Info
Wcześniejsze rozdziały opowiadania znajdują się na stronie http://www.yaoi.pl (teksty -> opowiadania -> "Siódmy Krąg" by Wilczyca)
Jeśli ktoś wyraża chęć, mogę informować na bieżąco o pojawianiu się nowych rozdziałów poprzez e-maila. Oto mój mail: dita-fm@wp.pl Możecie też kierować na niego wszelkie pytania, sugestie, ponaglenia, whatever.
środa, 21 grudnia 2011
Rozdział czternasty
14. Cisza przed burzą (część 1)
Wybaczcie mi zwłokę, zaledwie trochę podziubane akapity (skubany blogger znowu je zeżarł, choć na moim wordzie tak ślicznie i spokojnie sobie egzystują) oraz trochę przykrótki rozdział! Mam nadzieję, że nadal mnie kochacie i nie opuścicie ;) Tym akcentem kończę to słowo wstępne i życzę wesołych świąt!
~~~
Poranek, który nastąpił z pewnością był najdziwniejszym porankiem w moim życiu.
Przez sen dotarło do mnie ćwierkanie ptaków. Jakąś cząstką świadomości zmiarkowałem, że okno jest otwarte i to przez to tak wyraźnie słychać odgłosy z zewnątrz. Czułem się mocno zaspany i w odpowiedzi na obudzony już świat, tylko przewróciłem się na drugi bok. Jednak, co mnie zaskoczyło, otarłem się o drugie ciało. Cały się spiąłem i otworzyłem oczy. Na początku oślepiło mnie światło, które wdzierało się do pomieszczenia przez okno. Właśnie w tamtą stronę najpierw spojrzałem, jakby chcąc jeszcze przez chwilę odwlec nieuchronny moment konfrontacji z rzeczywistością. Ku mojemu zdziwieniu okno było otwarte na oścież. Wczoraj tego nie zauważyłem. Firana, podświetlona przez słońce, falowała w powietrzu, zupełnie jak żywe stworzenie. Tańczyła wolno i uspokajająco. Pokój był rozświetlony przez wdzierające się w każdy zakątek pomieszczenia słońce. Ranek musiał przeminąć już dawno.
Przeniosłem wzrok na Dimę. Wciąż spał, otulony kołdrą i z połową twarzy schowaną w poduszce. Najwyraźniej na ten jeden dzień czas przestał nas obowiązywać, pomyślałem z leniwym uśmiechem. Wyciągnąłem dłoń i pogłaskałem go po policzku. Zmarszczył brwi, ale nie podniósł powiek. Przesunąłem dłoń na jego kark, a potem na plecy. To było słodkie uczucie, mieć jego ciepłą, delikatną skórę pod opuszkami palców. Czy wczorajszy dzień coś zmieni? Zagryzłem wargi, nie wiedząc jak na to pytanie odpowiedzieć. Co w ogóle przyniesie mi przyszłość, jeśli nie rychłą śmierć? Spochmurniałem na to zagadnienie. Nie byłem głupcem. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że niedługo przyjdzie mi się zmierzyć z rzeczami dużo gorszymi niż rozkazy porucznika. Optymistycznie zakładałem, że przeżyję. Co będzie wtedy? Kim wtedy będę? Chciałem już wstać i wziąć prysznic, zły na siebie, że przez świadomość swojej przyszłości, nie potrafię być zupełnie szczęśliwy. Jednak zanim to zrobiłem, Dima jęknął coś cicho i się obudził. Dzięki słonecznemu światu jego spojrzenie nabrało takiej głębi, że oczy przypominały morską toń. Nasz wzrok się skrzyżował i nagle odebrało mi odwagę. Jak powinienem się zachować? Czy mam go traktować jakoś inaczej...?
- Cześć, Till - mruknął jeszcze rozespany. - Dobrze spałeś?
- Nein - odparłem machinalnie, nie zastanawiając się nawet nad treścią jego pytania. Kiedy jednak sens jego słów do mnie dotarł, poprawiłem się: - To znaczy tak.
Wpadłem w jeszcze większą konsternację, zdając sobie sprawę, jak głupie i nieporadne było to, co mówiłem.
Zmierzył mnie ciekawskim spojrzeniem, zainteresowany moim stanem. Nie powiedział jednak nic przez dłuższy czas, co stanowiło prawdziwą torturę.
- Pójdę się umyć - odparłem, nie patrząc na niego. Poderwałem się z łóżka, ale złapał mnie za rękę.
- Co z tobą? - zagadnął łagodnie. - Żałujesz tego, co się stało?
Pokręciłem głową, czując, że wcale nie mam teraz ochoty na taką dyskusję. Nie mogłem jednak uciec w żaden sposób.
- N-nie, tylko... Jak teraz będzie? - zapytałem i podniosłem na niego wzrok. Był taki naturalny, nieskrępowany, pewny siebie. W tamtym momencie strasznie mu tego zazdrościłem.
Westchnął pobłażliwie, widząc moje zdenerwowanie.
- Po prostu. Tak - stwierdził i mnie pocałował.
Jęknąłem, czując jak jego język mnie penetruje. Moje ciało natychmiast zareagowało. Wygiąłem się w jego stronę, a mój oddech stał się szybszy. Dima oderwał się ode mnie i nie odsuwając się, spojrzał mi w oczy. Z takiej odległości doskonale widziałem kolor jego tęczówek, w tym dziwnym, niespotykanym odcieniu. Intensywny kobalt.
- Jesteś zbyt przestraszony przestrzeganiem reguł i wpasowywaniem się w role - powiedział.
- Czy nie na tym polega życie? - zapytałem poważnie. - Na odgrywaniu ról i życiu według jakichś reguł?
- "Trzeba mieć w sobie trochę chaosu, aby zrodzić tańczącą gwiazdę" - odparł z lisim uśmiechem.
- Nietsche - zgadłem od razu. - Ale Nietsche nie był przeciętnym człowiekiem.
- A ty jesteś? - kontynuował swoją myśl.
Drgnąłem, a moje spojrzenie z pewnością nabrało ognia. Żachnąłem się żywo, jednak zanim zdążyłem powiedzieć coś konkretnego, Dima się roześmiał.
- Co? - oburzyłem się. - Czemu się ze mnie śmiejesz?
- Spokojnie - położył mi dłoń na głowie. Z jego miękkiego spojrzenia wyczytałem, że nie ma zamiaru być złośliwy.
- Rzecz w tym, Till - podjął. - Że ty nigdy nie chciałeś być zwykły. Zawsze wybiegałeś myślami jakoś wyżej niż inni, bardziej pokrętnie. W przecudny, zdecydowanie artystyczny sposób. Kiedy na ciebie "wpadłem" te kilka miesięcy temu również żyłeś jak artysta. Studia porzucone, rodzice nieświadomi, a ty biedny jak mysz, ale za to codziennie w jakimś muzeum czy teatrze! Taki życiowy burdel, w prawdziwie rosyjskim stylu. Co prawda wszystkie długopisy na biurku były ułożone w szeregu na baczność, ale...
Zadławił się ze śmiechu, widząc, że na jego ostatnie zdanie gotuję się ze złości.
- Bo ja lubię porządek! - warknąłem. - Czy to coś złego, że nie mieszkałem w syfie?!
- Och, co to, to tak. Ale życiowy syf to chyba uwielbiasz - drapieżnie przymknął oczy.
- Nie złość się, Till - dodał, widząc, że mi nie przechodzi. - Nie krytykuję cię. Twoja dusza jest pełna sprzeczności. Nie jesteś do końca ani Niemcem, ani Rosjaninem. Myślę jednak, że te sprzeczności mają nieodparty urok.
Uśmiechnąłem się, słysząc tę uwagę i widząc jego uwodzicielskie spojrzenie.
- Skoro jednak w Hamburgu potrafiłeś żyć w tak nieogarnięty sposób, nie rozumiem, dlaczego teraz napotykasz takie trudności - stwierdził i musnął moje usta swoimi.
Odsunął się ode mnie, czekając na to, co powiem. Siedział w takiej pozycji, że jego nagie ciało było teraz całkowicie odsłonięte. Omiotłem go zachłannym spojrzeniem. Zaraz jednak spuściłem wzrok, wiedząc, że czeka na moją odpowiedź. Cisza przeciągała się. Poczułem na policzku podmuch wiatru, który znów poruszał firanką.
- Czy będzie między nami tak samo... jak dotąd?
Zamiast coś powiedzieć, zbliżył się znowu i lekko popchnął mnie na poduszki. Czyżby unikał odpowiedzi...? Wszedł na mnie okrakiem i pomimo wątpliwości, poczułem nadchodzącą pożogę.
- Zawsze będzie tak samo -stwierdził, wisząc nade mną. - Może być... tylko lepiej.
Uśmiechnąłem się, splatając jego dłonie z moimi. Zamknąłem oczy, pozwalając sobie pochłonąć się rosnącej rozkoszy, kiedy jego język pieścił moją szyję.
- Słyszałem kiedyś, że miłość jest płynna jak taniec - szepnął. - Pozwól mi więc się kochać, nie myśląc... nie zastanawiając się... jakbyś tańczył. - szeptał, powoli wchodząc w moje ciało.
Zauważyłem dwuznaczność jego słów, ale zanim zastanowiłem się nad jej istotą, dałem się porwać odczuciom. Zupełnie tak jak powiedział... bez odrobiny namysłu.
***
Nastały piękne dni, które były dla mnie tak ważne, że dzięki nim moje uczucia do Dimy nigdy się zmieniły. W najgorszej burzy, w najstraszliwszej zamieci przypominałem sobie tamte chwile i właśnie one zapewniały mi stałość i siłę. Był to szczególny czas - z jednej strony stanowił początek naszej nowej, ekscytującej relacji. Przeżywaliśmy coś nowego, świeżego, jak każda para zakochanych. Z drugiej zaś - był to zaledwie kolejny, głębszy etap naszego związku, który trwał już od tak wielu lat. Co za tym idzie, towarzyszyło nam zarówno szaleństwo i namiętność świeżo zakochanych, jak i miłość równie długa i głęboka jak ta łącząca starych ludzi. Stanowiło to kombinację, która wyjątkowo sprzyjała rozkwitowi szczęścia. Chociaż szczęście nie jest słowem, które jest w stanie wyrazić to, co wtedy czułem. Każda emocja, każda błaha nawet radość rozbrzmiewała we mnie jak najsłodsza muzyka, przepływała mi tuż pod skórą niczym dreszcz. Odkrywaliśmy siebie w sposób nowy i zachwycający. Wszystko, co łączyło się z nim było dla mnie fascynujące. Doskonale wiedziałem, że to jest ten człowiek i nie pomyliłem się. Niczego takiego nie przeżyłem ani przedtem ani potem.
- Moskwa to Moskwa! - stwierdził któregoś dnia, w środku rozmowy. - Myślę, że powinieneś zobaczyć dużo więcej w Moskwie! Och, Till, na Boga, tyle jesteś w Moskwie, a tak mało zwiedziłeś!
Dima sprawiał wrażenie nieco podchmielonego, chociaż nie wypił dużo. W porywie jego słów, rozlał nawet na siebie nieco wina, ale nie przejął się tym specjalnie. Nie na tyle, żeby zmienić koszulę.
Uśmiechnąłem się do niego pobłażliwie, nic nie mówiąc. Czyżby w tamtej chwili zupełnie zapomniał, że nie na wakacje tam przyjechałem? Przewróciłem kolejną stronę czytanej książki i wygodniej ułożyłem swoje nogi, które wcześniej ulokowałem na jego udach. Kątem oka zauważyłem, że Dima miał jakąś niezadowoloną minę, najwyraźniej myślał nad czymś głęboko.
- Wiem! - krzyknął, sprawiając, że drgnąłem zaskoczony i zupełnie zapomniałem, o czym czytałem. - Powinieneś zwiedzić więcej niż Moskwę! Tak jest, pokażę Ci kawałek Rosji.
Podniosłem na niego rozbawiony wzrok, ale widząc jego rozgorączkowaną minę domyśliłem się, że nie żartuje.
- No co? Jak byliśmy dzieciakami zawsze marzyliśmy o tym, żeby podróżować - przypomniał mi wesoło.
- A co z pracą? Z moimi treningami? Z Sołncewem?
Przewrócił tylko oczami na ten potok pytań. Uniósł palec wskazujący i spojrzał na mnie z demonicznym entuzjazmem.
- Muszę ci przypomnieć, że kto jak kto, ale ja znam niejeden porządny kant!
Roześmiałem się, zarówno z jego miny, tonacji, jak i słów. Odłożyłem książkę i całkiem wciągnąłem się w rozmowę.
- To co, cwaniaczku, wymyślisz, co? - zapytałem szczerze zaciekawiony.
Wzruszył ramionami, kiwając głową z lewa na prawo.
- Jeszcze nie wiem... Hmm co powiesz na to; pierwsza wyprawa biznesowa młodego rekruta? Brzmi wiarygodnie? A może... twój ojciec jest ciężko chory i musimy do niego pojechać? Aaaa nie... A no waśnie! A może wolałbyś zwiedzać Niemcy, co Till? Ten niemiecki romantyzm... Wiele tam zamków, prawda? Lubisz zamki.
Patrzyłem na niego, nie mając słów na jego rozbrajająco pocieszną gadatliwość i brak ładu i składu w tej wypowiedzi.
- Lubię zamki. Ale wolę zwiedzać Rosję. Z resztą, Dima... Spójrz na to trzeźwo; nie możemy wyjechać na kilka tygodni. Kto zajmie się giełdą, przelewami, kontrolą wszystkiego i wszystkich?
Mój głos rozsądku najwyraźniej nie dotarł do jego rosyjskiej duszy. Dolał sobie wina, i przy żywej gestykulacji znów rozlał zawartość kieliszka.
- Ach podatki! Ach przelewy! Ach kurwa, trudne życie gangstera! Koshka się tym zajmie. Na trzy tygodnie.
Widząc moje krytyczne spojrzenie, dodał szybko:
- Dobrze. Dwa i pół. Nie, dwa i trzy czwarte.
- Czy to ma być jakaś licytajca? - zaśmiałem się.
Przysunął się do mnie i pocałował mnie lekko.
- Nie martw się o nic. Wymyślę coś sensownego. Chcę ci sprawić przyjemność. Wiem, jak ciężko pracujesz.
- Czy to nie nazbyt ryzykowne? - zawahałem się. - Nikt nie powinien się domyślić, jaka jest geneza mojego przybycia tutaj.
- Znikniemy z pola widzenia jakichkolwiek osób, które nie powinny nas widzieć. Wybiorę strategiczne punkty - odparł i zupełnie jakby myślał o całkowicie innych "punktach" przesunął dłonią wzdłuż mojej klatki.
- Jesteś poważny? - upewniłem się.
- Jak trup - odparł gardłowo. Zaraz jednak się roześmiał i kontynuował: - No co? Czy widziałeś kiedyś coś poważniejszego niż trup? Och, chociaż może ja nie powinienem żartować w ten sposób...
Zamilkł na moment. Patrzył na mnie, zaabsorbowany, zamyślony i pełen radosnego szaleństwa.
- Dobrze. Pojedźmy – zgodziłem się pojednawczo.
Skinął głową i zamykając moją dłoń w swojej, odparł:
- Doskonale. Wszystko przemyślę i przedstawię ci plan.
Zamyślił się znowu, najwyraźniej nad owym planem. Chciałem już zapytać w którym miesiącu ma zamiar odbyć tę podróż, ale Dima uprzedził moje pytanie. Moje oczy rozszerzyły się ze zdumienia, a książkę niechcący zrzuciłem na podłogę, kiedy usłyszałem pełne entuzjazmu stwierdzenie:
- Doskonale! No, Till, to koniec leżenia! Idź się pakować!
***
Mówi się, że człowiek czynu to taki, który nie traci czasu na zbędne gadanie, tylko od razu przechodzi do rzeczy. W przypadku Dymitra owe "od razu" zostało potraktowane bardzo poważnie i bynajmniej nie po macoszemu. Był na tyle obyty ze wszystkim, że bez trudu wydał odpowiednie rozporządzenia i powierzył odpowiednim ludziom odpowiednie zadania. Ogłosił stan wyjątkowy, który uzasadnił tym, że mój ojciec został uprowadzony w drodze do domu. Informacja dotarła do nas z opóźnieniem, z racji czego zalecany jest największy jak to tylko możliwe, pośpiech. Ta spontaniczna akcja ratownicza była spowodowana tym, że Hans przesyła na prywatne konto Dimy ogromne kwoty pieniędzy. Iwanowicz, obawiając się utraty tych osobistych dochodów postanowił wesprzeć mnie w poszukiwaniu ojca. Pozostawała jeszcze kwestia, dlaczego podróżujemy bez eskorty, jednak na to także Dima znalazł usprawiedliwienie. Jak to wymyślił, nie chciał budzić podejrzeń. Oczywistym jest, że dwóch samotnie podróżujących mężczyzn nie zwraca takiej uwagi jak cały pułk. Całość, jak dla mnie, była bajką, w którą nie uwierzyłoby nawet dziecko. Kiedy Dima mi to opowiadał słuchałem ze sceptycyzmem, myśląc: Boże, kto to kupi? Nie wiem, jak to się stało, ale kłamstwo przeszło dość gładko. Być może za sprawą rosyjskiej mentalności; Rosja, jakby nie było, to kraj, w którym życie jest na tyle absurdalne, że rzeczywistość nieraz okazuje się bardziej zaskakująca od niejednego filmu. Z drugiej strony, może wymyślona na prędko wymówka wydawała mi się taka nieprzekonująca, bo znałem prawdę. Jak się dowiedziałem później, brakowało mi również wiedzy. Agenci nie raz wyjeżdżali w pojedynkę lub w niewielkich zespołach, aby akcja przebiegła cicho i sprawnie. Trzecim argumentem, prawdopodobnie najistotniejszym, jest to, że tak naprawdę nikogo specjalnie nie obchodziło, gdzie wybiera się Iwanowicz. Rekruci dogadywali, że "Rodionov postanowił osobiście uganiać się za grubą rybą", a wspólnicy mieli wystarczająco swoich spraw, aby nie interesować się cudzymi.
Jedyną osobą, której zachowanie wydało mi się dziwne, okazała się Koshka. Chociaż zarówno ja jak i Dima odegraliśmy swoje role perfekcyjnie - przerażonego syna i rozwścieczonego chytrusa, Koshka nie była specjalnie poruszona. Z uwagą wysłuchała zarówno mnie jak i Dimy, zadała kilka zdawkowych pytań, ale nic ponad to. Nie przejmowałem się tym. Zapewne wciąż myśli o swoich problemach i pozostaje obojętna na cudze, uznałem. Dima szczegółowo objaśnił Koshce, czym się musi zająć pod jego nieobecność, a ona słuchała, od czasu do czasu pytając o coś. Jak później wyjaśnił mi Dima, Marija już kilka razy go zastępowała, więc był przekonany, że sprosta zadaniu.
***
Kiedy samolot wzbił się w powietrze, doznałem dziwnego uczucia. Zupełnie tak, jakby wszystkie zmartwienia mnie opuściły. Umysł wypełnił się lekką beztroską i muszę przyznać, że to uczucie bardzo mi odpowiadało. Podobnie jak poprzednio, lecieliśmy liniami lotniczymi przeznaczonymi dla zwykłych śmiertelników. No, może dla zwykłych śmiertelników, którzy na biedę narzekać nie mogą. Z przyjemnością opuściłem obskurne, wciąż pamiętające czasy sowieckie, lotnisko. Wzbiłem się w przestworza, zastanawiając się jak spędzimy te dwa i trzy czwarte tygodnia.
Dima uśmiechał się lekko, patrząc w swój kieliszek, który przed chwilą podała mu stewardesa. Trudno było stwierdzić czy uśmiechał się tak do tego kieliszka, do swoich myśli czy do mnie. Co jakiś czas obrzucał mnie ciepłym spojrzeniem. W końcu sam mi zdradził powód tego rozbawienia.
- Wiesz – wyznał z tym tajemniczym uśmiechem, nie schodzącym mu z twarzy. – Odwołałem trzy spotkania z rosyjskimi szychami podziemnego biznesu z racji tego wyjazdu.
Niemalże się zakrztusiłem, słysząc coś takiego. Momentalnie oderwałem wzrok od okna, przez które spoglądałem na chmury.
- I dopiero teraz mi o tym mówisz? – oburzyłem się. – Nie chcę żebyś robił sobie problemy przez…
Położył mi palec na ustach w raczej mało subtelny sposób. Wyraz całkowitego opanowania, a nawet niemalże uniesienia nie schodził mu z twarzy.
- Uspokój się, Till. Poczekają sobie. Nie powiem, żebym tęsknił za oglądaniem ich napuszonych gęb.
Wydałem z siebie tylko ciche westchnienie, dając za wygraną. I to ja jestem tym rozpuszczonym dzieciakiem, tak…? To Dymitr był tym, który porzucał wszystkie obowiązki, aby… cóż, aby sprawić mi przyjemność. Nie mogę powiedzieć, że jego irracjonalizm mnie nie martwił, ale z drugiej strony… dzięki takiemu zachowaniu czułem się wyjątkowo. Iwanowicz był bez wątpienia tym typem mężczyzny, który potrafił w niezwykle szarmancki sposób zabiegać o czyjeś względy. Mówiąc dokładniej, o moje względy. Od dziecka uwielbiałem być w centrum uwagi, dlatego też taka taktyka uwodzenia sprawdzała się w stu procentach. Potrafił sprawić, że oszalałem na jego punkcie. Że nie zadawałem sobie pytań. Nie dopuszczałem do siebie żadnych wątpliwości.
- I co, lepiej już? – zagadnął wesoło, podając mi kieliszek.
- Mam nadzieję, że jak wrócimy, to nie zastaniemy twojej rezydencji w ruinie – odparłem z lekkim uśmiechem, pijąc łyk szampana.
- Ach tam! – machnął lekceważąco ręką.
Nie muszę chyba opisywać mojego szczerego zaskoczenia, kiedy po krótkiej pauzie dodał:
- W takiej sytuacji po prostu przeniesiemy się do innej. Co powiesz na Nowosybirsk?
***
Minęło sporo czasu, zanim dotarliśmy na miejsce. Cel podróży osiągnęliśmy za pomocą samochodu, który jakimś tajemniczym sposobem czekał na Dymitra na lotnisku. Sprawa nie wydawałaby mi się dziwna, gdybyśmy wsiedli do taksówki, ale Iwanowicz po prosu zbliżył się do jednego z aut, wyciągnął z kieszeni kluczyki i jakby nigdy nic, wsiadł do środka. Kiedy podekscytowany próbowałem się go dopytać, jak to zrobił, długo się ze mną drażnił, nie chcąc udzielić odpowiedzi. W końcu z dziwnym uśmiechem odparł:
- Moi ludzie podrzucili go tu kilka dni temu – odpowiedział, zanim jeszcze wyruszyliśmy. Nos miał utkwiony w mapie, którą dociekliwie analizował.
- Cholera jasna, mogłem przy okazji wspomnieć coś o JPS-ie… - mruknął. Nagle, pod wpływem jakiegoś nagłego olśnienia, odwrócił mapę o dziewięćdziesiąt stopni.
- Jak to podrzucili? Chcesz powiedzieć, że masz ich rozrzuconych wszędzie? W całej Rosji?
- Jakiś ty dociekliwy, Till – odparł rozbawiony i poklepał mnie po głowie.
- Nie chciałeś przypadkiem użyć słowa „upierdliwy”? – podsunąłem mu.
- Och, ależ skąd. Ale skoro już tak to nazwałeś…
Pokręciłem głową, zupełnie jak nauczyciel nad niesfornym uczniem. Przez cały ten czas uśmiech jednak nie schodził mi z twarzy. Siedząc tuż obok kierowcy, miałem dość niezły widok. Nie przywykłem do jazdy z przodu; kiedy byłem jeszcze dzieckiem, za kierownicą siedział ojciec, a obok niego Ulrike.
- Ile jeszcze czeka nas drogi? – zapytałem.
- Myślę, że za godzinę powinniśmy dotrzeć.
- Jak się nazywa ta „metropolia”? Przypomnij mi – zagaiłem złośliwie.
Lekka kpina nie uszła jego uwadze. Spojrzał na mnie przez swoje ciemne, przeciwsłoneczne okulary.
- Spodoba ci się, Till. Zobaczysz.
- Nie o to chodzi – odparłem, usadawiając się wygodniej na siedzeniu. – Ale najpierw wypaliłeś, że zwiedzimy całą Rosję, potem, że Niemcy, aż skończyłeś na…
-… Maksimovschina. Tak, myślę, że tam zażyjemy nieco więcej wolności – odparł, obnażając radośnie zęby. Jakby na zademonstrowanie tej „wolności” przejechał dłonią po moim udzie, pnąc się coraz wyżej.
Złapałem go za rękę, widząc do czego zaraz to doprowadzi.
- Wolności się zachciało!
- Och, tobie też się zachce… - mruknął drapieżnie, nachylając się nade mną. Musnął mnie jednak tylko w usta i kontynuował. – Ale mówiąc poważnie, Till. Czy chcesz, żeby każdy spoglądał nam przez ramię? W Moskwie, Petersburgu czy w jakimkolwiek innym wielkim mieście wszędzie są ludzie. Co gorsze, jeśli będą tam ludzie, którzy mnie znają… Cóż, mogą dojść do wniosku, że szukamy tego twojego ojca w trochę zbyt… radosny sposób.
- Przecież wiem, nie musisz się tłumaczyć! Tylko się drażniłem – stwierdziłem optymistycznie. – Wcale nie odpycha mnie fakt, że jedziemy zwiedzać wiochę!
Dopiero, gdy to powiedziałem, zdałem sobie sprawę, jak zabrzmiało. Dima spojrzał na mnie z błyskiem zrozumienia w oczach.
- No tak, przepraszam to uchybienie, że tym razem nie wyprowadzę panicza na salony…
Warknąłem na niego, ale zanim zaczęliśmy się szamotać, pieszczotliwie zdzielił mnie gazetą. Jeśli tylko można pieszczotliwe lać kogoś gazetą…
- Będzie fajnie, Till! Jezioro, drewniane chatki, chodzenie ze słomą w butach…
- Haha, powrót do korzeni!
Spojrzał na mnie spod byka, przełykając tę „zniewagę”.
- Pragnę ci przypomnieć, że moje korzenie, to i twoje korzenie.
Mina mi zbledła na ten, cóż, bardzo logiczny komentarz.
- Panicz się nie przyznaje do swojej przeszłości, hmm? – zagadnął cynicznie, znów zagłębiając się w mapę.
- Ja tam na tę przeszłość nie narzekam – stwierdziłem, przechodząc na poważniejszy już ton.
Dima posłał mi tylko ciepły uśmiech w odpowiedzi.
- Pomyśl sam… Czy nazwa Maksimovschina nie brzmi prosperująco? Jak w miejscu o takiej nazwie można spędzić przykry czas? No ale dość tego gadania! Ruszamy!
Dima odrzucił mapę na tylne siedzenie i… ruszył! Tak, nie można nazwać tego inaczej. Opony zapiszczały, a auto poderwało się do jazdy w oszałamiającym tempie. Zdążyłem tylko podziękować w duchu niebiosom, że podszeptały mnie, abym zapiął pasy.
- Scheiβe, czyś ty, człowieku, postradał rozum!? – krzyknąłem, czując jak wbijam się w siedzenie.
- O co Ci chodzi? Przecież ulica jest pusta!
Przerażony patrzyłem na krajobraz przede mną, który zmieniał się w zastraszającej szybkości.
- Czy tu nie ma żadnych zasad ruchu drogowego?! Dima, zwolnij, do kurwy nędzy!
- Pragnę ci przypomnieć, mój drogi, że to od jakiegoś czasu jest demokratyczny kraj! Lud decyduje.
- Jeśli na tym, do jasnej cholery, polega demokracja, to niech ja skonam! – krzyknąłem, czując, jak ściska mnie w żołądku i patrząc na licznik, na którym oś coraz bardziej się podnosiła… podnosiła… i podnosiła. Wiedząc, że na tego upartego osobnika i jego zamiłowanie do jazdy rajdowej (o którym do tej pory nie wiedziałem) nic nie poradzę, próbowałem odrzucić od siebie wrażenie, że jestem na pokładzie rakiety kosmicznej. Droga była długa, ale dzięki Dymitrowi niewątpliwie stała się krótsza. W tempie ekspresowym udaliśmy się na spotkanie z małym miasteczkiem Maksimovschina.
Subskrybuj:
Posty (Atom)