetnie i doskonale rozumieją swoje, biznesowe, potrzeby. Hans jednak zaparł się w sobie, tłumacząc, że naprawdę bardzo dziękuje, ale gości jest tu już wystarczająco dużo (w którejś chwili przemknął przed nami Artur), a przemieszczenie się do centrum nie sprawi mu najmniejszego problemu. Oprócz tego zawsze był ciekawy moskiewskich hoteli i jest zadowolony, że ma w końcu okazję z jednego z nich skorzystać. Nie muszę chyba dodawać, że już wcześniej zostało ustalone, że Hans ma się wybrać do hotelu. Dima uważał, że jest to wyjście bezpieczniejsze, ponieważ ograniczy moje i Hansa interakcje, co z kolei zmniejszy prawdopodobieństwo popełnienia błędu czy strzelenia jakiejś gafy przy Koshce. Zagranie było zagmatwane i polegało na mówieniu czegoś dokładnie przeciwnego, niż się zamierzało. Koshka przyglądała się wymienianiu tych uprzejmości z neutralnym, nieco zamyślonym wyrazem twarzy. Nic dziwnego. Nie interesowało ją zapewne gdzie ten mój ojciec w końcu będzie spać.
Ja natomiast czułem się tym wszystkim silnie zniesmaczony. Obserwowanie jak dwóch dorosłych mężczyzn zgrywa przed sobą, za przeproszeniem, idiotów, doprowadzało mnie już do mdłości. Tak samo jak na początku ta zabawa wydała się przepyszna, tak teraz zupełnie mi obmierzła. Tym bardziej, że czasem spojrzenie Koshki zdawało mi się silnie niepokojące, zupełnie takie jakby myślała to samo co ja.
Wkrótce nastąpiły pożegnania, uściski i grzecznościowe formułki. Gdy Hans Lohengrin wyszedł z rezydencji, atmosfera stała się o wiele luźniejsza i prawie domowa. Wszyscy się porozchodziliśmy, każde za swoją sprawą. Ja udałem się do łazienki. Przepłukałem sobie twarz zimną wodą. Czułem się całkowicie wypompowany tym niemalże całodniowym napięciem i myślami, które wędrowały do przeszłości, do rodziny, do moich korzeni. Od dawna już nie czułem takiego niepokoju, który kołatał się gdzieś na dnie żołądka. Uniosłem głowę i wpatrzyłem się w swoje odbicie w lustrze. Czy ja wciąż byłem tym Tillem, który wszedł do tego domu po raz pierwszy…? Wpatrzyłem się w swoje błękitne, zmęczone w tej chwili oczy. Czy one patrzyły w ten sam sposób, gdy mieszkałem jeszcze w Hamburgu? Wydawało mi się, że nie. Przeżyłem tutaj już tak wiele, że zdawało mi się, iż minęło już wiele lat od czasu gdy się tu pojawiłem. Treningi z Jegorem, V12, moje pierwsze zbliżenie z Dimą… Jak po tym wszystkim mogłem na siebie spojrzeć nie bez zdziwienia? Doznawałem psychodelicznego wrażenia, że za chwilę ta postać w lustrze się do mnie uśmiechnie, choć ja wcale tego nie zrobię. Nie ulega wątpliwości, że odkryłem w sobie bardzo wiele nowych rzeczy, o których nie miałem pojęcia. Wkrótce miałem odkryć znacznie więcej, ale o tym w swoim czasie.
Wyszedłem z ubikacji i poszedłem do salonu, w którym przez tyle czasu siedzieliśmy. Nie spodziewałem się tam teraz kogokolwiek zastać. Miałem po prostu ochotę na drinka, a wiedziałem, że alkohol został na stole. Zdziwiłem się więc, kiedy trafiłem tam na Artura. Chłopaczek wbił we mnie swoje ogromne oczy, jednak bez zbytniego zainteresowania. Siedział przy stole nad szachownicą. Jako, że znajdowaliśmy się tam sami, poczułem się zobowiązany do niego odezwać.
- Rozgrywasz partię z Koshką? – zapytałem, siadając przy stole.
- Panna Marija poszła się wykąpać.
Doznałem dziwnego wrażenia, pierwszy raz słysząc jego głos. Dlaczego? Znajdował się tu od co najmniej dwunastu godzin, a było to pierwsze zdanie, które z siebie wydobył. Barwa jego głosu była dziwna – zupełnie miękka, jeszcze nie męska. Pomimo tego jakaś przerażająco poważna i zimna. Zamrugałem, przypatrując się mu przez chwilę. Nie odrywając od niego wzroku, odkręciłem butelkę z trunkiem.
Widocznie pojmując, że nie rozumiem jego odpowiedzi, dodał:
- Gram sam.
- Sam? – zdziwiłem się.
Skinął głową. Z każdą chwilą czułem się bardziej skrępowany w jego towarzystwie. Rozsiewał wokół siebie jakąś przerażającą aurą. Trudno mi to przyznać, byłem przecież dużo od niego starszy. Jakiś tam dzieciak nie powinien wprawiać mnie w zakłopotanie.
Upiłem łyk alkoholu i przyglądałem się jak przesuwa pionki na szachownicy. Co go łączyło z Koshką? Czy oni…? Dziwnie mi było sobie to wyobrazić. Przecież Marija mogłaby być jego matką. Jeśli więc nie… co tu robił? Byłem ciekaw jak diabli, ale nie ośmieliłem się zapytać.
- Kto wygra, skoro grasz sam? – podjąłem znowu.
Uśmiechnął się lekko, co wypadło dziwacznie na jego zawsze pozbawionej emocji twarzy.
- Tu nie chodzi o wygraną.
- Więc o co? – dopytywałem się, coraz bardziej wciągając się w tę rozmowę.
- O strategię.
- Nie rozumiem… Po co strategia, skoro nie prowadzi do wygranej?
- Zaczynasz myśleć jak twój mentor – zauważył, opierając swoje drobne palce na skoczku. Poruszał nim lekko, tak, że skoczek przechylał się raz na lewo, a raz na prawo.
Wytknął mi to tak płynnie, a ja… musiałem w duchu przyznać, że ma rację. Nie zauważyłem nawet kiedy Dima zaczął wywierać na mnie wpływ.
- Pokażę ci – odparł i zaczął ustawiać figury do nowej partii. Domyślałem się, że chce ze mną zagrać. Skoro już podważyłem logikę jego działań, nie mogłem odmówić.
Graliśmy w skupieniu. Artur od czasu do czasu wbijał we mnie swoje poważne, nieruchome oczy. Od jego obecności i spojrzenia przechodziły mnie nieprzyjemne dreszcze. Nie rozumiałem dlaczego. Partia nie trwała długo. Przegrałem z kretesem, niemalże od razu. Uśmiechnąłem się gorzko.
- Chyba muszę ci przyznać rację… Przygotowanie strategii ma duże znaczenie – przyznałem.
Łokcie oparł na blacie, a palce skrzyżował.
- Tu nie do końca chodzi o to… - odparł.
- A o co…? Nalać ci? – zapytałem, przygotowując sobie drugiego drinka.
- Nie jestem pełnoletni.
Starałem się nie uśmiechnąć. Doskonale. Na alkohol nie jesteś pełnoletni, a na wpieprzanie się w sam środek mafijnych rozgrywek jak najbardziej. Stłumiłem jednak złośliwość na rzecz ciekawości.
- Ile masz lat?
- Piętnaście.
No nieźle. Nie spodziewałem się, że jest aż tak młody. Czemu jednak wziąłem go za starszego? Na pewno nie przez jego delikatne rysy i budowę. To raczej przez… jego sposób bycia.
- Wracając do twojego pytania… Robię po prostu to, co ty – stwierdził z lekko ironicznym uśmiechem.
Zmarszczyłem brwi, nie rozumiejąc. Do czego on zmierzał…? Zahaczyłem wzrok na złotych guzikach w jego koszuli.
- O czym mówisz? – wydobyłem w końcu z siebie.
- Nauczyłem się tak oszukiwać, aby nikt nie zauważył.
Zdanie było wymierzone tak niespodziewanie i precyzyjnie, że momentalnie zbladłem. Nie wiedziałem dlaczego, ale przed tym chłopcem nie potrafiłem figlarnie się uśmiechnąć i przekonująco zaprzeczyć. Zamiast tego roześmiałem się skrzecząco i całkiem nienaturalnie.
- Ależ o czym ty mówisz? Przecież ja nie oszukiwałem…
Wiedziałem, że brzmi to głupio i histerycznie, ale straciłem fason i nie potrafiłem nic na to poradzić. Artur uśmiechnął się jakoś tak pobłażliwie.
- Ach tak. Widocznie mi się wydawało – odparł, jednak nie kryjąc, że kłamie, a zdając sobie sprawę, że to kłamstwo zauważę.
Co miałem zrobić? Ten ponury dzieciak znał mój sposób gry, zupełnie jakby patrzył mi przez ramię w karty. Czy wiedział, dlaczego tak naprawdę tu byłem? Co dało mu możliwość podejrzeń? Czy Koshka też wiedziała? Jednym haustem dokończyłem drinka.
- Pójdę już. Jestem zmęczony.
Skinął głową, dając znać, że rozumie. Wyszedłem z pokoju z chaosem w głowie, mając nadzieję, że na nikogo nie trafię. Szczęście mi dopisało. Znalazłem się w łazience i wziąłem zimny prysznic. Chłodna woda spływała po moim ciele, a ja analizowałem każdy szczegół mojej rozmowy z Arturem. Po namyśle doszedłem do wniosku, że niepotrzebnie spanikowałem. Jaki miałem bowiem argument, na to, że Artur znał prawdę? Przecież jego stwierdzenie wcale nie musiało się odnosić do tego, co mi się zdawało… Jednak jeśli nie chodziło o mnie i Dimę… to o co? O czym ten ponury dzieciak, do jasnej cholery, mógł pomyśleć?

piątek, 7 października 2011

Rozdział jedenasty

Oto ukazał się nowy rozdział ;) Czekam na Wasz komentarze i wrażenia. Jeszcze jedna ważna sprawa. Jeśli podoba się Wam moje opowiadanie głosujcie na nie tutaj
http://www.literackiblogroku.pl/?content=zgloszone Jest to część tego konkursu, o którym pisałam wcześniej pt: "Głosowanie internautów". Jest ono anonimowe, wystarczy zrobić "klik" przy wytypowanym blogu.

Dzięki i miłego czytania!


11. Umizgi

Po przebudzeniu długo leżałem w łóżku i z trzeźwym już umysłem analizowałem wydarzenia z poprzedniego dnia. Długo nie potrafiłem poukładać myśli. Z jednej strony miałem za złe Dymitrowi, że w ogóle nie liczył się z moim sprzeciwem i że przełamał mną stół na dwie, równe połowy. Z drugiej znowu schlebiało mi jego pożądanie, które doprowadzało go do takich rzeczy. Chciał mnie mieć za wszelką cenę i zdawałem sobie sprawę, że odmową doprowadzałem go do szaleństwa.
Przewróciłem się na drugi bok. Czułem, że robię się sztywny na samą myśl o tym, co zrobił mi wczoraj. Ja również pragnąłem więcej. Dużo więcej. Czy jednak powinienem się pozwolić tak traktować…? Z jakąś lubieżną, tęskną przyjemnością prześledziłem wczorajszy przebieg wypadków. Być może wszystko potoczyło się w taki sposób, bo najpierw pozwoliłem mu na pieszczoty, a potem zmieniłem zdanie. Jeśli nie chciałem czegokolwiek z nim robić, powinienem zaprotestować na początku. No właśnie. Ale ja tego chciałem.
Westchnąłem i ogarnięty tęsknotą za jego dotykiem, uznałem,  że nie ma sensu już nad niczym się zastanawiać. Zaszło to tak daleko, że obawy co do zmienienia stosunków między nami można było włożyć między mrzonki. Już się zmieniły. Może gdybym był bardziej spostrzegawczy, już wcześniej doszedłbym do wniosku, że od dłuższego czasu żaden z nas nie patrzy na tego drugiego jak na przyjaciela. Oboje się pragnęliśmy i prawdopodobnie mógłbym jedynie coś zepsuć, gdybym przeciągał to dłużej. Nie dało się już robić żadnych kroków w tył, teraz mogłem tylko stać w miejscu. Albo iść do przodu.
Jakieś dziesięć minut później zwlokłem się z łóżka. Trochę się obawiałem konfrontacji z Dimą po tym, co wczoraj zaszło. Szczerze mówiąc, wstydziłem się jak jasna cholera. Obawiałem się także jego reakcji. Jakby nie było, zostawiłem go wczoraj w zdemolowanym pokoju, totalnie zalanego, poobijanego i ze sterczącą, obnażoną erekcją. Cholera.
Westchnąłem i cichcem przekradłem się do łazienki. Umyłem się i ubrałem, abym mógł się poczuć gotowym na to starcie. Dobrze, że trening został przesunięty na popołudnie. Nie chciałbym walczyć i narażać się na ostre ciosy przeciwników z głową naładowaną sprawami osobistymi. Lepiej załatwić to teraz. Zaraz.
Niepewnie wyszedłem z łazienki. Tylko… co teraz? Szukać go? Nie, lepiej zupełnie przypadkowo na niego wpaść. W końcu nie miałem zamiaru się przed nim tłumaczyć. Byłoby to śmieszne i poniżające po tym, jak ostentacyjnie zignorował moje zdanie. Starając się zachować neutralny wyraz twarzy, poszedłem do kuchni. O tej porze była zupełnie pusta, bez służby, bez hałasów i obiadowych zapachów. Tylko ładne meble, duży stół i Dima mieszający sobie kawę. Zaraz… Dima mieszający sobie kawę?!
Spojrzał na mnie podkrążonymi, skacowanymi oczyma. Odruchowo spuściłem wzrok. Cholera, wcale nie miałem zamiaru tego zrobić. Nie wiedziałem jednak jak się zachować. Postanowiłem, że zwyczajnie wejdę i również zrobię sobie kawę. Tak, dobra myśl. Zawsze pozostaje możliwość, że to on pierwszy się odezwie. Wyciągnąłem swoją puszkę z parzoną, moją ulubioną. Sięgnąłem po kubek i postawiłem go przed sobą. Wyczuwałem na sobie jego spojrzenie i czułem się coraz bardziej idiotycznie. Powinienem coś powiedzieć. Tylko co? Co się mówi w takich sytuacjach?
- Till, to nie ten kubek.
Drgnąłem, słysząc jego głos. Odwróciłem się do niego. Miał rozczochrane włosy i był ubrany w spodnie od piżamy. Włożył sobie papierosa do ust, ale nie zdążył jeszcze go zapalić.
- Co ty gadasz? – zapytałem zdezorientowany.
- Robisz sobie kawę do nie tego kubka. To nie ten, który wyciągnąłeś, tylko jakiś używany, który po prostu tam stał.
Odwróciłem się do wspomnianych kubków i zobaczyłem, że ma rację. Poczerwieniałem  na twarzy. Jeśli miał zamiar sprawić, abym poczuł się jeszcze bardziej głupio, to mu się udało.
- Ja… - zaczął i po tonie głosu poznałem, że tym razem nie będzie mówił o kubkach. – Słuchaj, chciałem cię przeprosić za wczoraj. Trochę mnie poniosło.
- Skoro łamiesz ludźmi stoły, kiedy trochę cię poniesie, nie chciałbym widzieć co się dzieje, gdy cię poniesie bardzo – syknąłem, nie mogąc się powstrzymać.
Chyba się zmieszał, bo kątem oka dostrzegłem, że wykonał jakiś dziwny, nieokreślony ruch ręką.
- To nie tak… Posłuchaj, to nie jest takie proste – usiadł na krześle i zaciągnął się. – Ja nie do końca jestem tym człowiekiem, co kiedyś.
- To już zauważyłem – przerwałem mu okrutnie, nagle nabierając jakiegoś osobliwego żalu.
Chyba go to zabolało, bo zamilkł na chwilę.
- Takie życie wywiera wpływ. Odzwyczaiłem się już, że ktoś mi się sprzeciwia – tłumaczył się jakoś nieporadnie. – Paradoksalnie, twój sprzeciw sprawia, że jeszcze bardziej mnie podniecasz. Chcę go łamać, widzieć, jak w końcu mi ulegasz.
Zrobiło mi się sucho w gardle na tę uwagę. Narzuciłem sobie jednak samoopanowanie. Nie mogłem się podniecić w takiej sytuacji.
- Do tego wczoraj byłem okropnie pijany… - kontynuował.
Usłyszałem, że wstał i zbliżył się do mnie. Serce zaczęło mi bić szybciej. Nie dotknął mnie jednak, chociaż stał tuż za moimi plecami.
- Czy czujesz się rozczarowany tym… jaki jestem teraz? – zapytał lekko łamiącym się głosem.
To pytanie miało w sobie coś rozbrajającego. Wiedziałem, że gdybym mu przytaknął, złamałbym go zupełnie. Odsłaniał się przede mną, niepewny czy nie otrzyma zaraz ciosu.
Wolno odwróciłem się w jego stronę. Spojrzałem w jego skacowane, przepite oczy. Zupełnie szczere i otwarte.
- Nie… - pokręciłem głową. – Trochę trudniej z tobą żyć, ale… to nic nie zmienia.
Przytuliłem się do niego. Przygarnął mnie do siebie i położył dłoń na mojej głowie.
- Czasem nie panuję nad sobą… - mruknął. – Ale… bardzo mi na tobie zależy.
Poderwałem się lekko i znów spojrzałem mu w oczy, wyszukując tam czegoś… Dobrze wiedziałem, czego. On też wiedział, bo powoli i poważnie pokiwał głową. Uśmiechnąłem się zawstydzony i oszołomiony. Złapałem go za rękę, w przypływie tego dziwnego odczucia.
- Czegokolwiek nie powiem czy nie zrobię… To nic nie zmieni – szepnął i pocałował mnie w czoło. – Jestem trochę zniszczony przez życie jakie prowadzę. Trochę zgnity. Ale…
Przerwał, nagle nie potrafiąc kontynuować. Po chwili jednak przemógł się.
- Za wielu ludzi zabiłem, żebym mógł wciąż być niewinny.
Zamrugałem, zdenerwowany. To krótkie zdanie, właściwie to wtrącanie, sprawiło, że powiało chłodem. Nie chciałem, aby coś zniszczyło tę atmosferę wzajemnego porozumienia i czułości. Położyłem mu dłoń na ustach, chcąc zneutralizować tę rysę.
- Nie teraz – mruknąłem.
Uśmiechnął się, trochę smutno, a trochę pobłażliwie. Lekko ściągnął z siebie moją rękę.
- Pójdziesz ze mną na kolację wieczorem? – zapytał, zmieniając temat.
Zdawałem sobie sprawę, że tym razem to nie zwykłe, przyjacielskie zaproszenie. Poczułem się zażenowany, że wybiorę się na randkę z drugim mężczyzną. Jakie nowe i dziwne mi się to wydawało.
 - Tak… - przytaknąłem.
- Cieszę się – odparł i pogłaskał mnie. – I jeszcze raz przepraszam.
- Przyjmuję.

***

Czułem się naprawdę nieziemsko zaskoczony, skrępowany i roztargniony jednocześnie. Sam nie wiem czy sprawiła to biel obrusów, srebrne sztućce czy może skrzypek, który z czarującym uśmiechem i słodką muzyką przechodził od stolika do stolika.
- Dima… - zacząłem, wpatrzony w jego elegancki, markowy garnitur.
Uśmiechnął się równie czarująco jak skrzypek i uniósł brwi w pytającym geście. Zanim jednak wyrzuciłem z siebie cokolwiek, podszedł kelner, w równie markowym fraku i równie markowym uśmiechu. Zgrabnym gestem nalał nam wina, które z pewnością kosztowało tyle, co moja miesięczna wypłata w budce z kebabami.
- Podać panom coś jeszcze? – zapytał aksamitnym głosem.
- Na razie dziękujemy – odpowiedział Dymitr.
Sylwetka kelnera, rodem z żurnala, oddaliła się do innych gości.
- Posłuchaj… - spróbowałem znowu. – Czy to aby nie lekka… przesada?
- O co chodzi, Till? Jeśli ci się nie podoba, możemy iść gdzieś indziej.
- Nie, nie – zaprzeczyłem ostro. – Tylko… czy my nie wyglądamy tutaj dość… ekstrawagancko?
Zmarszczył brwi, jednak niemalże od razu uchwycił moją sugestię.
- Ach, nie. Nie przychodzą tutaj tylko pary. Wiem, że atmosfera wskazywałaby na to, ale spójrz na lewo od ciebie. Ostrożnie.
Zrobiłem jak mi polecił i kątem oka wychwyciłem trójkę starszych mężczyzn siedzących przy jednym stoliku.
- Widzisz? Mężczyźni lubią czasem załatwiać interesy poza domem. Wydawanie pieniędzy na swoich gości w luksusowej restauracji jest w znacznie lepszym guście niż przyjmowanie ich u siebie.
To nieco mnie uspokoiło. Uśmiechnąłem się do niego niepewnie.  Przez całe swoje życie to ja zapraszałem kobiety na randki. Nigdy nie widziałem się w roli takiej kobiety. Czyżby świat wywrócił się do góry nogami…?
Dymitr natomiast nie był w żadnym razie w sytuacji, która wydawałaby mu się nie na miejscu. Pożerał mnie wzrokiem, napastliwie, pożądliwie i namiętnie. Gubiłem się pod wpływem tego spojrzenia.
- Jesteś niesamowicie fascynujący – szepnął.
- Co we mnie jest… takiego fascynującego? – zapytałem ostrożnie.
- Ach, nie wiem jak ci to powiedzieć – wykrzywił się w lekkim grymasie, po czym się zaśmiał. – Nie chcę ci prawić komunałów i brzmieć jak tysiące facetów przede mną i po mnie w odniesieniu do swoich żon, kochanek czy też może mężczyzn…
- Wypowiedz się więc w ponadprzeciętny sposób – zaproponowałem ze szczwanym uśmiechem.
- Nie jestem poetą… - zaczął się wykręcać.
- A ja znawcą poezji.
- Jak to, Till? Nie?! – żachnął się wesoło.
- Zawsze lepiej potrafiłem zrozumieć prozę – sprostowałem. – No więc? Ja czekam.
- Ach, ty… - mruknął.
Poderwałem się nagle, wyczuwając jego rękę na moim kolanie.
- Nie jesteśmy sami, Dima – syknąłem. – Natychmiast przestań.
- Ten obrus sięga prawie do ziemi…
- Zawsze masz jakieś wytłumaczenie…
- Oczywiście.
- Przestań…!
Uśmiechając się szczeniacko, wycofał swoją rękę, jakby nie mógł się nacieszyć moim wzburzeniem.
- To jest pierwsza z tych niesamowitych rzeczy… Jak się denerwujesz – odparł wesoło i napił się ze swojego kieliszka.
- Jesteś taki… swobodny – odparłem, znów skrępowany.
- A czemu miałbym taki nie być? – zaśmiał się. – Co miałbyś ochotę zjeść? – zapytał, otwierając menu.
- Czy ty… - zacząłem. Nagle rzuciło mi się w oczy pewne pytanie, które wręcz musiałem mu zadać. – Byłeś już z mężczyzną?
Podniósł wzrok z nad listy dań i spojrzał na mnie z błyskiem zrozumienia w oku.
- Aaaa. Więc to o tę swobodność ci chodzi – odgadł. – Byłem.
Jego odpowiedź mnie zaciekawiła i w pewnym sensie nie mało zaskoczyła, więc zapragnąłem pociągnąć ten temat dalej.
- Wiele razy…? – kontynuowałem wścibsko.
- Kilka – odpowiedział z tajemniczym uśmiechem.
- I… jak było? Lepiej niż z kobietą? – dociekałem.
- Jakby ci to powiedzieć… Kobiety nigdy zbytnio mnie nie fascynowały. Są ładne, tak… Ale to nie to.
Zamrugałem. Co znaczyły te słowa? Czy to, że nigdy dotąd nie był z kobietą…? Patrzyłem na niego ciekawie, jednak nie miałem odwagi na zadanie tego pytania. Gmatwałem się w swoje myśli, a on powrócił do wybierania sobie posiłku.
- I… zawsze dominowałeś? – wyrzuciłem z siebie nagle, a Dymitr aż zakrztusił się winem.
- Till, co cię naszło? – zapytał niedowierzająco.
- Ach, mnie? Nic – zacząłem się wykręcać. – Ja tak tylko… z ciekawości.
- Ja chyba wiem – uśmiechnął się i pokiwał głową w zamyśleniu. – Tu nie chodzi o mnie, tylko o ciebie.
Ubodnął w samo sedno, więc odruchowo zacząłem krążyć spojrzeniem po ścianach.
- Nie musisz się obawiać. Wiem, jak zaspokoić twoje potrzeby. Sprawię, że będziesz szczęśliwy.
- Czy dlatego, że… masz już doświadczenie w tej kwestii? – podsunąłem zawstydzony.
- Nie… Raczej dlatego, że znam cię pół życia i wiem, czego potrzebujesz.
Drgnąłem na te słowa. Poruszyły mnie w jakiś sentymentalny sposób.
- Wychowywaliśmy się razem. Zawsze byłeś moim najlepszym przyjacielem. Spędziliśmy ze sobą tyle czasu…
Pokiwałem głową w zamyśleniu.
- Pamiętasz jak zimą zjeżdżaliśmy na kartonie z tej wielkiej górki? – zapytał z nostalgicznym uśmiechem.
- Ach, nawet mi nie przypominaj! Zabiłbym się wtedy przez ciebie.
- Ale było fajnie, prawda?
Przytaknąłem, zatapiając się we wspomnieniach.
- Pewnie. Z tobą zawsze było fajnie. Tylko dziwię się, że nigdy nie nabawiłem się żadnej kontuzji przez te twoje szalone wymysły… Podkradanie ptakom jajek – podałem przykład i przewróciłem oczami.
- Ach to! – zaśmiał się. – Pół dnia musiałem cię ściągać z tego cholernego drzewa.
- To ty mi kazałeś wejść na to „cholerne drzewo”! – oburzyłem się. – Mogłeś chociaż uwzględnić mój lęk wysokości.
- Och tam – machnął ręką. – Ty miałeś lęk na wszystko. Byłeś strasznie tchórzliwym dzieckiem. Pomyśl tylko, z ilu lęków ja cię wyleczyłem!
- Terapia szokowa, nie ma co! – burknąłem.
Dima zaśmiał się. Nagle zamilkł i zaczął pieścić mnie spojrzeniem.
- Tak… Zawsze byłeś moim najwspanialszym kompanem. Zanim jednak przyjechałem do Hamburga, nie miałem pojęcia, że stałeś się takim przystojnym mężczyzną.  
Uśmiechnąłem się szeroko na ten komplement. Zanim jednak odpowiedziałem, podszedł do nas ów żurnalowy kelner. Błysnął rzędem swoich równych, śnieżnobiałych zębów i zapytał:
- Zamówienie?
- Poproszę zupę AnQui Pho i Golden Kaiser Schnitzel – odezwał się Dymitr.
Zacząłem pośpiesznie przerzucać karty menu, aby wybrać coś dla siebie. Rzecz jasna kelner czekał z kurtuazyjnym uśmiechem, aż zdecyduję się na swoje zamówienie.

***

 Dima nigdy nie był miłośnikiem wielkomiejskiego kiczu. Nic więc dziwnego, że nie zabrał mnie do centrum, na Plac Maneżowy, gdzie jakiś czas temu zawędrowałem sam. Po kolacji pojechaliśmy na obrzeża Moskwy, do Kołomiejskoji. Było to miejsce magiczne, nie tylko ze względu na kulturowe bogactwo i piękno zabytków. Wchodziło się tam przez Bramę Zbawiciela, wzniesioną w XVII wieku. Jak za jakimś czarodziejskim sposobem, zdawało się, że była to brama przenosząca w czasy starej Rosji, carskiej Rosji.
- Tu kiedyś znajdował się carski pałac – oznajmił Dima.
- Zniszczono go? – zapytałem.
- Rozebrano z rozkazu Katarzyny II.
Dima przypatrywał mi się w jakiś nieodgadniony sposób. Wychwytywałem to długie spojrzenie i zdawało mi się, że zapowiada ono coś… interesującego.
W pobliżu nie było już żadnych zwiedzających, zbliżał się późny wieczór. Czułem się skrępowany tym dziwnym napięciem, które unosiło się między nami. Miałem mętlik w głowie, ostatnio tak wiele w moim życiu się zmieniło. Dima pokazywał mi złotego orła, znajdującego się na szczycie wieży dzwonnicy, herb dynastii Romanowów. Tymczasem ja wpatrywałem się w jego dłonie, usta i oczy. Pochłaniałem go wzrokiem i wydawał mi się taki idealny. Zacząłem się zastanawiać dlaczego wcześniej nie chciałem tego przyznać. Prawdopodobnie nie mogłem uciec przed czymś tak… nieuchronnym.
- Till? – zapytał mnie w którymś momencie.
- Tak?
- Podoba ci się tutaj? Wydawało mi się, że to miejsce będzie lepsze na twój artystyczny gust niż ten wielkomiejski zgiełk…
- Trafiony, zatopiony – odpowiedziałem z uśmiechem.
- To dobrze przewidziałem – odparł z nutką satysfakcji. – Takiego paniczyka zabiera się do pałacu, a nie do…
- Och przestań…! – burknąłem, jednak wciąż z uśmiechem na twarzy.
Roześmiał się i przełożył mi rękę przez ramię, jednocześnie pokazując coś.
- Widzisz? To cerkiew Wniebowstąpienia.
Spojrzałem we wskazanym kierunku. Cerkiew stanowczo odbiegała architekturą od tych, które do tej pory widziałem. Pomimo szarej kolorystyki, wciąż zachwycała swoim wyglądem.
-Wiesz o niej coś więcej? – zapytałem.
Pokręcił tylko głową, a ja czułem, że jego ręka coś nie może opuścić mojego ramienia. Pragnąłem jego dotyku, ale nic nie powiedziałem. Przyglądałem się tylko kościołowi, a on w końcu zdjął ze mnie swoją dłoń.
Rozmowa na chwilę się urwała, a powietrze gęstniało coraz bardziej. Dymitr nie wygłupiał się, jak to miał w zwyczaju podczas swoich weselszych, mniej stresujących dni. Szedł tylko bezszelestnie, wraz ze swoimi bezszelestnymi, niewątpliwie zajmującymi go myślami.
W ten właśnie sposób doszliśmy nad rzekę. Rwąca woda błyszczała w niej bystro. Nad brzegiem powietrze okazało się chłodniejsze i w dużej mierze orzeźwiające, jednak  w metafizycznym sensie odczuwałem ten sam ciężar.
- Cieszę się, że już wróciłem – odezwał się, przecinając ciszę.
- Zapewne. W domu zawsze jest najprzyjemniej.
- Ach! – machnął ręką i skrzywił się nieznacznie. – To nie to. Nigdy nie przywiązywałem się do miejsc. Tylko… w Petersburgu same problemy. Trudne sprawy do rozstrzygnięcia. A jak długo można pozować na niezniszczalnego? To męczy na dłużej.
- Chcesz powiedzieć, że pozujesz? – zaciekawiłem się.
- Nie, nie w takim sensie jak może teraz myślisz… Ale w tej grze muszę być pewny siebie. A nie da się zawsze byś wszystkiego pewnym. Często trzeba blefować, a to niszczy nerwy. Ale nie chcę o tym rozmawiać… Nie teraz – odparł i uśmiechnął się do mnie porozumiewawczo.
Nie wiedziałem jak odebrać ten gest. Zachowałem neutralny wyraz twarzy i wpatrzyłem się w toń. Przez czas naszej małej wycieczki zdążyło zupełnie się ściemnić i woda urokliwie błyszczała. Pomimo tego niezręcznego uczucia, czułem się również przyjemnie podekscytowany. W oczach i postawie Dimy, a także w całym otoczeniu było coś takiego, co napawało mnie beztroską radością. Po chwili znów przeniosłem na niego spojrzenie. Jego kobaltowe oczy błyszczały intensywnie i było w nich coś takiego miękkiego, czego nie dostrzegałem tam często. Na pewno nie podczas mafijnych spotkań, kiedy znajdował się w nich lodowaty chłód. Jednak teraz… Tak, teraz było inaczej. Patrzył na mnie tak czule, tak bezpośrednio i otwarcie. Podziwiałem każdą rysę jego twarzy, zadowolony, że mogę to robić równie bezpośrednio, nie ukradkiem. Pomyślałem wtedy, że jednak właściwie wybrałem. Że ten jeden człowiek jest wart poświęceń i trudów. Uśmiechnąłem się mimowolnie, nagle odczuwając z całą mocą, że jestem we właściwym miejscu i że niczego nie żałuję. Zapalczywie wierzyłem, że przy jego boku uda mi się stawić czoła wszystkiemu. Wczorajsza farsa zupełnie odeszła w niepamięć, jakby nigdy się nie wydarzyła. Teraz były tylko te oczy i rozchylone usta. Tylko jego dłoń, którą splótł swoje palce z moimi.
- Jednak co ważniejsze… - po tej nienaturalnie długiej przerwie, podchwycił przerwany temat. – W Petersburgu nie było ciebie. Tęskniłem… Dzień bez ciebie jest nic nie wart.
Chwycił mnie mocno w pasie i przygarnął do siebie. Wolną rękę wplótł mi we włosy i pocałował mnie. Objąłem go,  przyciągając go bardziej. Najwyraźniej podniecony tą zachętą, zaczął całować mnie mocniej i gwałtowniej. Pozwalałem mu się penetrować, absolutnie pochłonięty tą pieszczotą. Sięgał głęboko, łapczywie i natarczywie. Jednak za jakiś czas pocałunek stał się wolniejszy, równie namiętny, ale bardziej subtelny.
W końcu oderwał się ode mnie. Patrzył na mnie pożądliwie, ale nie dałem mu nic powiedzieć. Przyciągnąłem go do siebie i znów zacząłem całować. Jęknął zadowolony i kontynuował.
Tego wieczoru nie doszło do niczego więcej. Pragnąłem go strasznie i być może uległbym mu. Jednak Dima nie próbował mnie podejść. Nie zaczął nawet mnie dotykać. Chociaż moje ciało błagało o to, nie ośmieliłem się nic mu powiedzieć. Nie wiedziałem, czy nie chciał być natrętny po poprzedniej nocy czy może był to kolejny etap psychologicznego miażdżenia mojego oporu. Jeśli tak, muszę przyznać, że świetnie się spisał.

***

- Zaczynać!
Nie musiałem czekać długo na błyskawiczny cios, który został wymierzony prosto w moją twarz. Mocny, pewny, bezkompromisowy. Zablokowałem, w pełni odczuwając jego moc na kości promieniowej. Zacięte, niezadowolone spojrzenie, lekko wydęte wargi. Uśmiechnąłem się bezczelnie, co odniosło zamierzony efekt. Przeciwnik dał się sprowokować, jak nieprofesjonalnie. Kopniak również miał mnie ugodzić w twarz, ale zanim się to stało podciąłem jej stojącą na ziemii nogę. Zachwiała się niebezpiecznie i upadła. Prychnęła jak wściekła kotka. Zdawała sobie sprawę, że nabijam sobie pozytywne punkty. Błyskawicznie odepchnęła się od ziemi i zaatakowała mnie z gradem szybkich, morderczych ciosów. Uderzenie, uderzenie, uderzenie. Wykop z pół obrotu, dwa uniki, uderzenie. Ciemny, długi warkocz Niny tańczył w powietrzu jak flaga. Nie miałem jednak czasu na skupianie się na bzdurach. Wbiłem oczy w jej ciemnobrązowe, prawie czarne ślepia i atakowałem. Nigdy nie lubiłem walczyć z kobietami. Zawsze zdawało mi się, że kierują nimi jakieś trudne do zdefiniowania kompleksy i cały czas musiałem myśleć, aby nie bić w klatkę piersiową. Oprócz tego zawsze wydawały mi się zbyt drobnymi, w sensie szczupłymi przeciwnikami. Byłem przyzwyczajony do klatki o szerokości metra, a walcząc z Niną czułem się jakoś nieswojo. Nie można było jednak odmówić jej zdolności.
Również tym razem nasze siły wyrównywały się. Lubiła wykonywać trzy z rzędu kopnięcia z pół obrotu, już zdążyłem zauważyć ten schemat. Gdy zrobiła to znowu, zdecydowałem się na dość ryzykowny trik. Dwa pierwsze udało mi się sparować, natomiast przy trzecim wysunąłem się do przodu i złapałem ją za stopę. Skrzywiłem się mocno, czując ból w dłoni. Nie puściłem jednak i za pomocą wyuczonego ruchu, przewróciłem ją na ziemię. Nina zdążyła w porę zareagować i ściągnęła mnie ze sobą do parteru. Kopnąłem ją z kolana w brzuch, ale zakleszczyła moją nogę między swoimi i zablokowała mnie. Jej biodra skręciły nieco na prawo, a ja poczułem, że miażdży mi udo. Przycisnąłem jej szyję wolną ręką. Rzecz jasna zablokowała, ale naprężyłem się mocniej i zmiażdżyłem opór. Mocowaliśmy się tak ze sobą jeszcze przez jakiś czas. Porucznik nie szykował się do zakończenia walki. Lubił nas doprowadzać do niestandardowych, nie sportowych sytuacji. Wiedział, że przeciwnik nie będzie się z nami obchodził sportowo i niejednokrotnie nam o tym przypominał. Czasem w dość bolesny sposób.
Krzyknąłem, czując narastający ból w nodze. Nina za to traciła oddech pod naporem mojej ręki. Wiedziałem, że mam przewagę. Dało się przeżyć ze złamaną nogą, natomiast ja dałbym radę ją udusić. Zakleszczyła rękę na moim nadgarstku i próbowała ją odciągnąć. Gdy to nie odnosiło skutku, wbiła mi paznokcie w nadgarstek. Chociaż była to zagrywka typowo kobieca i jakże nie sportowa, okazała się skuteczna. Syknąłem, widząc, że krew spływa mi po ręce. Nie wiedziałem, czy w ten sposób mogłaby przeciąć mi żyły, ale spanikowałem i puściłem. Nie przepuściła tej okazji. Z moją krwią za swoimi paznokciami, o zgrozo, przyłożyła mi prosto w twarz. Zamroczyło mnie, ale nauczyłem się to kontrolować, przynajmniej przy umiarkowanych uderzeniach. Chciała powtórzyć atak, ale zdążyłem odwdzięczyć się tym samym. Zakrztusiła się swoją krwią. Nie wywarło to na mnie wrażenia. Tu nie było miejsca na etykę czy zasady gwarantujące bezpieczeństwo. Otrzymywaliśmy szkołę, która nie miała na celu nas osłaniać, tylko jak najbardziej narażać, aby zwiększyć nasze szanse przeżycia. Właśnie dlatego, wykorzystując jej nieuwagę, uderzyłem w brzuch. Nie chciałem już bić w twarz; miałem zamiar ją pokonać, nie zabić. Ku mojemu zdziwieniu, wciąż nie atakowała. Zaniepokoiłem się. Kaszlała dalej, więc zaniechałem walki.
- Wystarczy! – krzyknął porucznik. – Lohengrin zwyciężył. Andriejewna, potrzebujesz pomocy?
Nina podniosła się do siedzącej pozycji. Wciąż się krztusiła, ale pokręciła przecząco głową. Podałem jej rękę i usunęliśmy się z pola walki.
- W porządku! Następni. Komentarzy udzielę później.
Wytarłem bluzką swoją zakrwawioną rękę.
- Ale mnie urządziłaś… - zwróciłem się do niej.
- Ty mnie nie lepiej – mruknęła, spluwając krwią.
- To było dobre – odparł Arsen, podchodząc do nas.
- Komu to mówisz? – zapytała z gorzkim uśmiechem.
- Obojgu. Walczycie bardzo płynnie. Nie patrz tak na mnie, Nina. A Lohengrin nie zwyciężyłby tak łatwo, gdybyś nie zaczęła się dusić.
Pokiwałem mu głową, przyznając mu rację.
- Zapewne. Prawie złamała mi nogę.
Uśmiechnęła się z satysfakcją, jakbym powiedział jej komplement.
- Nie mogę się doczekać prawdziwych akcji. Walczymy tylko między sobą… Ileż można być kotem? – mruknęła niezadowolona.
Kosmyki włosów, które wyszły jej z warkocza, ulokowała za swoimi uszami. Twarz miała wilgotną od potu, a oczy wciąż pałające. Była wściekła przez swoją chwilę słabości i moje zwycięstwo. Tłumiła to jednak w sobie, nie chcąc urządzać dziecinnych scen.
- Musimy trenować. Jesteśmy fundamentem mafii moskiewskiej – stwierdził Arsen.
Nina skrzywiła się nieprzyjemnie. W ustach miała wsuwkę. Wciąż próbowała jakoś sukcesywnie spiąć sobie włosy po walce.
- Powiedz mi. Kto respektuje koty? Dopóki nie zajmiemy się akcją, każdy ze starszych ma z nas tylko pośmiewisko. Dzieciarnia. Piaskownica. Nawet porucznik patrzy na nas z sarkazmem… Ten okres szkoleń przeciąga się nam niemiłosiernie.
Usiadłem na kamieniu, tuż obok nich.
- Ale Arsen ma rację… Może jeszcze nie teraz, ale wkrótce… będziemy częścią tego fundamentu.
Nina miała zamiar zaprzeczyć, ale Arsen odezwał się pierwszy.
- Pomyśl… czym byłby król bez armii? – w jego zielonkawych oczach czaiła się odrobina rozbawienia. Nie rozumiałem dlaczego.
- Król – powtórzyła z podobnym wyrazem twarzy. – Król zamknął się w kryształowym pałacu.
Zamrugałem, nie wiedząc do czego dążą.
- O czym mówicie? – zapytałem, nie mogąc wytrzymać.
Oboje przenieśli na mnie swoje spojrzenia.
- Nie słyszałeś? Wszyscy o tym mówią. Żołnierze, przemytnicy, funkcjonariusze. Każdy po cichu szepta, że Iwanowicz jest bezradny wobec Sołncewa. Jego ludzie węszą, śledzą, a wciąż na nic nie natrafili. A Sołncewo są jak pasożyty, które powoli przejmują kontrolę nad niegdyś swoim biznesem.
- Ach! – Arsen lekceważąco machnął ręką. – Teraz przesadziłaś. Jeszcze im daleko do tego.
- Każdy koniec ma swój początek – zaakcentowała.
Poczułem się zaniepokojony. Dima zapewne mówił o tych komplikacjach w Petersburgu.
- Jednak bardzo mnie to dziwi… Wasyl, ten myśliwski pies, wytropiłby każdego. Gdzie ci skubańce mogli się podziać? Żeby nie złowić ani jednego z nich… - rozwodził się nadal.
- Myślę, że nic nie trwa wiecznie. Nie mogą się ukrywać bez końca. To kwestia czasu – oceniłem.
- Na razie to nie moja działka – Nina włożyła ręce w kieszenie i wzruszyła ramionami. – Chciałabym tylko już znajdować się w armii, a nie brać udział w tych „kursach wstępnych”.
Arsen poklepał ją po ramieniu.
- To ćwicz. Ćwicz bez ustanku. To przyspieszy twój cel.
Skinęła głową z bardzo poważnym wyrazem twarzy. Trochę trudno było mi zrozumieć ten zapał. Do czego tak ją ciągnęło? Do pieniędzy, niebezpieczeństwa czy poważania? Nie pytałem. Tu nikt nie zadawał tego rodzaju pytań.
- Wiedz tylko, że potem nie będzie tak łatwo – Arsen zaciągnął się papierosem. – Niektórzy świrują przy uczeniu tortur.
Przeszedł mnie dreszcz i spojrzałem na niego pytająco.
- Też nie wiedziałeś? Człowieku… Czym ty żyjesz, Lohengrin? Jak ty tu w ogóle trafiłeś? – pytał, nie kryjąc zdziwienia.
- Z aspiracji ojca – odparłem z krzywym uśmiechem.
- Aaaa – mruknął, jakby to wszystko wyjaśniało. – Podobnie było w moim przypadku. Rodzinna tradycja, co? – zapytał porozumiewawczo i lekko szturchnął mnie w ramię.
Skinąłem głową z podobną ironią.
- Kurwa, przecież nie jestem w jakichś cholernych Włoszech… Niektórzy rodzice… Aach, nieważne. Jakby nie było, to całkiem niezły biznes, co? A co do tych tortur… Myślałem, że wiesz. W naszych oddziałach nie uczy się tylko siły, ale także bezwzględności – zaciągnął się ostatni raz i butem rozgniótł peta. – Można się do tego przyzwyczaić. Pomyśl… Nie chciałeś nigdy zadać komuś bólu?
Zamyśliłem się. Nie wychwyciłem swoją pamięcią niczego podobnego, ale nie chcąc być niewiarygodnym, pokiwałem głową.
- No widzisz. Wystarczy wyzwolić w sobie nienawiść. I myśleć o swojej słusznej sprawie.
- Słusznej sprawie…? – zapytałem, nie mogąc zrozumieć jak w torturowaniu kogoś może być coś słusznego.
- No, masz chyba jakiś powód, dlaczego walczysz?
- Tak… mam.
- Więc o tym należy myśleć. Zabiłem już wielu ludzi. Wiesz, na wojnie. Wcale nie było tak trudno. Zaciągnięcie się w oddziałach Iwanowicza nie różni się niczym od zwykłego wojska. Myślisz, że jak jesteś na wojnie, to zabijasz złych ludzi? Zabijasz takich ludzi jak ty czy ja, tylko, że z innego kraju. Na wojnach giną też kobiety i dzieci. Wielu cywili. Tylko nas uznaje się za kryminalistów, a ich za bohaterów – roześmiał się. Nie był to jednak gorzki śmiech, jak można by się było spodziewać. Raczej szczery, naprawdę rozbawiony. Arsena bawił ten paradoks, do bólu i do łez. Wyciągnął z paczki kolejnego papierosa i pokiwał głową do swoich myśli.
- I w wojsku, tam gdzie walczą ci szlachetni obrońcy kraju, też niejednokrotnie musisz kogoś torturować. Szpiega, wroga, zdrajcę… tylko zasady gry są inne. Tu dodatkowo możesz się wzbogacić. Albo zdobyć władzę… Nie wiem jaki jest twój cel, jednak… na pewno możesz go zdobyć… jeśli przeżyjesz – stwierdziła Nina.
Westchnąłem głęboko. Mój cel był dalece inny niż ich, zupełnie nie adekwatny do całej tej sytuacji. Musiałem jednak im przyznać, że mieli rację. Chociaż wolałem nie myśleć o żadnych torturach, zdawałem sobie sprawę, że moralność jest wielce wątpliwą i subiektywna sprawą.

***

Gdy tylko wróciłem do domu i zmęczony powędrowałem do salonu, natknąłem się na Iwanowicza. Siedział wygodnie rozparty w fotelu i czekał na mnie z winem. Uśmiechnął się słodko i gestem zaprosił mnie do stołu. Odwzajemniłem uśmiech i skorzystałem z zaproszenia. Nalał mi białego wina i wręczył kieliszek.
- Jak się czujesz? – zapytał, chcąc rozpocząć rozmowę.
- Dobrze, tylko… zmęczony – odparłem i zacząłem masować sobie kark.
Fotel był wygodny, a wino słodkie i rozgrzewające. Czułem się dobrze. Po dniu pełnym wysiłku, walk, brudnej ziemi i krzyków porucznika, mogłem zanurzyć się w tym ciepłym rozluźnieniu przy moim Dimie. Zaczęło mi się podobać myślenie o nim w ten sposób. Był mój, miałem go na wyciągniecie ręki…
- Wyglądasz dziś na bardzo zadowolonego – zauważyłem.
- Mam zawodowe ku temu powody – odparł tajemniczo.
- To znaczy? – uniosłem brwi.
- Na razie nic nie mówię… Nie będę się opierać na samych… teoriach.
Domyślałem się, że chodziło o odwieczny problem, jakim było Sołncewo. Przypomniało mi się określenie Niny. Kryształowy pałac… Dima rzeczywiście chciał raz na jakiś czas odgrodzić się od tego wszystkiego. Od stresu, morderstw, intryg. Tylko Nina nie wiedziała, że to ja stanowię tę główną od tego przegrodę. Miałem co do tego absolutną pewność. Widziałem to w jego miękkich, spokojnych ruchach. Dolał mi znowu wina. Zaczęliśmy rozmawiać o jakichś błahych sprawach, co
sprawiało nam obu przyjemność. Jednak coś ciemnego i brudnego czaiło się gdzieś pomiędzy dolewaniem wina, pocałunkami i niepoważnymi dyskusjami. Wraz z opróżnianiem butelki, zdawało mi się że na powierzchni mojego kieliszka błyska się związane ciało, z wydłubanymi oczami i o przypalonych bokach. Na jedną zaledwie sekundę wykrzywiłem płaczliwie usta, zdając sobie sprawę jak wielką cenę przyjdzie mi zapłacić za tę miłość.