Info


Wcześniejsze rozdziały opowiadania znajdują się na stronie
http://www.yaoi.pl (teksty -> opowiadania -> "Siódmy Krąg" by Wilczyca)

Jeśli ktoś wyraża chęć, mogę informować na bieżąco o pojawianiu się nowych rozdziałów poprzez e-maila. Oto mój mail: dita-fm@wp.pl Możecie też kierować na niego wszelkie pytania, sugestie, ponaglenia, whatever.

niedziela, 10 lutego 2013

Wydanie książki

Hej!

Nie umarłam i nie zapadłam się na pod ziemię ;)

Dostałam propozycję z wydawnictwa The Cold Desire, aby wydać "Siódmy Krąg". Obecnie pracuję razem z moją redaktorką nad korektą tych siedemnastu rozdziałów. Książka będzie zawierać kilka nowych rozdziałów, których nigdzie nie publikowałam. Nie będzie to jednak koniec opowieści - to dopiero pierwszy tom, a planuję również drugi ; ) Odsyłam Was teraz do zapowiedzi i pięknie dziękuję wszystkim tym, którzy mnie wspierali ; )

Wilczyca

http://www.yaoi.nazwa.pl/WYDAWNICTWO/?p=1583

czwartek, 27 września 2012

Rozdział siedemnasty

17. Selekcja


Na pytanie, dlaczego przed zabiciem Godota zwracał się do niego po imieniu, chociaż nigdy wcześniej tego nie robił, miał intrygującą odpowiedź. Mianowicie, stwierdził, że nazywanie ludzi pseudonimami tuż przed ich śmiercią jest komiczne i w bardzo złym smaku.

Czy nie był to tok myślenia typowy dla socjopaty? Nie mogłem pozbyć się tego wrażenia i ilekroć pomyślałem o jego odpowiedzi, przechodził mnie dreszcz. Mimo tego, dylemat czy wciąż chcę żyć u boku kogoś takiego jak Iwanowicz, miałem już za sobą. Decyzję podjąłem po tym jak wspólnie zabiliśmy szpiega z Sołncewa i pomimo licznych wątpliwości i wewnętrznych pytań, nie zmieniłem jej. Któż inny przychodziłby do mnie z tabletkami w nocy, adorował w taki sposób i traktował z takim zainteresowaniem? Najwspanialsze w tym wszystkim było to, że Dima nie uległ znużeniu; wciąż odkrywał mnie na nowo, zawsze z równą fascynacją i uwagą. Z błyszczącymi oczami słuchał tego, co miałem do powiedzenia i pomimo upływu czasu ów blask wcale nie malał. Gdy się kochaliśmy, niezmiennie zapalał się tym samym płomieniem i biorąc mnie, szeptał gorączkowe wyznania i wyuzdane pochlebstwa.

Uwielbiałem tę myśl, że tylko ja widzę go takim; czułym, zatraconym, oddającym mi całego siebie. Byłem zupełnie podniecony, kiedy wyobrażałem sobie, że to właśnie ten człowiek, przed którym drży cały kryminalny świat. Człowiek, który za pomocą jednego słowa mógł zadecydować o czyimś życiu lub śmierci. Pomimo tego, że było to wstrętne i jakże niewłaściwie, nijak nie potrafiłem zatrzymać tych myśli. Najpierw zorientowałem się, kim tak naprawdę jest. Potem zrozumiałem, że w jakiś pierwotny i nieposkromiony sposób wzbudza to moją rządzę. Dima dzięki swojej władzy i osobowości emanował esencją męskości, która sprawiała, że miękły pode mną kolana.

Dymitr jak co dzień na chwilę zasiadł przed lustrem, aby poprawić sobie krawat. Tamtego dnia znalazłem się w jego pokoju o wyjątkowo wczesnej porze. Była to jakaś prozaiczna sprawa; chyba zabrakło mi tabletek nasennych. Chciałem to załatwić przed wyjściem na trening, w razie gdybym w trakcie powrotu musiał je kupić. Właściwie miałem już wychodzić, trzymając nowe opakowanie w dłoniach, ale mimowolnie zawiesiłem na nim wzrok. Był doskonały. Żadne inne określenie nie przychodziło mi do głowy.

Po chwili zorientowałem się, że przygląda się z zainteresowaniem mojej sylwetce w lustrze. Po jego spojrzeniu bez trudu odgadłem, że dostrzegł mój zachwyt i potrzebę. Nie powiedział jednak nic, tylko uśmiechał się w ten drapieżny, szelmowski sposób. O czym myślał...? Nie zapytałem, tylko podziękowałem i zabrałem się do wyjścia. Wiedziałem, że trening będzie makabryczny jak zwykle i nie mogłem pozwolić sobie na tego typu rozkojarzenie. Nieprzyzwoite obrazy rozpościerające się przed moimi oczyma mogły zaowocować wybitymi zębami lub czymś jeszcze gorszym.

- Do zobaczenia - odparłem.

- Miłego treningu - mruknął, a uśmiech nie zszedł mu z twarzy nawet wtedy, gdy już zamykałem za sobą drzwi.

Czyżby moje pożądanie na sam widok, jak wiąże sobie krawat wywołało w nim aż taką satysfakcję? A może chodziło o coś innego...? Potrząsnąłem głową i skierowałem się do wyjścia. To nie była odpowiednia chwila na takie rozważania. Przeciągnąłem się, gdy wyszedłem na świeże powietrze. Ochroniarze przypatrywali mi się swoim obojętnym, lecz uważnym spojrzeniem i jak zwykle milczeli jak zaklęci.

Nie zdążyłem go o cokolwiek zapytać, aby rozwiać swoje wątpliwości. Wraz z rozpoczęciem treningu pojawił się o wiele trudniejszy dylemat, który zdołał nawet rozwiać moje pożądanie.



***



- Jesteście już w końcowym okresie przygotowań i nadeszła pora na ostateczny egzamin. Liczę na to, że większość z was osiągnie jak najlepsze wyniki. Test będzie wymagający - spędzicie w terenie tydzień, podczas którego przekonacie się na ile was stać. Zostaniecie poddani wielu próbom, zarówno fizycznym jak i psychologicznym. Od początku aż do końca nie będziecie mieli możliwości kontaktu ze światem zewnętrznym - będziecie zdani tylko na siebie. Jeśli ktoś poczuje, że już nie może, może wracać do domu. Pragnę tylko przypomnieć, że tutaj słabość to synonim śmierci.

Porucznik przerwał objaśnienia i rozejrzał się po równych szeregach. Wszyscy wpatrywali się w niego w skupieniu.

- Czy są jakieś pytania? - dodał.

Pytań nie było żadnych. Zwykle nieoficjalne informacje, czyli te najważniejsze, krążyły pomiędzy rekrutami tuż po zakończeniu ćwiczeń.

Porucznik przechadzał się przed dwuszeregiem, udzielając dalszych wyjaśnień. Oczy wszystkich uważnie się mu przyglądały, rejestrując każdy jego ruch. Wiedzieliśmy, że nadszedł kluczowy moment, w którym miało się okazać, kto ile jest wart. Nikt nie ośmielił się zapytać, jakie będą konsekwencje, jeśli ktoś nie przejdzie testów pomyślnie. Domyślałem się jednak, że rezultaty zadecydują o podzielaniu nas na pododdziały i to od nich będzie zależeć czy zostaniemy dobrze rokującą jednostką czy grupką przeznaczoną na zagładę, taką, którą się ustawia na pierwszej linii odstrzału.

- Nie będę wam teraz udzielać szczegółowych wyjaśnień co do samego przebiegu testu. Zrobi to major, który będzie odpowiedzialny za selekcję. Odbędzie się ona na poligonie Tockoje. Wyjeżdżamy jutro o godzinie szóstej. Weźcie ze sobą wyłącznie niezbędne rzeczy. Nie dozwolone jest zabranie telefonów ani jakichkolwiek środków komunikacyjnych. Czy wszystko jest jasne?

Równe szeregi wykrzyknęły głośne, energiczne „Tak jest!“. Okrzyk był zdecydowany, jednak zdołałem dostrzec niepokój malujący się na twarzach zebranych. To już nie były przelewki, lecz preludium do prawdziwych rozgrywek. Ostatni etap symulacji.

Porucznik rozejrzał się po rekrutach i chyba dostrzegł to samo co ja, bo uśmiechnął się zimno i szyderczo, zupełnie tak jak mógłby uśmiechać się gad.

- Oprócz naszego oddziału, w selekcji wezmą udział jeszcze dwa. W sumie będzie was około stu. Selekcję przechodzi do końca zwykle nie więcej niż piętnaście osób.

Kilkoro rekrutów spojrzało się po sobie. Z doświadczenia wiedziałam, że lepiej nie zdradzać swoich emocji. Ukazanie strachu było całkowicie nie profesjonalne i sprawiłoby porucznikowi niepohamowaną, wstrętną satysfakcję. Poczułem jednak jak moje serce zaczęło bić szybciej, a w głowie odczułem dojmującą pustkę. Piętnastu... ze stu?!

- Szkolenie, które przejdziecie jest podobne w swoim charakterze do tego, które przechodzą rekruci do jednostek specjalnych. Ci, którzy zaliczą je w całości zostaną przydzieleni do oddziałów kategorii A.

Oddziały A stanowiły oddziały elitarne, do których należeli najlepsi żołnierze. Dostawali najwyższe wynagrodzenie, cieszyli się dużym uznaniem i wykonywali najbardziej karkołomne zadania. To dla nich droga do osiągnięcia jeszcze większego statusu i pięcia się po drabinie w przestępczej hierarchii stała otworem. Duża władza i istotne stanowiska były w ich zasięgu, jeśli tylko wyciągnęli po nie ręce. Później dowiedziałem się, że właśnie tam kiedyś działali Wasyl i Koshka.

- Co do reszty... Wszystko zależy od tego, w którym dniu odpadniecie. Po zakończeniu egzaminu dostaniecie tydzień wolnego, aby przywrócić organizm do jego naturalnej homeostazy, a potem zaczniecie brać udział w zadaniach. To by było na tyle. Jutro, godzina szósta, przy wschodniej bramie. Rozejść się!

Z tłumu wychwyciłem wzrok Arsena. Podszedł do mnie i obrzucił mnie pytającym spojrzeniem.

- I co? Co o tym myślisz?

Wzruszyłem ramionami.

- Trenujemy tak ciężko od tak długiego czasu. Czas sprawdzić rezultaty - odparłem pewnie, pewniej niż w rzeczywistości się czułem.

Chwilę potem Nina zrównała z nami krok. Jej czarne oczy lśniły niepohamowaną ekscytacją.

- Bardzo jesteś pewny siebie, Lohengrin! Nie jesteś chyba świadom tego, co mówisz - odparła z pobłażliwym uśmiechem.

Na moje pytające spojrzenie, dodała:

- Rozmawiałam z wieloma żołnierzami, którzy brali udział w tego rodzaju selekcji. Wyją z bólu jak dzieci i modlą się o rychły koniec tej męczarni. To nie jest... taki zwykły sobie test. Tam nie odpoczywasz... W ciągu dnia czy w nocy... ciągle trenujesz. Przez siedem, cholernie długich i trudnych dni.

- Dlaczego więc się uśmiechasz? - wtrącił się Arsen, z rozbawieniem zauważając jej zadowolenie.

- Chciałabym dotrwać do końca i dostać się do kategorii A.

- Cóż za śmiałe pragnienie! Wiesz, że niewielu się to udaje...

- Co nie oznacza, że nikomu - wyzywająco spojrzała mu w oczy.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, niby żartobliwie, ale było w tym również coś, co nie miało nic wspólnego z wesołością. Nina aż cała drżała z ambicji, która miała teraz okazję wziąć górę i poprowadzić ją do celu. Arsenowi brakowało pewności siebie, chociaż ze wszystkich sił starał się to ukryć. Nina zmierzyła go pogardliwym wzrokiem, ale nie powiedziała ani słowa. Przez dalszą drogę była szczególnie milcząca, chociaż jej oczy mrugały żywo, wyraźnie coś kalkulując. Myślami błądziła już w dniu jutrzejszym, pełnym wyzwań i przeciwności. Nie podzielałem jej entuzjazmu. Targały mną raczej liczne wątpliwości, wypełniały czaszkę i drgały gdzieś na dnie żołądka. Czy okażę się wystarczająco silny? Czy jestem już wystarczająco dobry...?

Odpowiadałem na wesołe gadanie Arsena, ale podobnie jak Nina zagłębiłem się we własnych myślach. Nie zależało mi na dostaniu się do elitarnego oddziału. Szczerze mówiąc, nie wierzyłem, że jest to w ogóle możliwie. Zdawałem sobie jednak sprawę, że od moich wyników będzie zależeć moja najbliższa przyszłość i pozycja. Nie mogłem pozwolić sobie na porażkę. Już na początku selekcji dowiedziałem się, że jednostki słabe zostawały zazwyczaj odgórnie skazywane na zagładę - przydzielono im najpaskudniejsze zadania, w roli przynęty, dla odwrócenia uwagi. Szli na pierwszy ogień, aby odwrócić uwagę od żołnierzy, którzy mieli wykonywać zadanie tak naprawdę. Mięso armatnie miało im tylko to ułatwić, zazwyczaj poświęcając przy tym życie za drugim, ewentualnie trzecim razem.



***



- Masz zostać członkiem jednego z oddziałów kategorii A.

Dima siedział wygodnie rozparty przy stole i posilał się kurczakiem, jednak ani jego mina ani ton głosu nie sugerowały lekkiej, frywolnej rozmowy przy obiedzie. Przez chwilę stałem osłupiały przy stole i całkowicie straciłem wątek. Najpierw uśmiechnąłem się lekko, nie do końca pojmując, co właśnie do mnie powiedział. Potem osunąłem się na krzesło i zmierzyłem go zdezorientowanym wzrokiem.

- Co to ma znaczyć? - wykrztusiłem w końcu. - Dlaczego? Czy chcesz, abym...

Wykonał gest ręką, aby mi przerwać. Najwyraźniej wyczuł, że mój głos przestaje być spokojny i nabiera niskiego tonu, więc chciał sprawę jak najszybciej wyjaśnić.

Odłożył kurczaka, nie chcąc ignorować powagi rozmowy i wytarł dłonie.

- Nieoficjalnie przejąłeś obowiązki Godota i przygotowujesz się do objęcia jego stanowiska. Idzie ci to całkiem do rzeczy.

Skinąłem głową, nieco udobruchany pochwałą. Z zainteresowaniem studiowałem jego twarz, ciekaw, co ma mi do powiedzenia.

- Oficjalnie jesteś zwykłym żołnierzem, a właściwie wciąż rekrutem, należącym do jednego z oddziałów na rozkazach mafii. Dostrzegasz kontrast?

Lekko pokiwałem głową, patrząc w jego kobaltowe oczy. Przyglądały mi się badawczo, bacznie obserwując moje reakcje.

- Trzeba między jednym a drugim nakreślić pewien most - to mówiąc, palcem zarysował na stole dwie równoległe linie i jedną biegnącą przez nie. - Jeśli dostaniesz się do jednego z oddziałów A, znacznie łatwiej będzie można wyjaśnić, dlaczego otrzymałeś takie wyróżnienie. Nikt wtedy nie będzie mógł zanegować, że jesteś profesjonalistą. Rozumiesz?

Zmarszczyłem brwi i przymknąłem oczy.

- Nie podoba mi się to, Dima... Nie wiem, czy jestem na tyle dobry. A co jeśli się nie dostanę? Wyrzucisz mnie stąd?

- Nie mów głupstw, Till. Jak to w ogóle mogło ci przyjść do głowy? Po prostu... jeśli dasz radę, rzeczy staną się o wiele prostsze. I dla ciebie, i dla mnie. Jeśli dostaniesz się zaledwie do jakiegoś podrzędnego oddziału, inni żołnierze zmiażdżą cię z zawiści. Nie rozumiesz tego? Żadnemu z nich nawet się nie śniło, żeby zostać moim doradcą.

Nerwowym ruchem wstałem od stołu. Krzesło skrzypnęło i prawie upadło na podłogę.

- Po co więc uczyniłeś mnie doradcą?! - podniosłem głos. - To wszystko... Myślałem, że inaczej będzie to wyglądało. Chciałem tylko być przy tobie, a nie zostać super żołnierzem i bezbłędnym zabójcą!

Jego twarz wciąż jeszcze nie zdradzała oznak szaleństwa, ale czułem, że atmosfera między nami staje się coraz trudniejsza do zniesienia. Za tymi ciemnymi oczami czaiło się coś jadowitego i nieobliczalnego. Wciąż siedział z dłońmi splecionymi na brzuchu.

- To dla twojego rozwoju, Till. Mógłbym poczekać, aż osiągniesz wystarczająco dobre wyniki w oddziale, aby twoje zasługi były wystarczające, żeby cię wyróżnić. Wtedy jednak nauka będzie trwała za długo. Teraz masz możliwość rozwijać się równolegle, w obu tych dziedzinach. Potrzebuję tylko odpowiedniego uzasadnienia.

- Wystarczającego, aby mnie wyróżnić - parsknąłem. - Ilu ludzi musiałbym więc zabić?

Szczęka mi drgała z wściekłości, raz po raz zaciskałem i rozluźniałem dłonie. Dima jednak wciąż siedział bez ruchu, najwyraźniej korzystając ze swoich zapasowych pokładów cierpliwości. Ja natomiast nie posiadałem się z wściekłości. Po raz pierwszy poczułem się tym wszystkim upokorzony. Być może dlatego, że miałem świadomość tego, ile już dla niego zrobiłem. W głowie przewijały mi się po kolei wszystkie te makabryczne treningi i manewry, w których uczestniczyłem od miesięcy. Wszystko po to, aby być bliżej niego, aby go zadowolić... A teraz zażądał czegoś praktycznie niemożliwego do osiągnięcia. Wciąż za mało, nie wystarczająco, wciąż podnosił poprzeczkę i zmuszał mnie do zrobienia czegoś jeszcze. Paraliżował mnie gniew i strach, bo byłem pewien, że tym razem nie podołam.

- Wielu - odpowiedział po prostu, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie.

Rozszerzyłem oczy na to stwierdzenie.

- Till... To nie jest piękny świat. Taka jest prawda.

Energicznie pokręciłem głową.

- Po co mam robić to wszystko?! Ile jeszcze będę musiał ścierpieć, żeby cię usatysfakcjonować? Nie jestem wybitny. Nie rozumiesz tego?! Nie jestem urodzonym żołnierzem, nie jestem... Ja... nie jestem... mordercą - złapałem się za głowę. Czułem jak kolana się pode mną uginają, z nadmiaru myśli i pod wpływem całej tej frustracji, którą odczuwałem.

Usłyszałem jak Dima wstał od stołu. W chwilę znalazł się przy mnie.

- Mylisz się. Mylisz się, kochany, we wszystkim, co mówisz. Nie robisz tego dla mnie. Słyszysz? Spójrz na mnie.

Kiedy go nie posłuchałem, ujął w dłoń mój podbródek i sam uniósł moją głowę. Nasze oczy się spotkały.

- Robisz to dla siebie. Wszystko, czego się nauczysz i każda umiejętność, którą posiądziesz będą mogły uratować ci życie.

Uśmiechnąłem się ironicznie.

- Ciągle będę się narażał. To ma być ta twoja troska o mnie? Nie rozumiem Cię, Dima. Nie rozumiem...

Czułem jak moje spojrzenie staje się pogmatwane i chłodne. Najwyraźniej również to odczuł, bo wyraz jego twarzy także się zmienił. Chciał coś powiedzieć, ale przerwałem mu.

- Byłbym bezpieczniejszy tu, nie potrafiąc nic i nie wiedząc nawet jak się odpala broń niż wyruszając na najbardziej niebezpieczne akcje. O co tobie chodzi?

Pokręcił głową.

- Te zadania są najtrudniejsze pod względem technicznym i strategicznym. Oprócz tego nie chcę, abyś był żołnierzem zbyt długo.

Spojrzałem na niego, jeszcze bardziej zdziwiony niż na początku rozmowy.

- Masz posiąść wszystkie wymagane umiejętności i stać się nieuchwytny. Niezniszczalny. Kiedy uznam, że jesteś na to gotowy, zrezygnujesz z walki bezpośredniej i będziesz tylko zasiadał w radzie, tak jak pozostali członkowie. - uśmiechnął się lekko. - Tylko to, co niezbędne i dam ci spokój.

Wyraźnie się opanowałem po tych wyjaśnieniach. Niepewnie odwzajemniłem jego uśmiech.

- Cóż... W takim razie... Wciąż jednak nie wiem, czy dostanę się do tej kategorii.

- Postaraj się. Nie będę robił ci wyrzutów, jeśli ci się nie uda, ale nie ukrywam, że wiele by to ułatwiło.

- Dobrze. Na tym poprzestańmy... Jestem zmęczony - odparłem, chcąc jak najszybciej zakończyć tę rozmowę.

Przez chwilę panowała cisza, wypełniona brzdękiem sztuców, gwizdem gotowanej wody i bezustannie otwieranej i zamykanej lodówki. Dima znów zasiadł przy stole i powrócił do posiłku. Wydawało się, że ta drobna sprzeczka w ogóle nie miała miejsca.

- A, Till. Jeszcze coś.

Odwróciłem się w jego stronę. Nie patrzył jednak na mnie, tylko wertował gazetę.

- Uważam, że się mylisz. Jesteś urodzonym żołnierzem.

- Co? - zamarłem w bezruchu, zupełnie zaskoczony tym stwierdzeniem.

- Masz ogromny potencjał i ducha walki. Podejrzewam, że jak już będziesz w jednym z oddziałów A... nie będziesz chciał zrezygnować.

Zaśmiałem się i pokręciłem głową z niedowierzaniem.

- Nie wydaje mi się. Samo dostanie się tam to czysta abstrakcja - odparłem.

- Ty kochasz te treningi. To dla ciebie jak zdobywanie podniebnych szczytów. Możliwie, że pod wpływem mojej i oddziałowej presji czujesz inaczej, jednak... Gdybyś teraz przestał trenować, przestałbyś być sobą. Nie wiedziałbyś, co ze sobą począć . Zastanawiałeś się kiedyś nad tym?

Zastygłem z kromką chleba w dłoni i zagłębiłem się w myślach. Przecząco pokręciłem głową.

- Nigdy tak o tym nie myślałem. Naprawdę uważasz, że...?

Uśmiechnął się pobłażliwie, widząc moje zagubienie.

- Obserwuję cię uważnie. Pamiętam jak wróciłeś z treningu z Andriejewną. Ledwo chodziłeś, tak ci dała w kość, a jednak miałeś w oczach taką determinację jakby od tego czy wygrasz czy przegrasz, zależało twoje życie...Jesteś żołnierzem, Till. Jestem tego pewien. Gdybyś okazał się łamagą, nie kontynuowałbym twojego treningu. Wolałbym zamknąć się w rezydencji i otoczyć strażami, bo wiedziałbym, że i tak nic by z tego nie wyszło. Jednak jest inaczej. Myślę, że masz możliwość przebrnąć do końca selekcji.

Obrzuciłem go niepewnym spojrzeniem, jakby pytając czy to wszystko, co powiedział, to na pewno prawda. On, jakby wychwytując moje przesłanie, wolno pokiwał głową. Chciałem, aby miał rację. Chciałem móc w to wierzyć.



***



O godzinie szóstej wyruszyliśmy. Jazda była długa i monotonna. Od Moskwy do Buzułku dzieliło nas jakieś tysiąc trzysta kilometrów, co zapowiadało szesnaście godzin jazdy. Po dwudziestej trzeciej znaleźliśmy się na miejscu. Każdy krzątał się wokół swoich rzeczy, przygotowując sobie posłanie na noc. Rozkładanie śpiworów, przygotowywanie posiłku, głośne i ożywione rozmowy, liczne przekleństwa. To moje pierwsze wspomnienia z pobytu na poligonie w Tockoje. Wszyscy byli wykończeni po makabrycznej podróży, a jednocześnie zdenerwowani przed pojawieniem się majora. Nie trwało to jednak długo, wszystko działo się bardzo szybko. O północy pojawił się major, a wówczas znalezienie się w dwuszeregu okazało się tylko kwestią czasu. Nawet się nie spostrzegłem, a już stałem na baczność pomiędzy dwoma starszymi ode mnie mężczyznami z ciężkim plecakiem na ramionach. Poligon był ponury, w oddali dostrzegałem nieprzeniknioną ścianę lasu. Zastanawiałem się właśnie, jakie zadania będą czekać na nas w tym lesie, kiedy przed dwuszereg wyszedł żołnierz z niezliczoną ilością orderów na klapie munduru. Miał regularne, lecz ostre rysy twarzy, które nadawały jej wyraz zaciętości. Oczy szare, chłodne, niemal nieruchome. Nie sposób było odgadnąć z nich jakiejkolwiek emocji.

- Jestem major Aleksy Koznyszew. Nie muszę wam chyba mówić, że od waszej słabości będzie zależeć... cóż, właściwie wszystko. Możecie wszystko wygrać lub wszystko przegrać. Nie istnieją żadne środki pośrednie. Selekcja będzie trwać siedem dni. Ten, który wytrzyma do końca trafi do jednego z oddziałów kategorii A. Ilość zebranych punktów zadecyduje do jakiego. Osoby, które nie dotrwają do dnia siódmego zostaną przydzielone do niższych oddziałów. Z selekcji możecie odpaść za niepoprawne wykonywanie poleceń bądź niemożliwość ich wykonania. Czy wszystko jest jasne?

Rozległ się typowy okrzyk „Tak jest!“, a ja czułem jak wargi mi zadrgały. Stres, niepewność, kołatanie serca i ciężar w żołądku... Najbardziej przerażała mnie myśl: Jak to będzie wyglądać? Na czym będzie polegał ten karkołomny, siedmiodniowy test?

Po jeszcze kilku wskazówkach udzielonych przez majora każdy z nas otrzymał opaskę na ramię z numerem. Od tej pory nikt nie miał imienia i nazwiska. Kazano nam o nich zapomnieć i nie ujawniać swoich prawdziwych danych pod żadnym pozorem. Domyślałem się, że jest to symulacja prawdziwej misji - żadnych danych, które mogłyby nas zdradzić - tylko numer i szesnastocyfrowe hasło, które należało wbić do głowy i zapamiętać lepiej niż własną datę urodzenia. Tak jak każdy początkujący żołnierz na usługach mafii moskiewskiej, otrzymałem opaskę. Zielony kawałek materiału z wypisanym numerem. Nie wiem dlaczego ten moment tak mocno utkwił w mojej pamięci, ale wciąż pamiętam swoją sylwetkę i spoconą dłoń, ledwo utrzymującą opaskę. Niepewność i wątpliwości zawładnęły mną tak mocno, że przez chwilę nie potrafiłem nad sobą zapanować. Poczułem się absurdalnie - jak zagubione dziecko, które trzyma zwitek materiału i nie rozumie, co ma z nim zrobić. Na szczęście nauczyłem się już opanowywać ataki paniki. Zwykle ratowało mnie wyciszenie się i wzięcie kilku, czasem kilkunastu głębokich wdechów. Nie mogłem dopuścić do siebie histerii. Wolnym ruchem przymocowałem opaskę. Zwilżyłem usta. Przymknąłem oczy. Dudnienie w głowie ustawało, stopniowo udawało mi się opanować. Ostatnie luźne rozmowy i komentarze moich towarzyszy docierały do mnie niewyraźne, wychwytywałem tylko ich ogólny zarys. Słyszałem zgiełk rozmów, ale nie skupiałem się na znaczeniu rozlegających się słów.

Ostatnie swobodne zaczerpnięcie oddechu. Ostatnie beztroskie dyskusje. Teraz należało tylko przetrwać te siedem dni. Nie potknąć się, nie dać się zniszczyć, nie wypaść z siodła. Od teraz byłem numerem sześćdziesiąt cztery i musiałem nim pozostać tak długo jak to było konieczne.

sobota, 22 września 2012

Ogłoszenie!

Chciałam poinformować tych najwytrwalszych, którzy wciąż jeszcze oczekują na nowy rozdział, że ukaże się on w piątek. Wiem, że strasznie długo to trwało, ale zupełnie wypadłam z osi opowiadania i nie potrafiłam się odnaleźć w perspektywie bohatera. Nie chciałam pisać na siłę, na tak zwanego "wała", bo nie chcę Was karmić chałą.

Rozdział będzie stosunkowo krótki, ale przyznam szczerze, że momentami myślałam, że w ogóle go nie będzie. Chciałam już machnąć ręką na tekst, w którym nie odnajduję się już tak bardzo jak wcześniej, ale w tych momentach stawała mi przed oczami Paciaja (a raczej jej avatar z yaoifan, bo nie znam osobiście :P), a także jej kilometrowe komentarze i myślę sobie: Nieee no, takich rzeczy się nie robi, tak nie można, toż to nie po koleżeńsku! Muszę kiedyś ten tekst wziąć w obroty.

Tak, tak właśnie sobie myślałam, i stało się. Wyrazy wdzięczności dla Paci, a także dla każdego bardziej i mniej wymownego czytelnika.

Prawdopodobnie będzie to mój ostatni tekst yaoi/slash (jak zwał, tak zwał), mam zamiar "wycofać się z branży" i spróbować swoich sił w opowiadaniach o innej tematyce. Być może będzie to znów coś z elementami romansu, ale damsko-męskiego.

Pozdrawiam i zachęcam do lektury, która ukaże się już niebawem :)

Wilczyca

piątek, 4 maja 2012

Rozdział szesnasty

16. Iluminacja


„Ze swojej drogi zejdę
Będę z tobą
I w najlepszej z chwil i w najgorszej też
Będę z tobą
Jak i w pierwszym, tak i w ostatnim dniu
Będę z tobą
Z tobą


Ty,
Przed tobą świat,
Za tobą ja,
A za mną już nikt.*"



Dni, które nadeszły później nie można przyrównać do niczego. Dryfowałem z pokoju do pokoju, powoli, apatycznie, bez żadnego celu. Właśnie ta bezcelowość była najgorsza. Czułem, że stopniowo się zapadam; w pustkę, w przepaść, w czarną dziurę. Największą torturą w tym zapadaniu okazała się powolność.

Byłem jak zaszczute w pułapkę zwierzę, jak człowiek obdzierany ze skóry. Wiedziałem, że tak się objawiała zmiana, która zachodziła we mnie. To konała moja niewinność. Zabijanie może było łatwe w amerykańskich filmach akcji; działo się samo z siebie, tłumaczyło wyższą racją. Naprawdę przychodziło jednak z ogromnym trudem i stanowiło najgorsze wynaturzenie jakiego mógł się dopuścić człowiek. Tak wtedy pomyślałem. Pierwszy raz zadałem sobie pytanie; czy zabrnąłem w to wszystko z słusznego powodu? Jakie miałem prawo do tego, żeby zabijać innych ludzi? Czy miłość była dla mnie wystarczającym usprawiedliwieniem? Czułem się chory, ciągle miałem mdłości i ściśnięty żołądek. Nie potrafiłem jeść. Moje uczucie do Dymitra było zbrukane, bo okupione przelaną krwią. Nie był to jednak czas na takie rozmyślania. Mogłem iść już tylko przed siebie.

Nie potrafiłem za nic się zabrać. Jakakolwiek czynność, nawet najprzyjemniejsza, wywoływała moją niechęć. Całe dni spędzałem w fotelu, zapatrzony w okaleczoną twarz tego człowieka. W jego opuchniętą szczękę i wybite zęby.

Zasłoniłem sobie twarz dłońmi, po czym nerwowo przeczesałem włosy palcami.

- Boże. Co ja zrobiłem – szepnąłem do siebie, chociaż bez wiary w to, że słucha mnie jakikolwiek Bóg. Po tym, co uczyniłem, każdy pozostałby głuchy, ślepy i niewzruszony.

Czasem rozpaczliwie starałem się łapać jakichś prozaicznych czynności, żeby wyrwać się z apatii i nie dać się pochłonąć pustce. Miałem wrażenie, że z każdym dniem konsumuje ona część mnie. Świat się zawalił i zatrzymał, a ja mogłem tylko dryfować jak zjawa. Z kuchni do łazienki, z łazienki do salonu, z salonu do sypialni. Potem powtarzałem tę pielgrzymkę, zamknięty w porcelanowym więzieniu złożonym z czterech ścian pięknej rezydencji i w poczuciu własnej zbrodni. Nie chciałem nikogo widzieć ani z nikim rozmawiać. Widok kucharek w kuchni, gdy akurat były na zmianie, kwitowałem z niezadowolonym grymasem twarzy. Dimie tłumaczyłem, że potrzebuję samotności. Uszanował to, chociaż z zaniepokojeniem patrzył na rozgoryczenie malujące się na mojej twarzy i na ciemne cienie pod oczami. Usprawiedliwił moją nieobecność na treningach poważną odmianą grypy, którą rzekomo przechodziłem.

Trwało to przez tydzień. Po tym czasie Iwanowicz prawdopodobnie uznał, że miałem dość czasu na odosobnienie i przystosowanie się do nowej roli, którą podjąłem. Gdy wszedł do mojej ciemnej, dusznej sypialni, tym razem nie dał się wyprosić. Rzucił okiem na zasłonięte rolety i na moją postać nieruchomo leżącą na łóżku. Z pewnością obawiał się, że pozostawienie mnie samemu sobie na dłużej zaowocuje depresją czy innym rodzajem jakiegoś poważnego rozchwiania emocjonalnego.

Usiadł na skraju łóżka i przez chwilę nic nie mówił. Ja także nie podjąłem rozmowy, więc siedzieliśmy w milczeniu, niemo patrząc na siebie. Zdawało się, że powietrze jest ciężkie, mdłe, przepełnione napięciem.

W końcu wyciągnął dłoń i pogłaskał mnie po policzku.

- Co ty teraz sobie o mnie myślisz, Till? - zapytał.

Zmierzyłem go wzrokiem, z pewną dawką niedowierzania i obrzydzenia. Westchnął na ten widok, w pewien sposób był bardzo zrezygnowany.

- Nie okłamałem cię. Nie wysnuwałem żadnych fałszywych scenariuszy...

- Tak, wiem - przerwałem mu. - Tylko... nie wiedziałem, że... tak to wygląda.

- Prawda - tutaj uśmiechnął się, w jakiś bardzo dojrzały, a jednocześnie smutny sposób. - Bywa obrzydliwa. A życie... perwersyjne.

Skinąłem głową, wciąż patrząc na jego piękną twarz. Jak to możliwe, że na takiej twarzy mogła gościć taka furia i nienawiść...?

Dima oblizał wargi. Chyba chciał być pewny siebie, silny, ale w tamtej chwili dostrzegałem pewne przebłyski niepewności i... strachu.

- Czy to zmienia coś między nami? - zapytał.

Zamrugałem. Moje wahanie nie uszło jego uwadze, ale nie przerwał milczenia. Czekał. Może to była ta chwila, aby przytaknąć i odsunąć się od niego. Aby zacząć wypatrywać momentu, kiedy można będzie uciec. Prawdopodobnie stanowiłoby to logiczne, dojrzałe rozwiązanie.

Oczy Dymitra w tamtej chwili były łagodne, trochę smutne. Nasycone intensywnym, niebieskim odcieniem. Ten dziwny, charakterystyczny kolor pomiędzy błękitem, a granatem...

Przez chwilę zastanowiłem się, jakby to było, gdybym go zostawił. Nie mógłbym odejść, bo na to by mi nie pozwolił. Ale gdybym go porzucił, odsunął się... Na tę myśl ogarnęła mnie dziwna, dojmująca pustka. Przypomniałem sobie nasze wspólne chwile, które spędziliśmy w Maksimovschina i ogarnęło mnie trudne do opanowania wzruszenie. Te dni wydawały się takie odległe. Zupełnie jakby miały miejsce wiele lat temu...

- N-nie... - zaprzeczyłem. - To nic nie zmienia. Chcę... być przy tobie.

Uśmiechnął się i przygarnął mnie do siebie. Wtopił swoje długie palce w moje włosy i pogłaskał mnie.

- Wiem, że jest ci ciężko - szepnął. - Ale nie mogę pozwolić, abyś był bezbronny. Poza tym... nie mógłbym cię okłamywać i stwarzać dla ciebie sztucznej, wysublimowanej rzeczywistości. Widziałem to wiele razy. Gangsterzy często przyprowadzają na bankiety swoje kobiety. Piękne, wytworne damy. Nawet bardziej bezbronne od swoich dzieci, bo na wysokich obcasach i w niewygodnych sukniach... Żyjące w luksusie, ślepe, nieświadome... Nie mające pojęcia, że wszystkie kosztowności i dobra, które przechodzą przez ich palce są okupione śmiercią wielu ludzi.

Wpatrywałem się w niego milcząco, analizując jego słowa.

- Raz byłem na bankiecie, na którym rozpętała się akcja. Ochrona została przekupiona i do środka dostali się zabójcy. Wiesz, co się stało?

Przecząco pokręciłem głową, chociaż nie byłem pewien czy chcę poznać odpowiedź.

- Wszystkie zabite. To był straszny widok... Rozrzucone na posadzce w swoich kolorowych, drogich sukniach... Zupełnie jak zerwane, upuszczone na ziemię kwiaty... Nie dlatego, że kobiety są gorsze, Till. Koshka też tam była. Nie została nawet draśnięta.

- Chcesz przez to powiedzieć, że... - zacząłem, ale nie dokończyłem zdania. Dima kiwnął głową, domyślając się, co chciałem powiedzieć.

- Tutaj się nie przetrwa bez kłów i pazurów. Każdy, kto wkracza w podobny świat lub trzyma się blisko morderców... Nie jest bezpieczny. Jedyną metodą jest nauczyć się bronić. A jak mógłbyś się bronić, jeśli nie umiałbyś zabijać?

W duchu przyznałem mu rację.

- Wiem, że cię boli - powiedział i położył mi dłoń na udzie. Pogłaskał mnie uspokajająco. - Ale to minie. Za pierwszym razem jest najtrudniej. Wkrótce przywykniesz do tego. Wiesz dlaczego? Bo nie zabijasz dla własnej przyjemności, tylko po to, aby samemu móc żyć. Czy myśląc o dzikich zwierzętach, które polują, pomyślałeś, że jest w tym coś nienaturalnego?

Pokręciłem głową, ale zaraz powiedziałem:

- Ale to co innego...

- Jaka jest różnica? Skoro czyjaś śmierć warunkuje twój własny byt... jest tylko jedno rozwiązanie. Nie sądzisz?

Miałem mętlik w głowie. Nie potrafiłem mu odpowiedzieć. Zagubiony popatrzyłem na niego, zupełnie nie wiedząc, co myśleć.

- Moralność to wymysł ludzi, Till. W różnych światach panują różne zasady. Skoro tutaj są takie... nie ma nic złego w przystosowaniu się do nich. Rozumiesz?

- Ja... - złapałem się za głowę. - Nie jestem pewien...

- Musisz odpocząć od tego wszystkiego. Pójdziemy dziś do teatru i do restauracji. Do tej pory może się prześpij, dobrze ci to zrobi. Pozwól sobie odpocząć.

Wstał z łóżka i posłał mi czułe spojrzenie. Czułem się jak dziecko; bezbronny i zagubiony. Miałem własne zasady moralne, których mnie nauczono, jednak... słowa Dimy zdawały się logiczne i w pełni uzasadnione. Nie potrafiłem stwierdzić, co było słuszne.

Dymitr pochylił się nade mną i pocałował mnie w czoło.

- Zaufaj mi - szepnął i wyszedł z mojego pokoju.


***


Początkowo nie miałem ochoty w ogóle wychodzić z domu, ale Dima nalegał, więc w końcu się zgodziłem. Spektakl teatralny rzeczywiście nieco mnie oderwał od moich czarnych myśli, jednak kiedy tylko się skończył, ocknąłem się z bolesnym poczuciem rzeczywistości. Iwanowicz nie dał mi znów ugrzęznąć w wyrzutach sumienia. W restauracji zabawiał mnie rozmaitymi anegdotkami, wyborem posiłku, wina, a nawet komentarzami odnoście serwetek. Częściowo skupiałem na tym swoją uwagę, ale i tak nie potrafiłem w pełni się rozluźnić i przestać myśleć o niedawnym morderstwie.

Jednak mój kieliszek nigdy nie stawał się pusty, chociaż ciągle z niego piłem. Wkrótce wypity alkohol zrobił swoje i stałem się dużo bardziej rozmowny i mniej spięty. Dima był taki rozgadany i wydawał się taki czarujący... Dałem się wciągnąć w tą głupiutką, prześmiewczą rozmowę. Nie pamiętam właściwie, co Dima dokładnie mówił. Chyba opowiadał jakieś wstydliwe rzeczy o jednym z kucharzy, który tam pracował. Czas mijał, a ja zaśmiewałem się do łez, słuchając o wpadkach, które mi relacjonował.

Kiedy wracaliśmy do domu byłem już całkiem nieźle podchmielony. W całej swej niemocy położyłem głowę na oparciu w samochodzie i starałem się nie zasnąć. Docierał do mnie jego śmiech. Dlaczego i z kogo się śmiał, nie miałem pojęcia. Pomimo tego, mi także zrobiło się zupełnie wesoło.

Kiedy znaleźliśmy się w domu wziął mnie na ręce, co zaowocowało kolejnymi żarcikami, moimi protestami i niekontrolowanym śmiechem. Wkrótce zostałem położony na fotelu, a Dima, ku mojej radości, wręczył mi kieliszek pełen wina. Chwilę rozmawialiśmy, ale zupełnie nie mogłem się skupić. Kątem oka zauważyłem, że w pokoju były zapalone świece.

- Kiedy to zrobiłeś? - zapytałem zdziwiony.

- Przed chwilą. Nie zauważyłeś? - roześmiał się.

Pokręciłem przecząco głową, naprawdę zaszokowany.

- A to zauważysz...? - zapytał uwodzicielsko i zaczął całować mnie po szyi.

Jęknąłem i przyciągnąłem go do siebie. Poczułem jego uśmiech w zagięciu swojego karku. Zaczął zmysłowo się o mnie ocierać i pieścić mnie dłońmi i językiem. Wygiąłem się, aby mocniej go poczuć. Objąłem go nogami, na co zareagował jękiem pełnym aprobaty. Czułem jaki jest twardy i chętny. Wyjął mi kieliszek z dłoni i postawił go na stoliku. Zaraz potem rozpiął mi koszulę i zaczął schodzić językiem coraz niżej. Nie mogąc się powstrzymać, wyrzuciłem biodra do góry.

- Zrób to! - zaskomlałem.

Uśmiechnął się do mnie i przez chwilę drażnił się ze mną, badając językiem skórę tuż pod moim pępkiem.

- Dima... - mruknąłem ponaglająco.

Nie dał się dłużej prosić. Rozpiął mi spodnie i ujął w dłonie moją obnażoną erekcję.

- Lubię to robić - szepnął, co sprawiło, że cały się szarpnąłem z podniecenia.

Polizał mojego członka, najpierw po główce, a potem po całej jego długości. Jego dłoń pieściła moje jądra i co chwilę zahaczała o moje wejście. Nareszcie wziął go całego do ust i zaczął mnie ssać, lizać i lekko gryźć. Jęczałem z rozkoszy, ruszając biodrami w górę i w dół, chcąc jak najmocniej spenetrować gorące i mokre wnętrze jego ust. Szarpałem go za włosy, aby dał mi jeszcze, więcej, szybciej. A on dawał.

Jęknąłem zawiedziony, kiedy wyciągnął go sobie z ust.

- Cierpliwości - szepnął, widząc moje niezadowolenie. - Wypnij się. No, już.

Ściągnąłem z siebie spodnie i uklęknąłem przed fotelem. Ręce oparłem w miejscu, gdzie przed chwilą siedziałem.

Uwielbiałem ten moment oczekiwania, tę chwilę napięcia, zanim Dima wdarł się do mojego ciała. Uwielbiałem tę ostrą przyjemność, kiedy czułem jak jego twardy penis zaczyna wypełniać moje wnętrze. Jęknąłem przeciągle, kiedy zacząłem go czuć. Wypiąłem się mocniej, na co mruknął z zadowoleniem. Syknąłem z bólu i przyjemności, kiedy klepnął mnie w tyłek.

- Doskonale - odparł i zaczął mnie penetrować.

Nie obchodziło mnie już, że pieprzy mnie morderca. Liczyła się przyjemność, którą mi dawał, jego dotyk na moim członku, jego palce w moich ustach...

Jego pchnięcia stawały się mocniejsze i głębsze, aby zaraz potem zmienić rytm w bardziej płytki i szybszy. Szalenie mi się to podobało. Poruszałem biodrami, wychodząc na spotkanie jego męskości. Jego palce najpierw chwyciły mnie za podbródek, a potem znalazły się w moich ustach. Posłusznie je polizałem.

- Jesteś mój, Till... Słyszysz? Tylko mój.

Jęknąłem w odpowiedzi. Wiedziałem, że byłem tylko jego i wbrew wszystkiemu... nie chciałem tego zmieniać.


***


Dymitr był mistrzem w każdym rodzaju manipulacji; psychologicznej, seksualnej, ideologicznej. Podejrzewam, że gdyby nie był, nie zaszedłby tak daleko. Potrafił podejść człowieka z takiej strony i ukazać rzeczy z takiej perspektywy, że zaczynało się je postrzegać w sposób, w jaki on tego chciał. Nawet dziś nie potrafię stwierdzić czy to dobrze czy źle. Manipulacja była pewnym rodzajem pozbawienia wolnej woli, jednak gdyby nie to... Z pewnością postradałbym zmysły już po pierwszym morderstwie. Był sprytny i wyrachowany, chociaż wtedy takie określenia nawet nie przyszłyby mi do głowy. Zapewniał mnie o prawach, których w żaden sposób nie da się nazwać prawami. Dziś wiem, że okrucieństwa i mordu nie da się usprawiedliwić żadną ideologią, ale cóż... byłem wtedy bardzo młody i bardzo zakochany. Nie do końca mogę go skrytykować za propagandę, którą mnie karmił i którą zacząłem w siebie wchłaniać. Bez niej bym nie przetrwał.

Rzecz jasna jeden namiętny seks nie sprawił, że zapomniałem o dotychczasowych wątpliwościach. Wciąż czasem, szczególnie wtedy, kiedy nie patrzył, spoglądałem na niego z przerażeniem. Byłem świadkiem tego, do czego był zdolny i nie mogłem wyrzucić tego z pamięci. Jednak jego namiętność, rady i wyjaśnienia szeptane subtelnym głosem oraz szczere zainteresowanie moją osobą, przytępiły moje wyrzuty sumienia. Znów uczęszczałem na treningi, co również pochłaniało sporą część mojego czasu. Kiedy wracałem, Dima odrywał się od swojej pracy i zabawiał mnie; dobrym seksem, popołudniowym wyjściem czy po prostu ożywioną rozmową. Z czasem dałem się temu kupić. Co innego mógłbym zrobić?

Nie mogę jednak powiedzieć, że cień tamtego wydarzenia zupełnie mnie opuścił i wszystko było jak dawniej. Coś nieodwracalnie się zmieniło. Ja się zmieniłem. Nie widziałem już przed lustrem tego młodego chłopaka, który urodził się w małym niemieckim miasteczku i wychował w głębi Rosji. To wszystko wydawało się być tak daleko za mną. Czułem się od tego oderwany, jakby dotyczyło kogoś innego. Jakby przytrafiło mi się w innym życiu, ale nie teraz, nie tu, nawet nie na tej planecie. Nie raz dotykałem opuszkami palców chłodnej i gładkiej powierzchni lustra, ale nie miałem złudzeń. Wiedziałem, że już nigdy nie przebiję się na drugą stronę.

Mordercze treningi, które podjąłem w Moskwie, ukształtowały mój, do tamtej pory, słaby charakter i uczyniły ze mnie mężczyznę. Tak, Jegor po moim dotychczasowym, mieszczańskim życiu stanowił dla mnie prawdziwą próbę charakteru. Pod wpływem bólu, potu i wylanych łez stałem się silniejszy.

Z chłopca przemieniłem się w mężczyznę, jednak teraz nadszedł czas, aby stać się potworem.

Mówi się, że nic nie przechodzi bez echa i tak też było w moim przypadku. Chociaż nigdy dotąd nie miałem z tym problemów, przestałem sypiać. Leżałem w łóżku, sztywny jak kłoda i napięty jak struna. Całe ciało miałem obolałe od wielu innych nie przespanych nocy. Z przekleństwem na ustach kwitowałem kolejną godzinę, jaką wybijał zegar.

Zabiłem.

Ja... zabiłem.

Chwytałem się za głowę, zamykałem oczy i próbowałem odrzucić od siebie tę myśl.

Jednak to moje własne palce nacisnęły spust. Moja pięść katowała skrępowanego człowieka.

Zachłysnąłem się powietrzem i skuliłem na przepoconym prześcieradle. Raz po raz pytałem siebie: Kurwa, Till, w coś ty się wpakował?!

Przez jedno naciśnięcie spustu, przez ten ułamek sekundy, zmieniło się wszystko. Nie tylko ja. Również moja percepcja świata i mój stosunek do Dymitra. Wcześniej nasza relacja była przepełniona niewinnością, czymś kruchym i delikatnym. Byliśmy jak dwoje młodych ludzi, którzy powoli odkrywają całe piękno, które wynika z miłości. Jednak teraz... Tak, kochałem go nadal, ale... już nigdy nie spojrzałem na niego tak samo.

Wiem, że jego uczucie do mnie również było silne i szczere. Zawsze okazywał mi czułość oraz oddanie i zdaję sobie sprawę, że nikt nie mógłby kochać mnie mocniej, bardziej zapalczywie. Ale co z tego, że kwiaty są piękne, jeśli zostały posadzone na kupie gnoju?


***


Biegłem. Biegłem ile sił w nogach, najwyraźniej bardzo czymś przerażony. Jakaś część umysłu podpowiadała mi, że znajdowałem się w rezydencji, ale wszystko zdawało się inne niż dotychczas. Meble i wyposażenie domu zatraciły swoje kontury, chybotały się lekko, stwarzając dziwny wir. Nie zwróciłem na to uwagi. Nie chciałem. Podbiegłem do drzwi i z całych sił szarpnąłem za klamkę. Ku mojemu zdziwieniu i przerażeniu, oderwała się od drzwi i została w mojej dłoni. Spojrzałem na nią, nie mogąc w to uwierzyć, ale wtedy zauważyłem, że metal zmienia się w coś innego. Z obrzydzeniem odrzuciłem ją na podłogę i pobiegłem dalej. Próbowałem po kolei otwierać kolejne drzwi, ale wszystkie były zamknięte. Czułem, że oblewam się zimnym potem i że ogarnia mnie trudne do opanowania przerażenie.

Rzuciłem krótkie spojrzenie za siebie, jakbym obawiał się, że ktoś mnie goni, jakbym przed kimś uciekał. Za mną znajdowały się schody, a na nich dostrzegłem czarnego kota. Wpatrywał się na mnie swoimi zielonymi ślepiami.

- Grieto...? - ledwo dobyłem swojego głosu, który ugrzązł mi gdzieś w głębi gardła.

Grieta wydała z siebie donośne miauknięcie, nie spuszczając ze mnie wzroku. Zaraz jednak zniknęła na schodach. Pobiegłem za nią, pokonując stopnie kilkoma skokami. Jak się okazało, było to dobrą taktyką, bo chwilę potem rozpłynęły się w powietrzu. Gdy się odwróciłem, już ich za mną nie było.

Nigdzie nie dostrzegałem Griety, chociaż nie potrafiłem właściwie powiedzieć, po co miałbym ją śledzić. Poszedłem przed siebie i otworzyłem pierwsze drzwi, na jakie trafiłem. Za nimi jednak znajdowały się kolejne drzwi. I kolejne. A za nimi jeszcze jedne. Byłem na granicy płaczu, zważywszy na to, że każde drzwi zamykały się za mną, tak, że zarówno za mną jak i przede mną stały drzwi. Nienawidziłem ciasnych pomieszczeń.

- Uwięziony w drzwiach, czy to nie zabawne?! - odezwał się ktoś.

Drgnąłem, nie mogąc zidentyfikować właściciela głosu.

- Kto to?! - krzyknąłem.

Przez chwilę odpowiedziała mi tylko cisza. Potem jednak usłyszałem donośne parsknięcie i z za drzwi, przed którymi stałem, rozległo się pukanie. Przełknąłem ślinę i otworzyłem je.

Moim oczom ukazał się Artur. Cofnąłem się o krok, ale, jak można się domyślić, moje plecy natrafiły na drzwi.

- Znowu ty - wyrzuciłem z siebie z wściekłością i strachem.

- Wiesz, ilu ludzi umierało w labiryntach? - zapytał.

Oblizałem wargi, próbując sobie wmówić, że tylko chciał mnie nastraszyć.

- Zostaw mnie - wyrzuciłem z siebie, siny z przerażenia.

- Nie umieraj w drzwiach i labiryntach. Wstąp lepiej na herbatę. Albo na szklankę czegoś mocniejszego.

Spojrzałem na niego oszołomiony. Uśmiechał się słodko, niewinnie, jak nigdy wcześniej.

- Nie bój się mnie, jestem przecież tylko dzieckiem - odparł i zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, złapał mnie za rękę i poprowadził w głąb pomieszczenia.

W pokoju znajdował się kominek i mnóstwo półek z książkami.

- Ty... nie jesteś dzieckiem - zauważyłem.

- Więc co we mnie dostrzegasz? Mężczyznę? A może potwora? - odparł z tym samym uśmiechem.

- Jedno i... drugie.

Zaśmiał się na te słowa. Mi wcale nie było do śmiechu.

- Nikt jeszcze nie bał się mnie tak jak ty. Pochlebia mi to.

Obnażyłem zęby i nienaturalnie, zupełnie jak w spazmie, wykrzywiłem wargi.

- Kim ty jesteś? Skąd się tu wziąłeś? - pytałem, nie mogąc się powstrzymać.

Mrugnął tylko w odpowiedzi, ciągnąc mnie za rękę w stronę stołu.

- Herbata. Krew. Wino.

- Krew? - zapytałem zdziwiony, nie widząc powiązania.

- Krew i wino. Co za różnica. Krew czy wino? Dla kapłanów to było jedno i to samo.

Zatrzymaliśmy się w połowie drogi i wymieniliśmy się spojrzeniami.

- Ponoć przemieniają wino w krew Chrystusa. Jednak... to tylko symbolizm - zasugerowałem.

- Nie do końca. Transsubstancjacja sugeruje obecność Chrystusa - obnażył rząd swoich drobnych, równych zębów. - Kapłani przemieniają wino w jego krew. Jedno wynika z drugiego. Czy to nie fascynujące? To naturalne powiązanie, Till... Co ta za różnica czy pijesz krew czy wino...?

Zakręciło mi się w głowie i upadłem. Jego drobne ręce podtrzymały mnie nieudolnie. Jakoś zdołałem wstać i doszliśmy do stołu.

Rozległ się kobiecy śmiech i z zaskoczeniem podniosłem głowę. Moim oczom ukazała się Koshka, z kaskadą jej ognistych włosów opadających na piersi. Leżała na sofie, na jednym boku i z głową opartą na dłoni. Zupełnie jak grecka bogini. Miała na sobie długą suknię z wszytym gorsetem w rządek równych, czerwonych serc.

- Mamy gości? Jak to miło. Może by tak ściąć go o głowę? - zapytała, śmiejąc się i bawiąc kieliszkiem.

Artur odsunął dla mnie krzesło z sugestywnym uśmiechem.

- Zostałeś zaproszony na ucztę - odparł w końcu, kiedy wahałem się już zbyt długo.

Usiadłem, wcale nie przekonany tą decyzją.

Artur zajął miejsce po prawej stronie Koshki, a ona pogłaskała go władczym gestem, jak to miała w swoim zwyczaju.

- Jesteś dobrym sługą - odparła. - Ciebie nie rozkażę ściąć o głowę. Tak niewielu dobrych sług w naszym królestwie.

- Kim jesteś, młodzieńcze? Panem czy niewolnikiem? - zapytała, przypatrując mi się uważnie swoim kocim, kalkulującym spojrzeniem.

- Ja... - zacząłem niepewnie.

- To niewolnik, pani - wtrącił się Artur.

Zignorował mój wściekły wzrok, którym go obdarzyłem.

- Ach, niewolnik! Mamy dość niewolników. Każę więc ściąć go! Straże!

Poderwałem się na równe nogi, ale zanim zdołałem uciec, podbiegli do mnie strażnicy i poczułem zimny metal tuż przy gardle. Ręce wykręcili mi na plecach. Zdołałem pochwycić pełen satysfakcji wzrok Artura.

- Nie jestem niewolnikiem! - krzyknąłem, padając na kolana, przyciśnięty przez strażników. - To pomówienie! To spisek!

- Sługo? - zapytała Koshka.

Artur pochwycił manuskrypt leżący na stole.

- Till Lohengrin, potomek Trzeciej Rzeszy, spadkobierca historii pełnej wstydu i bestialskiego okrucieństwa, jest skazany! - wyrecytował.

- Jak mogę być skazany za historię?! To absurdalne! - krzyknąłem, próbując podźwignąć się z kolan.

- Jest skazany za morderstwo! - poprawił się Artur, najwyraźniej z zamierzeniem osiągając taki efekt.

- Skrócić go o głowę! - zawołała Koshka.

Artur podszedł do mnie z butelką wina. Odkorkował ją i wylał jej zawartość na moją głowę.

- Obiecana uczta. Wino jak krew - przypomniał mi, spokojnym, aksamitnym głosem.

- Stać! Poczekać! Chcę rozmawiać z Dymitrem Iwanowiczem! - krzyczałem, szarpiąc się ze strażnikami, którzy najwyraźniej już chcieli wykonać swą powinność.

Koshka leniwie podniosła ze stołu wachlarz i rozsunęła go.

- Ach! Król wybrał się na polowanie! Nie ma czasu na zajmowanie się egzekucją niewolników. Jeden niewolnik mniej, jeden więcej... Straże!

- Nie! - krzyknąłem, wyrywając się i posyłając wściekłe spojrzenie wachlującej się Koshce i stojącemu nade mną Arturowi. Złapałem go za rękaw koszuli, ale odepchnął mnie.

- Plugawy morderca - wyrzucił z siebie.

- Nie! - krzyknąłem, chcąc zrzucić z siebie tę obelgę.

- Chrystus nie ma litości dla takich jak ty.

Zadrgałem, słysząc jego ostry jak brzytwa głos.

Zimny metal zabłysnął nade mną, dostrzegłem jego ruch, ostre wykończenie szabli i niezawodność.

- Nie! Nie! Błagam o ułaskawienie! Nie, ja nie zawiniłem, ja...

- Nie, nie, nie! - krzyczałem wciąż, nie mogąc już dobrać żadnych innych słów.

- Till! Till, obudź się, do cholery! Till, słyszysz mnie?!

Słysząc znajomy głos, poderwałem się z łóżka i zakrztusiłem powietrzem. Wziąłem kilka głębokich wdechów jawy i uwolniłem się z macek okrutnego snu. Kiedy z moich oczu zniknęło szaleństwo, Dima odezwał się niepewnie:

- Wszystko w porządku? - zapytał, wpatrując się we mnie uważnie. Dopiero po chwili zorientowałem się, że trzymał mnie za ramiona.

- Ja... - zacząłem nieskładnie, wciąż mając w myślach błyskawiczny ruch szabli. - Co się stało?

- Krzyczałeś.

Zauważyłem, że w jego oczach kryje się troska i niepokój. Miał na sobie granatową piżamę. Nie wiem, po co zwróciłem wtedy na to uwagę.

- Co dokładnie? - pytałem, czując się niezwykle zakłopotany z tego zawstydzającego faktu.

- Cały czas „nie, nie“ i że jesteś niewinny - poinformował mnie.

Miałem nadzieję, że naprawdę nic więcej nie wydobyło się z moich słów. Chyba spaliłbym się ze wstydu, gdyby usłyszał, jak go wołam przez sen.

- Poczekaj chwilę - odparł i szybkim ruchem pogłaskał mnie po włosach. Skinąłem głową i odprowadziłem go wzrokiem. Pojawił się z powrotem za kilka minut. Niósł szklankę wody i jakieś opakowanie.

Wpatrywałem się w niego zaciekawiony, gdy usiadł na brzegu łóżka. Nie pytał mnie o moje sny. Nie pocieszał. Zdawało się, że doskonale rozumie i że nie potrzeba, aby cokolwiek mówił. Zamiast tego wyciągnął w moją stronę opakowanie i polecił krótko:

- Połknij to.

Spojrzałem na niego pytająco.

- Co to jest?

- Tabletki nasenne. Rozwiążą twoje problemy.

Moje zaskoczone spojrzenie skwitował cierpkim uśmiechem.

- Mam sypialnię tuż obok, Till. Słyszę twoje późnonocne westchnienia i skrzypienie łóżka, kiedy przewracasz się z boku na bok. I w przeciwieństwie do kobiet nie jesteś w stanie ukryć cieni pod oczami.

- Przenikliwy jak zawsze - również zdobyłem się na uśmiech. - Czemu nie dałeś mi ich wcześniej?

- To nie jest zdrowa rzecz, Till. Miałem nadzieję, że ci przejdzie. Ale jak widzę, bez tego cudu medycyny się nie obędzie - wręczył mi opakowanie.

Otworzyłem je i przyjrzałem się tabletkom. Te malutkie, podłużne pigułki miały mi zapewnić spokojny sen?

- Zażywaj zawsze, gdy kładziesz się już do łóżka i nigdy nie mieszaj z alkoholem.

Wziąłem od niego szklankę i zażyłem tabletkę. Wodę postawiłem na stoliku, a opakowanie umieściłem pod poduszką.

- Dziękuję - szepnąłem.

- Nie musisz - odparł i znów się uśmiechnął. - Dobranoc.

Pogładził moją dłoń i wyszedł. Drzwi zamknął delikatnie; subtelnie i cicho, zupełnie tak jakbym już spał.

Westchnąłem głęboko i znów położyłem się na poduszkach. Po dziesięciu minutach moje ciało mimowolnie się rozluźniło. Umysł, który do tej pory zdawał się być ściśnięty mocną, uwierająca pętlą, również roztopił się w błogim ukojeniu. Momentalnie ogarnął mnie sen spokojny i czarny jak śmierć. Cóż to była za rozkosz, zasnąć tak po prostu, bezmyślnie i głęboko. Od tamtej nocy nigdy już nie zmrużyłem oka nie połknąwszy uprzednio małej, czarodziejskiej pigułki. Wyjmując oczywiście te wieczory, kiedy to zmorzył mnie alkohol.


***


Dzień zebrania rady nadszedł miesiąc później, w deszczowy i wietrzny dzień. Wspólnicy Dymitra nie przyjechali o konkretnej godzinie. Wszyscy zjawiali się według jakiegoś tajemniczego, tylko im znanego planu.

Pierwsza przybyła Koshka. Jak zwykle towarzyszył jej Artur, odziany w szaro błękitny płaszcz. Zmierzył mnie przeszywającym, mocnym spojrzeniem, ale nie odwróciłem wzroku. Skąd miałby wiedzieć, że pojawiał się w moich koszmarach?

Marija zostawiła swój parasol w przedpokoju i według wskazań Dymitra udała się do salonu. Nie poszedłem razem z nim. Postanowiłem pozwlekać jeszcze przez chwilę i dołączyć nieco później. Nie byłem w nastroju na pruderyjną wymianę zdań i wymuszone uśmiechy. Wszyscy wiedzieli, że nie jest to spotkanie towarzyskie.

Spoglądałem w okno, przypominając sobie słowa, które dzisiejszego ranka usłyszałem od Dymitra. Siedział przed lustrem, zawiązując sobie krawat i stwierdził z tajemniczym wyrazem twarzy:

- Dziś będzie szczególny dzień.

Zmierzyłem go wzrokiem, ukazując moje niezrozumienie.

- Co masz na myśli?

- Przekonasz się - odparł tylko, zacieśniając granatowy krawat w paski i uśmiechając się do swojego odbicia.

Szczególny dzień. To było ostrzeżenie, przed czymś, co miało się wydarzyć. Byłem czujny, czuły na wszystko, co działo się obok mnie. Dima kwitował to z zadowolonym wyrazem twarzy, najwyraźniej usatysfakcjonowany, że zrozumiałem jego przesłanie.

Krople deszczu smutno spływały po szybie, tworząc łzawe wzory. Drgnąłem, słysząc dzwonek do drzwi. Kierowany ciekawością, poszedłem zobaczyć, kto jest kolejnym przybyszem.

- Kopę lat, Till! - usłyszałem od progu. W drzwiach stał Wasia, żywotny i bezczelny jak dawniej.

- Jak się czujesz? - zapytałem, gdy ten podszedł bliżej, aby poklepać mnie po plecach.

- Całkiem w porządku, wylizuję się z tego w błyskawicznym tempie - zapewnił mnie. - A co u ciebie? Kiedy mogę się spodziewać, że Iwanowicz pożyczy mi cię do jakichś akcji? Nie zamierzasz chyba kolejnych miesięcy spędzić, leżąc na kanapie?

Odwzajemniłem jego zaczepliwy uśmiech i obroniłem się:

- Nie powiedziałbym, że V12 to taka kanapa.

- Ach tam! - machnął ręką. - To jak przedbiegi. To nie jest esencja tego, czego się tutaj doświadcza. Spójrz na mnie - rozłożył ręce, aby zwrócić moją uwagę na swoje niedawne obrażenia.

Skinąłem głową.

- Balansowanie na ostrzu noża - mruknąłem.

Wbił we mnie swoje dzikie spojrzenie.

- Masz pewność, że jesteś do tego stworzony ? - zapytał rzeczowo.

Skinąłem głową, jednak w połowie ruchu odebrało mi pewność siebie i skręciłem ją nieco na bok. Wasia uśmiechnął się na ten niezgrabny gest, ale nie zdążył udzielić mi żadnej uwagi. Z salonu wyszedł Dymitr i przywitał Wasyla krótkim uściskiem ręki.

- Na co czekacie, panowie? Wejdźcie do salonu. Koshka już jest. Czekamy tylko na Godota i Iwana.

Tym razem nie miałem odwołania; nie zdołałem wykręcić się z siedzenia przy ciastkach i brania udziału w nic nie znaczącej rozmowie. Wiedziałem, że słowa ważne mogły paść tylko wtedy, gdy pojawią się już wszyscy. Byłem ciekaw tego zebrania. Nikt właściwie nie wiedział, jaki jest jego główny cel. Rzecz jasna, zawsze znalazły się jakieś działania do omówienia, ale nie miałem pojęcia, co właściwie Dymitr obrał sobie na cel na ten dzień. Milczał jak zaklęty i moje pytania zbywał uśmiechem. Pozostawało czekać; niepewność już niedługo miała mnie opuścić.

Dymitr uśmiechał się, wymieniać zdawkowe uwagi z Koshką i Wasylem, a także ze mną. Artura nie było z nami - domyśliłem się, że Dima nie życzył sobie jego obecności na zebraniu.

Pół godziny później dotarli Iwan i Godot. Dima przywitał się z każdym z nich uściskiem dłoni i zdawkowym uśmiechem. Wkrótce polał się się mocniejszy alkohol, jednak rozmowa jeszcze przez jakiś czas nie zmieniła tonu. Z neutralnym wyrazem twarzy odpowiadałem na pytania i wtrącałem swoje uwagi. Nie byłem już przestraszonym chłopcem i wiedziałem, jak należy się zachować. Siedziałem naprzeciwko Godota i Koshki, którzy rozmawiali o swoich posiadłościach za granicą. Koshka nadmieniała właśnie coś o wspaniałym klimacie Włoch, kiedy ze skumulowanych głosów rozległ się ten najmocniejszy, który bez trudu można usłyszeć nawet w gwarze. Dima oznajmił; „Myślę, że najwyższy czas przejść do ważniejszych spraw“, na co dyskusje wszystkich momentalnie przygasły, aż w końcu zupełnie ucichły.

- Dobrze - podchwyciła Koshka. - Zastanawia mnie, jaki jest dziś główny cel naszych obrad. Czyżbyś odkrył coś znaczącego, Dymitrze?

Dima siedział, jednak robił to w taki sposób, jakby stał, jakkolwiek śmiesznie to nie brzmi. Plecy miał wyprostowane, a łopatki ściągnięte. Wyraz jego twarzy był pewny i niezłomny, jak u kogoś, kto stoi wysoko ponad innymi i w pełni na to zasługuje.

- Dokładnie - odparł, bawiąc się kieliszkiem. - Przejdę od razu do głównego punktu naszego posiedzenia, abyśmy bez zbędnego niepokoju mogli skupić się na reszcie.

Przerwał na chwilę i westchnął. Powiódł wzrokiem po twarzach nas wszystkich.

- Dobrze wiecie, że jesteście dla mnie niezastąpieni. Stanowicie dla mnie prawdziwą rodzinę... Wraz ze swoim doświadczeniem, umiejętnościami i wpływami jesteście najlepsi z mafii moskiewskiej. Istnieją jednak rzeczy, których nie toleruję... - na ułamek sekundy uniósł brwi i wydmuchał powietrze przez zaciśnięte zęby.

Wstał z krzesła i odwrócił się. Podszedł do jednej z szuflad i zaczął w niej czegoś szukać. Mimowolnie powiodłem wzrokiem po twarzach zebranych. Chociaż starali się nie okazać ani cienia emocji, widziałem jak niepokój przelewał się im tuż pod skórą. Napięcie było namacalne i tykało natarczywie, zupełnie jak ukryta pod stołem bomba.

- Jedną z rzeczy, których nie wybaczam jest zdrada - stwierdził spokojnie Dima, wciąż odwrócony do nas plecami. - Panie Stiepan?

Godot, który usłyszał swoje imię, spiął się cały i drgnął.

- Dymitrze, to jakieś nieporozumienie... Nie rozumiem...

Jego słowa przecięły kartki, które z szelestem wylądowały na stole. Godot nie spojrzał na nie od razu. Wpatrywał się w twarz Dymitra, jakby żądał jakichś wyjaśnień, zanim zabierze się za czytanie. Zgodnie ze swoją niemą prośbą, otrzymał je.

- Znajdują się tu przelewy na twoje konto dokonane przez członków Sonłncewa, jak i twój staranny podpis pod przysięgą dyskrecji i wspólnej, jak widać z przelewów, bardzo owocnej współpracy - powiedziawszy to, uśmiechnął się. Był to uśmiech spokojny i cierpki. Krył tlącą się gdzieś w głębi furię.

Godot zachłysnął się powietrzem.

- To pomówienie... To...

- Nie bądź idiotą, Stiepan. Mam ludzi, którzy potrafią orzec czy podpis należy do właściciela czy też nie. Nie bądź taki zaskoczony. Sołncewo również ma swoich zdrajców.

Godot wstał od stołu ruchem szybkim i jakby szarpanym; krzesło z trzaskiem przewróciło się na podłogę.

- Poczekaj, ja... Nie wierz temu! To...

- Żegnam - Dymitr błyskawicznie sięgnął po pistolet, który jak zwykle miał ukryty pod marynarką i strzelił. Zamknąłem oczy, a w uszach odczułem dotkliwy ból.

Gdy je otworzyłem, Godot leżał już na podłodze z krwawiącym ochłapem mięsa zamiast głowy. Czułem, że zbiera mi się na mdłości, ale zdołałem nie okazać po sobie emocji. Serce biło mi jak oszalałe, ale nie spojrzałem na Dymitra ani z obrzydzeniem ani ze strachem. Wiedziałem, że nie mogę sobie na to pozwolić w obecnym towarzystwie.

Koszka siedziała niewzruszona i wolno upiła łyk swojego ginu.

- Od dawna odnosiłam wrażenie, że mamy przecieki. I tylko on wydawał mi się odpowiedni...

- To dlaczego nic nie mówiłaś? - wtrącił się Wasyl. - Mógłbym uniknąć tego „radosnego“ powitania, którym mnie uraczyli przez tego skurwysyna.

- Nie miałam pewności. Byłby to brak profesjonalizmu, oceniać ludzi tak pochopnie...

Nie skupiałem się na ich rozmowie. Zamiast tego wpatrywałem się w zwłoki Godota. Był to jeden z tych obrzydliwych widoków, który mimo wszystko przyciąga wzrok i pragnie się patrzeć. Jeszcze przed chwilą żywy, rozmowny, popijający whisky, a teraz już martwy, nieruchomy, leżący w kałuży krwi...

Do pokoju wszedł ochroniarz zwabiony wystrzałem.

- Posprzątaj to - rozkazał Iwanowicz, wskazując dłonią rozrzucone na podłodze zwłoki.

- Till, przejmiesz wszystkie jego obowiązki - zwrócił się do mnie.

Nie odezwałem się, zapatrzony jak ochroniarz podnosi bezwładne ciało i wynosi je z pokoju. Czy ja za zdradę zapłaciłbym tak samo? A może sprzeciw nie był czymś, czego według Dymitra mógłbym się dopuścić? Może w ogóle nie brał tego za prawdopodobne?

- Till, zrozumiałeś?

- Tak jest - odpowiedziałem i oblizałem usta.

Oto za sprawą śmierci Godota stałem się pełnoprawnym członkiem rady.


* http://www.youtube.com/watch?v=Lud3jpSUe4k

piątek, 9 marca 2012

Rozdział piętnasty



15. Mobilizacja


Niespodzianka! Tym razem udało mi się dokończyć rozdział wyjątkowo szybko i jest to całkiem opasły rozdział ;) W związku z tą niespodzianką mam jedną prośbę! Proszę wszystkich, ale to wszystkich, czytelników o komentarze! Jeśli są tacy, co czytają, a się z tym ukrywają, ich także. Tak w drodze wyjątku przy tym, dość ważnym dla mnie rozdziale. Nie bójcie się, ja naprawdę nie oceniam niczyjego poziomu IQ po tym, co zawrze w komentarzu ;>

Druga sprawa. Jeśli lubicie mój tekst, miło by mi było, gdybyście wkleili linka w swoich ulubionych na blogu/stronie/whatever. Wiem, że kilka osób już tak zrobiło i mam wrażenie, że właśnie stamtąd zawędrowali do mnie nowi czytelnicy. Tak więc, nie dajcie się prosić ;)

Pozdrawiam Was i liczę na opinie, z resztą jak zawsze.





„Come touch me like I am ordinary man
Have a look in my eyes
Underneath my skin there is a violence
Its got a gun in its hands
Ready to make sense of
Anyone, anything “ *


Droga powrotna mijała nam jak koszmar senny. Dymitr sprawiał wrażenie nieustannie strapionego i nieprzytomnego. Prawie się nie odzywał. Czasem udawało mu się wyrwać z tego na moment; jak osobie, która ma koszmary i budzi się na chwilę, żeby nieprzytomnie spojrzeć na świat i znów zasnąć.

Nie powiedział mi wiele na temat tego, co usłyszał przez telefon, jednak informacje były na tyle wstrząsające, że wcale nie musiał. Wasyl odnalazł kryjówkę Sołncewa, ale został ciężko ranny i obecnie leżał w rezydencji Iwanowicza. Jednak to nie to tak poruszyło Dymitrem. Ludzie z Sołncewa spodziewali się intruza, co wyraźnie wskazywało, że w jego szeregach znajdował się zdrajca.

Kiedy wsiedliśmy już do samolotu, Dima niedbale zajął swoje miejsce. W jego pozie było coś rozpaczliwego. Siedział zgarbiony, jedną ręką trzymał się za skroń. Wiedziałem, że przy swoich doradcach nigdy by nie usiadł w taki sposób, jednak w tamtej chwili nie pocieszało mnie to za nadto. Być może wolałbym nawet, aby nie ukazywał przede mną słabości. Jego słabość budziła mój strach. Poddawała bowiem w wątpliwość słuszność moich własnych decyzji. Jak mogłem być pewien, że wybrałem słusznie, idąc za Iwanowiczem, skoro on sam zagubił się na swojej drodze...? Zaraz jednak tłumaczyłem sobie, że jest to chwilowa niepewność i że Dima z pewnością już zaraz zdecyduje, co należy robić.

W pewnym sensie miałem rację; nie minęło wiele czasu zanim zagubienie malujące się na jego twarzy zastąpiła czysta furia. Zacisnął zęby i wysyczał:

- Jak mogłem być taki głupi... Chyba postradałem rozum.

Nie mówił tego do mnie, wyrzucał raczej swoje słowa w próżnię. Zabolała mnie ta uwaga; wiedziałem, że miał na myśli cały ten wyjazd i lekkomyślność z jaką wyjechał z Moskwy. Nagle nasze wspólne chwile straciły swoje pierwotne znaczenie, bo wydarzyło się coś, co owe znaczenie przyćmiło. Zdawałem sobie sprawę, że jest to dziecinna złość na to, że w słoneczny dzień zaczął padać deszcz i szczyt egocentryzmu, ale nie próbowałem nawet z tym walczyć.

- Już słyszę, co mówią żołnierze. Iwanowicza nie ma, kiedy jego najlepsi ludzie niemal zostają zabijani. Nie ma go, kiedy rozstrzygają się sprawy kluczowe. Gdzie, do kurwy nędzy, jest Iwanowicz? - tym razem zwrócił się do mnie, szukając rady, a może zrozumienia.

Niepewnie położyłem mu dłoń na ramieniu.

- Spokojnie. Nikt nie wie, jaka jest prawda.

- Ale ja wiem. To wystarczy. Jak mogłem być taki ślepy? Taki lekkomyślny?

Zacisnąłem usta, słysząc to. Te kilka dni naprawdę wiele dla mnie znaczyło i nie było to przyjemne, gdy wyrażał się w taki sposób. Musiał zauważyć moje rozczarowanie, bo gdy tylko odwróciłem twarz, zwrócił się do mnie pojednawczym tonem:

- Nie odbieraj tego źle - spróbował nadać swojemu głosowi łagodną barwę, jednak w obecnej sytuacji niezgrabnie mu to wychodziło. Nie był w nastroju na tkliwości i nie mógł tego ukryć. - Gdybym mógł, to spędziłbym tam z tobą resztę życia. Ale nie urządza się zabaw podczas bitwy. Próbowałeś mi to tłumaczyć. Ale wolałem zaryzykować.

Widziałem, że miał ochotę mnie dotknąć, ale nie mógł tego zrobić w obecności innych pasażerów. Pokiwałem tylko głową, wciąż z gorzkim wyrazem twarzy. Byłem zły, w taki sposób, jak zły może być rozpieszczony i niedojrzały człowiek; nie mogłem się pogodzić z wydarzeniami, które w sposób brutalny i niespodziewany przerwały moje własne szczęście.



***



Iwanowicz niemal biegiem znalazł się przy drzwiach i otworzył je z takim rozmachem, jakby chciał je znieść z powierzchni ziemi. Bał się, że Wasyl może umrzeć zanim zdąży z nim porozmawiać.

Powaga sytuacji dotarła do mnie dopiero wtedy, gdy znalazłem się przy łóżku Wasii. Jego zwykle rumiana twarz miała kredowy odcień. Ten silny i krzepki mężczyzna leżał teraz zawinięty w prześcieradła niczym małe, nieporadne dziecko. Oddychał z wyraźnym trudem, ale był przytomny. Jego oczy lśniły dziko, jak w gorączce. Otaczała go medyczna aparatura, podawano mu kroplówkę, a w powietrzu unosił się zapach charakterystyczny dla szpitali. Byłem wstrząśnięty. Nigdy w swoim życiu nie widziałem ludzi umierających ani ciężko rannych.

Wasyl zamrugał, jakby nie był pewny kogo widzi. Zaraz jednak odezwał się charczącym głosem:

- Lekarz powiedział... że kula trafiła mnie... dwa centymetry od kręgosłupa. Skurwiele... - uśmiechnął się szeroko i paskudnie, rozradowany, że znów udało mu się przechytrzyć śmierć. Chciał chyba nawet się zaśmiać, ale zamiast tego zakaszlał mocno.

- Gdzie oni są? - Dima natychmiast przeszedł do rzeczy. W chwili obecnej nie obchodził go ani stan Wasyla ani cokolwiek, co tamten miał do powiedzenia na temat nie związany ze sprawą.

- Sprytni są... Dranie...

Na naglące spojrzenie Dimy, w końcu udzielił tak pożądanych informacji.

- Obrzeża Moskwy. Jednak droga nie jest prosta... Przechodziłem podziemnymi kanałami - drżącymi dłońmi sięgnął pod poduszkę i wyciągnął stamtąd pognieciony i brudny zwitek papieru. Bez słowa podał go Dimie. Ten otworzył go i zlustrował wzrokiem. Kątem oka dostrzegłem, że jest to mapa.

- Wiedzieli, że przyjdę. To nie mógł... być przypadek.

Dima skinął głową i schował mapę.

- Kogo podejrzewasz? Z kim ostatnio rozmawiałeś na ten temat? - kontynuował niestrudzenie.

Wasylowi mówienie sprawiało wyraźną trudność, ale nie przerwał rozmowy. Na chwilę spojrzał na mnie, jakby obawiał się mówić w moim towarzystwie.

- To musi być ktoś z rady... Tylko oni wiedzieli... kiedy wyruszam na poszukiwania.

- Wygląda na to, że w moim gnieździe zalęgły się żmije - westchnął. - Dlaczego mnie to nie dziwi?

Nikt mu nie odpowiedział na to, najwyraźniej retoryczne, pytanie. Wasyl uśmiechnął się do mnie, jakby chciał zapewnić, że nic mu nie jest. Czy zdenerwowanie odbijało się na mojej twarzy na tyle wyraźnie, że zdecydował się na taki gest? Odwzajemniłem uśmiech, ale nie miałem okazji nic powiedzieć, bo głos znów zabrał Dymitr.

- Dojdź do siebie, a ja zajmę się sprawą.

- Chyba nie myślisz, że będę tu spokojnie leżeć, podczas gdy ty rozgromisz te gady z moją mapą w ręku? - wypowiedział to na jednym oddechu, zawadiackim, lekkim tonem. Zaraz po zadaniu pytania skrzywił się boleśnie, co najwyraźniej go zirytowało.

Dima oblizał wargi i spojrzał na niego porozumiewawczo.

- Nie mówiłem o wytępieniu tych gadów. Najpierw zajmę się tymi, które są na miejscu.



***

Nigdy przedtem nie widziałem w rezydencji takiego ruchu. Hordy lekarzy niemal potykały się o równie dziś liczną ochronę. Jeden z nich zapewnił nas, że stan Wasyla, pomimo licznych obrażeń, jest stabilny. Powinien dojść do siebie, jeśli tylko nie przytrafi mu się nic „niespodziewanego“. Właśnie w obawie przed tym czymś niespodziewanym to szpital przyszedł do Wasyla, a nie Wasyl do szpitala. Dima wyjaśnił mi, że pomimo posiadania mapy, Wasia będzie niezastąpionym przewodnikiem. Kreski i kropki na papierze nigdy by nie odzwierciedliły tego, co znajduje się w głowie tego jednego człowieka. Sołncewo zdawało sobie z tego sprawę i właśnie dlatego zabito by go za wszelką cenę, gdyby tylko nadarzyła się taka okazja.

Resztę dnia spędziłem, właściwie nie robiąc nic konstruktywnego. Czułem się zagubiony; lekarze i żołnierze kręcący się po posiadłości jawili mi się jako intruzi, którzy zakłócali mój domowy spokój. Wtedy jeszcze nie rozumiałem jednej rzeczy; rezydencja Iwanowicza nie była domem, tylko twierdzą. Miała nie dopuścić do nas zagrożenia, a nie zapewniać spokój.

Tak, czy inaczej, byłem nie mało wytrącony po błogich kilku dniach, które spędziliśmy w Maksimovschina. Czułem się obcy i rozglądałem się po wszystkim, jakbym był to po raz pierwszy. Dlaczego wszystko jawiło mi się teraz w taki chłodny sposób?

Dima gdzieś zniknął na cały dzień, więc bez celu włóczyłem się z pokoju do pokoju. Nikt nie zwracał na mnie specjalnej uwagi, ani ja nie zwracałem uwagi na nikogo. Nie znałem tych ludzi; każdy zdawał mi się podobny do siebie. Pierwszy raz chyba spędziłem tyle czasu na oglądaniu poszczególnych pomieszczeń. Wchodziłem bez pukania, przyzwyczajony do tego, że pokoje nie były zamieszkałe. Nawet Dima rzadko z nich korzystał. Wielkie więc było moje zdziwienie, gdy przekroczyłem próg jednego z salonów i dostrzegłem jakieś poruszenie w głębi pokoju. Momentalnie skierowałem tam wzrok i... moich oczom ukazał się Artur. Siedział na fotelu, z nogami przełożonymi przez jeden podłokietnik i opierając się o drugi.

- Bu - odparł z ironicznym uśmiechem, widząc moje zmieszanie.

- Artur... Co ty tu robisz? - zapytałem, zdziwiony.

- To chyba ja powinienem zadać to pytanie, skoro wszedłeś do mojego tymczasowego pokoju.

Uniosłem brwi, tym razem nie dając wprowadzić się w zmieszanie.

- Jak każdy pies trzymam się blisko nogi mojego właściciela. Tak samo jak ty.

Chociaż wydawałoby się, że przemawia przez niego czysta kpina, w jego oczach nie było ani krzty wesołości.

- Co to za absurdalna uwaga? Nie jestem niczyim psem. Ty chyba też nie?

Przymknął oczy i upewniając się, że uważnie na niego patrzę, kilka razy zaszczekał. Byłem na tyle zszokowany, że nie potrafiłem wydać z siebie słowa. W końcu to znowu on odezwał się pierwszy.

- Tak ci się wydaje. Na razie - leniwie zwlókł się z fotela i idąc w stronę drzwi, na chwilę zatrzymał się przy mnie.

- Wielcy ludzie nie sprowadzają sobie kogoś, nad kim nie mają władzy. Uwierz mi, że ich ego jest na tyle wielkie, że czasem dziwi ich fakt, iż sam ich wzrok czy pstryknięcie palcami nie zamienia innych w kamień.

Zadarł do góry jeden kącik ust i patrzył mi prosto w oczy; miałem wrażenie, że spoglądał przeze mnie na wylot, wychwytując każdą kłębiącą się w mojej głowie myśl. Odwrócił się w stronę wyjścia, ale złapałem go za nadgarstek.

- Stój. Skąd wiesz...? - wypaliłem. Słowa ugrzęzły mi w gardle, ale wypowiedziałem to takim tonem, że z pewnością zrozumiał, o co pytam. Postanowiłem zagrać bezpośrednio. Nie wierzyłem, że może mnie to zgubić. Byłem przekonany, że wiedział o wszystkim. Od czasu, gdy dokonał pierwszej sugestywnej uwagi do tej chwili nic się nie zmieniło.

Znajdował się bardzo blisko mnie. Doznałem absurdalnego wrażenia, że wygląda jak porcelanowa lalka. Jego mleczna skóra i szklane, błękitne oczy zupełnie nie pasowały do takiej osobowości.

- Nie bój się - powiedział. - Nikt się o tym nie dowie. Masz moje słowo.

- Czego chcesz w zamian?

Uśmiechnął się bardzo szeroko, co zaobserwowałem u niego po raz pierwszy. Był to jednak równie ponury uśmiech jak wcześniej.

- Nie jesteś aż tak naiwny na jakiego wyglądasz.

Zacisnąłem zęby na tę kpiącą uwagę, ale nie powiedziałem ani słowa. Nie chciałem go prowokować.

- Teraz nie chcę niczego. Ale nadejdzie taki dzień, kiedy przypomnę ci o sobie. Do tego czasu... możesz być spokojny.

- Skąd mam mieć pewność, że mogę ci wierzyć? - od razu wyraziłem swoją wątpliwość. Artur bynajmniej nie był osobą budzącą zaufanie.

- Skąd...? - powtórzył i mocniej rozwarł oczy. Dostrzegałem odbicie swojej twarzy w jego źrenicach. - Bo nie mam żadnego powodu, aby cię niszczyć. Oprócz tego... Szkoda mi cię.

Rozchyliłem lekko usta, doznając wrażenia, że się przesłyszałem. Artur jednak po chwili kontynuował, rozwiewając moje wahanie.

- Władcy, królowie, cesarze... Zawsze sprowadzali do swoich pałaców jakieś egzotyczne zwierzęta. Nie słyszałem jednak nigdy, żeby jakiś okaz dobrowolnie oddał się w niewolę.

Zadrżałem na te słowa. Dlaczego nie potrafiłem zachować przy nim twarzy? Dlaczego jego spojrzenie odbierało mi całą pewność siebie...?

- Naucz się panować nad mimiką. Inaczej nie tylko ja rozgryzę cię bez trudu, tylko każdy.

Nie odpowiedziałem na tę gorzką, zawstydzającą radę, tylko kontynuowałem jego myśl.

- Mylisz się. To tak nie wygląda - próbowałem się bronić. Nie wiedziałem, co jeszcze mógłbym powiedzieć, ale mój wyraz twarz prawdopodobnie oddał wszystko, co w tamtej chwili czułem.

- Więc powiedz mu, że chcesz odejść. Nie dojdziesz nawet do końca korytarza.

Pokręciłem głową na te słowa. Nie chciałem tego słuchać, nie mogłem tego do siebie przyjąć.

- Zamilcz już.

- Prawda to bolesna rzecz. Kiedy jednak dojdzie do ciebie w całej swej okazałości, zaboli cię dużo bardziej.

Huczało mi w głowię i czułem, że moje serce zaczęło bić szybciej, coraz szybciej, panicznie...

- Dlaczego mi to mówisz? - zapytałem.

- Już ci powiedziałem... Szkoda mi cię. Myślę, że ta rozmowa dobiegła już końca. Możesz już puścić moją rękę.

Poczułem, że cały płonę ze wstydu i upokorzenia, kiedy zauważyłem, że wciąż ściskam jego nadgarstek. Uwolniłem go, nie mogąc nawet spojrzeć mu w oczy. Gdy doszedł do drzwi, dobiegł do mnie jego głos:

- Nie bój się mnie. Nie musimy być wrogami.

Klik. Drzwi się zamknęły, a ja pozostałem sam z moimi nerwowymi myślami i zszarganą godnością.



***



Do wieczora zajmowałem się różnymi, prozaicznymi rzeczami, aby odgonić od siebie niechciane myśli. Jednak trucizna, którą wlał do mojego serca Artur, zalęgła się tam na dobre. Po stokroć próbowałem sobie wmówić, że każde jego słowo było misterne jak pajęczyna i zapewne miało ściśle określony cel. Jednak krótkie i dobitne „Nie doszedłbyś nawet do końca korytarza“ wciąż dźwięczało mi w głowie i odbijało się tępym echem. Wiedziałem, że miał rację.

Powiedział mi prawdę, nie mogłem tego zanegować w żaden sposób i chyba to najbardziej mnie bolało. Myślami powróciłem do dnia, kiedy zdecydowałem się na tę niewolę. Zamknąłem oczy i przypomniałem sobie pełne powagi, głębokie spojrzenie Dymitra. „Jakbyś potem nie prosił, nie płakał i nie błagał mnie, żebym puścił cię do domu… nie będę mógł." - mówił - „Pod żadnym pozorem już z tego nie wyjdziesz.“ Mroźny dzień w Hamburgu, kiedy postanowiłem sprzedać swoją wolność w zamian za jego bliskość. Czy jednak do tej pory myślałem o tym w taki sposób? Każdy dzień u jego boku był bardziej jak błogosławieństwo, niż przekleństwo. Nie mogłem wrócić do domu. Tylko... ja wcale nie chciałem tam wracać. Mój dom... był teraz tutaj, w Moskwie, czyż nie? Dom, który dzieliłem z Dimą.

Ponure myśli i długa podróż, którą wcześniej odbyłem, dały mi się we znaki i położyłem się do łóżka stosunkowo wcześnie. Wtulony w miękkie poduszki zdołałem się rozluźnić i zapaść w sen. Był to sen bez snów; głęboki, mocny, relaksujący. Zapewne trwałby do rana, gdyby nie odgłosy, które rozbudziły mnie z rozkosznego letargu. Zanim odzyskałem świadomość, właściwie nie potrafiłem ich zidentyfikować. W końcu otworzyłem oczy i moim oczom ukazał się Dima, który najwyraźniej dopiero co wrócił do rezydencji i nie miał zamiaru zachowywać ciszy. Zmarszczyłem brwi i zaspanym, zachrypłym głosem, zaprotestowałem:

- Dima... Dlaczego jesteś tak głośno...?

W pierwszej chwili doznałem wrażenia, że nie usłyszał. Stał na przeciwko mnie, nie poruszając się wcale. W pokoju było ciemno i nie widziałem jego twarzy. Pomyślałem, że to dziwne, ale byłem zbyt otumaniony, żeby uczynić jakiś elokwentny komentarz.

Dymitr nie odezwał się, tylko wolnym ruchem zdjął z siebie krawat i zrzucił go na podłogę. Zdało mi się, że w tym geście było coś nerwowego, a nawet naglącego. Nie pomyliłem się. Wspiął się na łóżko i uprzednio odkrywszy kołdrę, położył się na mnie. Jego ręce zacisnęły się na moich biodrach. Pachniał papierosowym dymem, prochem i obłędem.

- Dima...? Znalazłeś zdrajcę? - zapytałem niepewnym tonem.

- Ciiii... - szepnął i położył mi palec na ustach. - Wokół zdrajcy... już zacieśnia się krąg. Nie myśl teraz o tym - polecił mi, wkładając jedną dłoń pod moją koszulę. Dotykał mnie mocno, pewnie, zachłannie. Odczuwałem gorąco, które biło z jego ciała. Nachylił się nade mną i polizał mój policzek.

- Teraz...? - zapytałem sceptycznie. W powietrzu unosiło się coś dziwnego, obcego, choć nie potrafiłem należycie tego zdefiniować. Ta atmosfera budowała ostre, ponure napięcie, zostawiała metaliczny posmak na końcu języka. Była odpowiedzialna za moje wahanie.

- Muszę...- szepnął naglącym tonem i położył dłoń na moim kroczu. Ścisnął mnie zachęcająco, na co moje ciało natychmiast zareagowało, wbrew wcześniejszym wątpliwościom. Wygiąłem się w stronę jego dłoni, co przyjął z szerokim uśmiechem.

Masował mojego penisa, dopóki nie stałem się zupełnie twardy. W między czasie całował mnie zachłannie, wpychając mi język głęboko w usta i nie pozwalając mi odetchnąć. Z trudem łapałem powietrze, ale nie zwalniał tempa. Sprawnym ruchem ściągnął ze mnie spodnie. Jego dłonie powędrowały na moje pośladki, ściskając je mocno i rozchylając. Czekałem na jego dalsze działania, oczekująco, z mocno rozchylonymi nogami. I tak, wiedziałem, że rozładowuje na mnie swoje napięcie, ale nie mogłem już nic na to poradzić. Jego dotyk, żarliwe spojrzenie i stercząca, ocierająca się o mnie erekcja, skutecznie odebrały mi mowę i pozbawiły mnie jakiejkolwiek możliwości sprzeciwu. Jęknąłem zachęcająco, kiedy palcami rozpychał moje wejście, a ja potrafiłem już myśleć tylko o tym, że zaraz mnie weźmie i poczuję go w środku. To był dziki, szybki seks i stanowił dla mnie coś zupełnie nowego. Bez czułości czy powolnych pieszczot, tylko mocno, gwałtownie, jak najprędzej. Podobało mi się. Kiedy wpychał się we mnie coraz głębiej, trzymałem jego twarz tuż nad sobą, tak, że przez cały czas patrzył mi w oczy. Przyjmując jego mocne pchnięcia, obserwowałem burzę, jaka się w nich rozgrywała. Widziałem rozkosz, a właściwie preludium orgazmu, widziałem pożądanie, desperację i szaleństwo.

Łączyłem się z nim w tej szamotaninie, wpasowując się w jego rytm i dając mu jeszcze większą rozkosz. Przymknął powieki i rozchylił usta, pogrążony w ekstazie, oczekujący na nadejście szczytu. Wkrótce doszedł; z krzykiem i grymasem na jego zlanej potem twarzy. Jego ciało zadrżało spazmatycznie i wolno oblizał wargi, choć chyba nie był tego świadomy.

Kiedy jego usta zamknęły się wokół mojego członka, cały świat i wszystkie jego prawa przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Nagle Artur wraz ze swoimi słowami stał się małą, nic nie znaczącą figurką, dryfującą gdzieś na linii horyzontu. Był tylko ten moment, ta promieniująca na całe ciało przyjemność i nic innego mnie nie obchodziło.



***



Pomimo tego, że dni stawały się coraz dłuższe i cieplejsze, wszystko nabrało szarawych kolorów. Koshka wraz z Arturem wyjechali dzień po naszym powrocie. Treningi w jednostce stały się dużo trudniejsze i bardziej wyczerpujące, zapewne za sprawą decyzji Dymitra. Wiedziałem jednak, że nie jest tak tylko w moim oddziale. Wszyscy nowi dostawali w kość, aby przygotować ich do prawdziwych i trudnych akcji.

Byłem w dobrej formie, mniej więcej na tym samym poziomie co Nina i Arsen. Kiedy wspominam tamten okres, mam przed oczami tę ciężką harówkę i właściwie nic więcej. Trenowaliśmy bez ustanku. Często nawet po treningach umawialiśmy się w trójkę i walczyliśmy. Kiedy byłem sam ćwiczyłem strzelanie do celu. Ludzie stali się poważniejsi, bardziej agresywni i nerwowi. Każdy zdawał sobie sprawę, że już niedługo doświadczymy „akcji“, której tak pragnęła Nina. Pomimo wcześniejszego entuzjazmu, nawet ona zachowywała się teraz jak zwierzę zagonione w kozi róg i oczekujące na cios. Kiedy jednak ten cios miał nadejść - o tym nikt nie miał pojęcia. Wiedziałem, że niedługo, więc pragnąłem przygotować się jak najlepiej. Zdawałem sobie sprawę, że tylko tak uniknę śmierci.

Gdy wracałem wieczorem do domu, zasiadałem przy kuchennym stole i spożywałem późny posiłek. Dima często pojawiał się wtedy w kuchni i wpatrywał się we mnie z milczeniem. Byłem brudny, posiniaczony i z trudem utrzymywałem sztućce. Jego spojrzenie miało w sobie coś ponurego, jak i zdecydowanego. Czasem myślałem sobie, że tak właśnie patrzy matka na pisklęta, które lada moment musi wypchnąć z gniazda.

Był piątek i byliśmy umówieni z Niną na wspólny trening. Arsen uprzedził nas, że nie przyjdzie, wymawiając się, że ma jakieś sprawy do załatwienia. Padał deszcz, ale nie przyszło mi nawet do głowy, aby zapytać Ninę czy trening jest aktualny. Z pewnością wyśmiałaby mnie, wytykając, że boję się deszczu. Nie znałem w swoim życiu wielu kobiet takich jak Nina. Była silna, zaborcza, z szaleńczym uporem budowała sobie swoją pozycję i za nic nie dawała się z niej wypchnąć. Miała ciągłą potrzebę udowadniania, że jest coś warta i że nie ma zamiaru za nic przepraszać. Nie stanowiło to nic dziwnego; jako jedna z niewielu kobiet w męskim oddziale na początku była całkowicie lekceważona. Wszystko co osiągnęła, zdobyła własnym wysiłkiem i uporem.

Taka sama była podczas walki.

Na początku przez chwilę stała przede mną, przeszywając mnie wzrokiem. Wytrzymałem jej spojrzenie, odwdzięczając się podobnym. Odwrócenie wzroku już świadczyłoby o przegranej. Przez te wszystkie miesiące niemal codziennie słyszałem, że źródło siły tkwi w psychice, nie w mięśniach.

Walka zaczęła się od jej szybkiego uderzenia, które bez trudu sparowałem. Kopnąłem ją w udo, ale ona również zablokowała. Co działo się potem, trudno zrelacjonować. Atakowaliśmy się bez przerwy; nie było chwili na odpoczynek, ani miejsca na jakiekolwiek reguły. W pewnym momencie Nina wyciągnęła nóż i zaatakowała mnie. Byłem zszokowany, ale zawahałem się tylko przez ułamek sekundy. Nie na tyle długo, aby pozwolić jej się zranić. Wykonałem unik, zaraz potem następny, ciągle cofając się w tył. Szybkim kopnięciem spróbowałem wytrącić jej nóż z dłoni, ale zasłoniła się ramieniem. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Zupełnie już mokre od deszczu kosmyki przylepiły się jej do policzków. Mięśnie jej twarzy były napięte, oczy czujne i pełne ognia. Zaatakowała znowu, błyskając mi nożem tuż przed oczami. Podstawiłem jej nogę, czego najwyraźniej się nie spodziewała, bo z hukiem runęła na ziemię. Nie przepuściłem tej okazji. Rzuciłem się na nią, próbując wyrwać jej nóż. Przez chwilę mocowaliśmy się ze sobą, zapalczywie, wkładając w to całą siłę. Udało mi się wyrwać jej broń i odrzucić ją poza pole jej zasięgu. Niefortunnie nieco rozciąłem sobie przy tym rękę. Nina przyłożyła mi z pięści w twarz i można o tym ciosie powiedzieć wszystko, oprócz tego, że było to kobiece uderzenie. Zamroczyło mnie, a zanim zorientowałem się, co się dzieje, uderzyłem już plecami o podłoże, wyczułem na sobie jej ciężar i kolejne mocne uderzenia. W końcu odzyskałem zdolność działania i stosując znane mi chwyty, zrzuciłem ją z siebie. Deszcz nasilał się, całkowicie przemaczając nasze ubrania. Nikt z nas jednak tego nie zauważył; istniała tylko ta walka i pragnienie zwycięstwa.

Przestałem myśleć; byłem skupiony wyłącznie na gradzie kopnięć i uderzeń, które wymienialiśmy, zdawałoby się, przez całą wieczność. W płucach mnie rwało, całe ciało miałem obolałe od razów, które otrzymałem. Nie mogłem jednak przestać; tu chodziło o honor, o udowodnienie swojej siły. Gdybym dobrowolnie się wycofał, nigdy nie przestałaby patrzeć na mnie jak na tchórza, jak na gorszą formę bytu. Potyczka była trudna, ale była to nasza świadoma decyzja. Stawialiśmy na symulację prawdziwej walki, takiej, która prędzej czy później na pewno nas spotka. Bez sportowych reguł, bez kompromisów. Nina walczyła jak oszalała, ale bardzo dobrze ją rozumiałem. Bała się prawdziwego starcia; miała pewność, że ja nie rozoram jej oka jej własnym nożem, ale prawdziwy przeciwnik... mógł to zrobić bez najmniejszego zawahania.

Nagle na placu rozległ się jej przeraźliwy krzyk. Wykręciłem jej rękę, jak się okazało, stanowczo za mocno. Puściłem ją, jednak nie przestawałem być czujny. Nie miałem pewności czy nie jest to jakaś zagrywka, aby zaatakować mnie z zaskoczenia. Kiedy jednak Nina osunęła się na ziemię z twarzą wykrzywioną bólem, nie miałem już wątpliwości.

- Nina...? - zwróciłem się do niej.

- Kurwa... - warknęła, przecedzając słowa przez zęby. - Znowu. Wygrałeś.

Otworzyła usta, przejęta bólem.

- Co się stało? - zaniepokoiłem się.

- Chyba wybiłeś mi bark.

Kobiece ciało jest takie delikatne, pomyślałem. Za nic jednak nie odważyłbym się powiedzieć tego na głos. Byłaby w stanie znokautować mnie nawet z jedną sprawną ręką.

- Odprowadzić cię do domu? - zaproponowałem.

Uśmiechnęła się do mnie krzywo.

- To nie miejsce na odwalanie grzeczności i zgrywanie gentlemana. Poradzę sobie - zapewniła, wstając z ziemi.

Bardzo ją bolało, bez trudu to zauważałem. Już otworzyłem usta, ale uprzedziła moje słowa.

- Tylko nie przepraszaj! - odparła, kiwając wskazującym palcem, jakby udzielała mi reprymendy.

Uśmiechnąłem się w odpowiedzi.

- Wiedziałam, że miałeś zamiar. I jeszcze jedno, Till... Gdybyś nie odrzucił tego cholernego noża... Mógłbyś mnie zabić. Wiesz o tym?

- Chwyciłem go w taki sposób, że nie mógłbym nim zaatakować.

Nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Zamyślona, pokiwała tylko głową, z pewnym rodzajem pochwały.

- To dobrze... Musisz pozbyć się... skrupułów. Być zwierzęciem. Nie chciałabym żeby cię od razu zabili, bo okażesz się za miękki. Nie rozczaruj mnie, Lohengrin.

Znów skinąłem głową, przyjaźnie patrząc jej w oczy. W geście pożegnania uniosła zdrową rękę i zaczęła się oddalać. Po drodze podniosła z ziemi swój nóż.

Ja musiałem iść w drugą stronę. Dopiero wtedy, gdy emocje opadły, zorientowałem się w jakim jestem stanie. Ból nie był paraliżujący, ale wyjątkowo dokuczliwy. Kulałem na jedną nogę. Byłem cały umorusany w błocie i łuk brwiowy mi krwawił.

Kiedy wszedłem do domu, Dima akurat znajdował się w przedpokoju. Zmierzał właśnie z kubkiem kawy do swojego gabinetu.

- Kto cię tak urządził, Till? - zapytał, po części zszokowany, odrobinę rozbawiony.

- Nina Andriejewna - odparłem, ściągając zabłocone buty.

Wykrzywiłem się z bólu, ale nie usiadłem. Nie chciałem wyglądać niezdarnie.

- Andriejewna... - zamyślił się Dima. - Będzie dobrym żołnierzem.

Spojrzałem na niego zdziwiony.

- Obijają mi się o uszy informacje o nowych rekrutach i ich postępach. Muszę wiedzieć, kogo stawiać na pierwszej linii frontu jako mięso armatnie, a kto zasługuje na to, aby go oszczędzić.

Zabrzmiało to wyjątkowo paskudnie, ale nie skomentowałem. W mojej głowie odezwały się słowa Niny „...pozbyć się skrupułów. Być zwierzęciem.“ Czy to... było właściwe? Nie, właściwe nie było w żadnym razie, ale za to jak najbardziej konieczne.

Buty niezgrabnie walnąłem w kąt i podszedłem do Dimy. Wyjąłem mu z rąk jego kubek i upiłem łyk kawy.

- Za dużo słodzisz - skrzywiłem się nieznacznie.

- A ty za mało - odparł z uśmiechem. - Umyj się. Potem zrobię coś z tą paskudna raną.

Zamilkł, po czym pokręcił głową z udawanym niedowierzaniem i zacmokał.

- Till, Till... Tak się dać kobiecie załatwić.

Spojrzałem na niego wyzywająco. Zemstliwie i z pełnym spokojem upiłem kolejny, bardzo duży łyk z jego kubka. Potem odparłem:

- Nie pozostałem jej dłużny. Obawiam się nawet, że na jakiś czas dostanie lekarskie...

Dima z zaciekawieniem uniósł brwi i czekał na moje dalsze słowa.

- Chyba wybiłem jej bark... Tak to wyglądało.

Pokiwał głową z uznaniem i odebrał ode mnie swoją kawę.

- Trochę szkoda. Ale i tak to, co robicie jest ważniejsze nawet od treningów w oddziale. Słyszałem, że ta kobieta to prawdziwa wariatka. Dużo się możesz przy niej nauczyć.

Skinąłem głową.

- Dziś zaatakowała mnie z nożem.

Roześmiał się na te słowa.

- A to ci dobre.

Nachyliłem się do niego, tak, że prawie zetknęliśmy się nosami i powiedziałem z przekąsem:

- Tak cię rozwesela, że mogła mnie poćwiartować przy odrobinie szczęścia?

- Nie poćwiartowałaby - pacnął mnie w nos. - Jesteś na to za dobry.

- Skąd wiesz? - zapytałem ze śmiechem.

Myślałem, że drażni się ze mną, ale odpowiedział na moje pytanie bardzo poważnym tonem:

- Till, jestem na szczycie tej misternej konstrukcji, którą wybudowałem. Widzę wiele.

Uśmiech zszedł mi z twarzy, gdy to usłyszałem. Poczułem się zakłopotany, a jednocześnie zrobiło mi się naprawdę przyjemnie z powodu tej oczywistej pochwały. Uśmiechnąłem się znowu - promiennie, dziecięco, z całą mocą. Dima przymknął oczy na ten niewinny, radosny uśmiech; wyraźnie był mu nie w smak.

Dotknął dłonią mojej twarzy i zostawił ją tam na chwilę.

- Wkrótce przyjdzie czas na test. Wiesz... co to znaczy? - taksował mnie spojrzeniem, jakby chciał odczytać odpowiedź z moich oczu, nie z słów.

Skinąłem głową, choć nie do końca wiedziałem, o czym mówił. Miałem w głowie tylko mgliste pojęcie, co mógł sugerować. Czy myślał o pierwszej akcji? Czy może o torturowaniu więźniów, o którym słyszałem od Arsena? Bałem się zapytać.

Spoglądał na mnie jeszcze przez chwilę, ale nie powiedział nic więcej. Za jego oczami czaiło się jednak coś surowego, niebezpiecznego, natarczywego. Bez trudu to wychwyciłem i zapamiętałem.

- Idę - uśmiechnął się i skinął do mnie głową.

Patrzyłem na niego, gdy znikał na schodach. Miałem wrażenie, że otacza go ponura i nieprzyjemna aura. Aura, która wiele mówiła o teście do którego przyjdzie mi przystąpić.



***



To był chłodny i deszczowy dzień. Otworzyłem oczy o szóstej rano. Na początku, w tym momencie, kiedy człowiek już nie śpi, a wciąż nie jest obudzony, pomyślałem, że przyczyną mojego przerwanego snu były krople deszczu, które wściekle bębniły o parapet. To było tylko kilka leniwych, sennych sekund zanim dzień tak naprawdę się zaczął i nabrał tempa. Kilka chwil, w ciągu których samolot startuje, aby rozpocząć długą drogę, na końcu której ma runąć prosto w przepaść.

Zmarszczyłem brwi. Zdało mi się, że słyszę coś, co przecina monotonny odgłos deszczu. To były... krzyki. Czyjeś krzyki, rzucane rozkazem słowa... Gdy w pełni zdałem sobie z tego sprawę, poderwałem się z łóżka. Gdzie...? Chyba na zewnątrz... Podszedłem do okna i moim oczom ukazała się zaskakująca scena. Przed domem stał Dima, który szarpał się z jakimś człowiekiem. Dwóch innych mężczyzn pomagało Iwanowiczowi, starając się unieruchomić pojmanego. Nie trwało to długo. Dima uderzył osobnika z pięści prosto w szczękę, co zaowocowało jego upadkiem. Pozostali rzucili się na niego i w ciągu kilku sekund skrępowali go. Podnieśli go za ramiona i niezbyt subtelnie zaciągnęli do wnętrza rezydencji.

Jeszcze chwilę stałem przy oknie, zastanawiając się, co to właściwie znaczy i co powinienem myśleć. Zdawałem sobie sprawę, że scena, którą przed chwilą widziałem jest w jakiś sposób ważna; na pewno nie chodziło o jakiegoś rzezimieszka, który miał zamiar okraść luksusową rezydencję Iwanowicza.

Zszedłem na dół, chcąc odnaleźć Dimę. Na korytarzu trafiłem tylko na dwóch ludzi, których dostrzegłem z okna, ale po Iwanowiczu nie było nawet śladu. Z ich wypranych z emocji twarzy nie potrafiłem niczego odczytać.

- Gdzie jest Dymitr? - zapytałem po prostu, choć zdawałem sobie sprawę jak niezgrabnie to zabrzmiało.

Przybysze jednak kojarzyli mnie ze słyszenia. Coś się im obiło o uszy, że w rezydencji mafijnego króla przebywa obecnie jego młody adept. Nie byli zdziwieni, a przynajmniej nie dali tego po sobie poznać.

- Pan Rodionov jest teraz zajęty - usłyszałem wymijającą odpowiedź.

- Jak bardzo? - zapytałem z natarczywym spojrzeniem.

- Wystarczająco, aby nie mógł się odrywać od swojego zajęcia. Poinformuję go, że pan go oczekuje.

Skinąłem głową, widząc, że nic nie wskóram i zdając sobie sprawę, że dalszy upór byłby po prostu śmieszny. Nie miałem przecież nic istotnego do powiedzenia, nawet jeśli Dima wyłoniłby się teraz z pomieszczenia, w którym aktualnie przebywał.

- Dobrze. Mógłbym wiedzieć, co tu się dzieje? Słyszałem jakieś niepokojące hałasy.

Odwróciłem się już w stronę schodów, chcąc uzyskać wrażenie, że pytanie zostało zadane mimochodem, z umiarkowanym zainteresowaniem. Nie chciałem wyjść na rozhisteryzowanego chłopca, który zasypuje wszystkich w około masą pytań.

- Pan jest tym młodym rekrutem na szkoleniu, czy tak? - zwrócił się do mnie jeden z nich.

Skinąłem głową.

- Pan wybaczy, zapomniałem nazwiska...

- Lohengrin.

- Ach, tak! Lohengrin - pokiwał głową w zamyśleniu, jakby coś analizując. Zapewne to, jak wiele może mi powiedzieć. Biorąc jednak pod uwagę, że tu mieszkałem, stwierdził chyba, że może uszczknąć rąbka tajemnicy.

- Udało się nam schwytać bardzo znaczącego człowieka. Pan Iwanowicz właśnie przeprowadza z nim... rozmowę kwalifikacyjną - przy ostatnich słowach człowiek uśmiechnął się porozumiewawczo.

Ja jednak nie zrozumiałem.

- Rozmowę... kwalifikacyjną...? Na co ma niby zostać zakwalifikowany?

- Na listę żywych... bądź martwych.

Mężczyzna uśmiechnął się o wiele mocniej, najwyraźniej ucieszony z własnego żartu.

Nie powiem, że ta informacja mną wstrząsnęła. Przebywałem już zbyt długo w tym środowisku, abym mógł poczuć się zaszokowany. Odczułem jednak dojmujący niepokój gdzieś na dnie żołądka, który kołatał się we mnie nieznacznie i od czasu do czasu podchodził do gardła.

- Dziękuję - odparłem i udałem się do swojej sypialni.



***



Godziny mijały jedna za drugą, a ja właściwie nie potrafiłem pojąć, na co czekam. Zaistniały bezruch doprowadzał mnie do furii, a jednocześnie myśl o jakimkolwiek ruchu wywoływała we mnie wstręt.

Dlaczego obecna sytuacja wywoływała we mnie takie emocje? Przecież doskonale wiedziałem, czym się zajmuje Dymitr Iwanowicz Rodionov, który od dawien dawna stanowił dla mnie zarówno początek mojego świata jak i jego koniec. Nie, żeby nic innego w moim życiu się nie liczyło; po prostu on był niczym dwa równoleżniki pomiędzy którymi się znajdowałem. Wyznaczał rytm mojego życia jak i jego cel. Tylko, jakiś cudem, w ciągu tych wszystkich miesięcy nie poświęciłem ani dnia na rozważania, że mój najwspanialszy przyjaciel macza dłonie w cudzej krwi.

Tamtego dnia również niewiele na ten temat pomyślałem. Byłem całkowicie zdekoncentrowany i biernie przyglądałem się niebu za oknem. Wzrok miałem właśnie zawieszony na chmurach, gdy do mojego pokoju rozległo się pukanie. Drgnąłem mocno, prawdę mówiąc, prawie podskoczyłem na łóżku. Opanowałem się jednak bardzo szybko.

- Proszę - odparłem pewnym, mocnym głosem.

Do środka wszedł Dima. Był spokojny. Jak zawsze dobrze ubrany. Zdawało mi się jednak, że dostrzegam w nim jakąś zmianę. Chociaż nie była ona namacalna, wiedziałem, że się nie mylę. Zupełnie jakby zaszła tuż pod jego skórą; chociaż wizualnie okazała się nieosiągalna, wyczuwałem ją bez trudu.

- Słyszałem... - zacząłem, ale Dymitr mi przerwał.

- Wiem. Pozwól ze mną.

Jego głos był dziwny; jeszcze go nie słyszałem takiego. To nie był Dima, który z czułością badał moje ciało, który nie skąpił mi pieszczot. To był Dima, którego należało się bać i któremu pod żadnym pozorem nie należało się sprzeciwić.

Podszedł do mnie i włożył mi w dłonie pistolet. Do tej pory nie zauważyłem, że go trzymał. Zimny metal zaciążył w moich rękach.

Spojrzałem na niego, zapewne z całym lękiem, jaki wówczas odczuwałem.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytałem, a mój głos nie zawierał w sobie już ani odrobiny wcześniejszej pewności siebie.

- Że pora na praktyczną lekcję.

Zapadła cisza. Wciąż stał nade mną. Wolno podniosłem na niego wzrok. Jego sylwetka wydała mi się wówczas wysoka, upiorna i nieruchoma. Kobaltowe oczy były zwężone i niezwykle surowe. Wyczytałem z nich jedno; że to nie pora, aby zrobić krok w tył.

- Ostrzegałem cię, Till. Od samego początku - odparł, widząc moje wyraźne wahanie. - Pamiętasz jakie zadałem ci pytanie... wtedy, w Hamburgu?

Wolno pokiwałem głową. W gardle mi zaschło i czułem, że serce zaczęło tłuc mi się w piersi. Nagle zrobiło mi się zimno.

- Powiedz - nalegał.

- Zapytałeś... czy umiałbym zabić człowieka - odparłem i doznałem psychodelicznego wrażenia, że echo moich własnych słów odbiło się w mojej głowie.

- I co odpowiedziałeś? - kontynuował.

- Że... tak.

Przytaknął. Wyciągnął rękę w moją stronę . Wciąż się wahałem i nie wstałem od razu. Dima wydał mi się taki wielki, pełen mocy... dziwnie odległy.

- Będę cię wspierał. Zawsze - szepnął, chcąc dodać mi odwagi. Zacisnąłem zęby i wsunąłem wolną dłoń w jego dłoń.

Była ciepła i wilgotna. Doskonale to odczułem, bo swoje własne miałem zimne i prawie skostniałe.

Podczas drogi właściwie nie potrafiłem myśleć. Jak we śnie wyminąłem mężczyzn, z którymi wcześniej rozmawiałem i zeszliśmy do piwnicy. Nigdy przedtem tam nie byłem.

Dima otworzył mosiężne drzwi i gestem zaprosił mnie do środka. Z wewnątrz dochodziła do mnie tylko ciemność i dziwny, nieznany mi odór. Mieszanina jakichś chemikaliów, bólu i strachu. Przynajmniej teraz tak o tym myślę. Poczułem się zdezorientowany. Zauważyłem, że pomieszczenie było bardzo duże, ale moje oczy tak naprawdę nie przyzwyczaiły się jeszcze do ciemności. Nie musiały. Dima podszedł do ściany i nacisnął włącznik światła. Chwilę potem słaby blask jarzeniówki wypełnił pomieszczenie i... zamarłem.

Do krzesła został przywiązany człowiek. Znajdował się w takim stanie, że właściwie trudno było ocenić jak mógł wcześniej wyglądać lub w jakim był wieku. Miał podbite jedno oko, rozciętą wargę i potargane, pozlepiane krwią włosy. Przynajmniej to zauważyłem od razu. Kiedy się bardziej przyjrzałem, w oczy rzuciło mi się rozcięte, w kilku miejscach przypalone ubranie, ślady po nacięciach i oparzenia. Mężczyzna wpatrywał się we mnie bezmyślnie, z oczami wypełnionymi tępym przerażeniem i obłędem. Z jego zmasakrowanych ust wydobył się cichy jęk.

Cofnąłem się o krok w tył. Przeniosłem wzrok na Dymitra, który stał nieopodal. Było to spojrzenie pełne przerażenia, obrzydzenia i niedowierzania.

- Chcesz mi powiedzieć... że ty... że ty... - nie byłem w stanie skończyć zdania. Usta mi drżały i mimowolnie znów powędrowałem wzrokiem do pojmanego. Poderwał się z krzesła, jakby dopatrując się ratunku w mojej osobie. Cofnąłem się znów o krok. Nie... Nie myśl, że cię uratuję... Błagam, nie patrz tak na mnie...

Dima postąpił kilka kroków w stronę mężczyzny. Coś w sposobie jego chodzenia wywołało moje zdumienie. Nie wyglądałby inaczej gdyby właśnie przechadzał się z fotela do barku, aby nalać nam nieco szampana. Był taki... naturalny. Ten wniosek uderzył we mnie tak bardzo, że miałem ochotę wrzasnąć.

- Ten człowiek, Till - zaczął spokojnym głosem Dima i chwycił ofiarę za włosy. Poderwał jego głowę do góry w niedelikatny sposób. Tamten syknął cicho, ale Dymitra bynajmniej to nie wzruszyło - Nie jest wart więcej niż kupa gówna.

Słysząc takie słowa, poderwałem wzrok do jego twarzy. Wpatrywał się we mnie. Prosto w oczy. Nie przerwałem kontaktu.

- Wiesz, kim on jest? To szpieg z Sołncewa. Ten, który postrzelił Wasię. I tak się składa - przekręcił jego głowę szybkim ruchem, na co tamten wrzasnął z bólu. - Że dostał zadanie, aby dokończyć swojego dzieła. Źle mówię? - tu zwrócił się do związanego mężczyzny, na co tamten energicznie pokiwał głową.

- Powiedz to! - krzyknął Dima.

Przeszyły mnie dreszcze. W tym krótkim rozkazie było tyle jadu i nienawiści, że niemal nie mogłem w to uwierzyć.

A jednak to działo się naprawdę. Tuż przed moimi oczami.

- Ja... chcalem... zab...ic - wybełkotał tamten.

Dopiero teraz się zorientowałem, że ma także wybite zęby.

- Widzisz? - Dymitr znów spojrzał w moją stronę.

To nie była gra. To była część jego osoby, część której jeszcze nie znałem.

- Zrozum, Till... To, co teraz się dzieje, to nie jest okrucieństwo. To jest konieczność. Gdybyś trafił w ich szpony znajdowałbyś się w dokładnie takim samym położeniu jak ten gad - odparł protekcjonalnie i obrzucił mężczyznę pełnym pogardy spojrzeniem.

Przywołał mnie gestem ręki. Czułem, że cały drżę, ale posłuchałem. Z bliska patrzenie na związanego okazało się jeszcze trudniejsze. Wyglądał jak ochłap mięsa. I te jego oczy... ogromne i chore ze strachu, jak oczy zwierzęcia złapanego w sidła.

- Oddaj mi broń - polecił mi.

Nie zrozumiałem, ale wykonałem polecenie. Przez krótką chwilę, dosłownie ułamek sekundy, ogarnęło mnie wątpliwe uczucie ulgi. Może jednak nie każe mi...? Ta złudna nadzieja bardzo szybko została mi odebrana.

- Uderz go - powiedział pewnym głosem.

Spojrzałem na niego, jakby postradał zmysły. Patrzył na mnie nagląco, ale nie zareagowałem. Pokręciłem głową z niedowierzaniem, nie mogąc uwierzyć... że ja... że Dima... Nie, to nie mogło dziać się naprawdę!

- Nie zrobię tego - odparłem.

Zrozumiałem, że był to pierwszy raz, kiedy sprzeciwiłem się Dymitrowi. Ogarnęły mnie zarówno strach jak i ekscytacja. W głowie kołowało się nerwowe pytanie; co teraz?

Spostrzegłem jak oczy Dimy nagle pociemniały, zęby się obnażyły, a cała jego twarz wykrzywiła w dziwnym, makabrycznym grymasie.

- Powiedziałem: uderz go! - wrzasnął na całe gardło. Jego krzyk odbił się od ścian piwnicy.

Cały drżałem i ledwo trzymałem się na nogach. Pod żadnym pozorem nie mogłem się opanować. Pot oblepiał całe moje ciało, zupełnie jakby trawiła mnie gorączka.

- Dima...- zacząłem, przepełnionym emocjami głosem.

- Obiecałeś mi coś... - tym razem odezwał się nerwowym szeptem, ale było to bez znaczenia. Miałem wrażenie, że jego głos pulsował mi tuż pod czaszką. - Już nie możesz się wycofać. Jeśli teraz tego nie zrobisz, Till... Zginiesz bardzo prędko. Musisz nauczyć się być okrutny. Musisz umieć zabijać. Jeśli nie posiądziesz tej umiejętności... Nic cię nie uratuje. Ja cię nie uratuję.

Złapałem się za głowę. Wszystko przede mną wirowało, rozmazywało mi się przed oczami... Wciąż tylko widziałem... te oczy... bezbronnego zwierzęcia.

Przetarłem sobie powieki i wbiłem wzrok w Dymitra w poszukiwaniu pomocy... rady... czegokolwiek.

- Pomyśl o tym w ten sposób. Ten skurwysyn - znów spojrzał na skrępowanego człowieka. - Jest tylko wszą - uniósł brwi i uśmiechnął się nieznacznie. - Niczym więcej. Czy nie zabiłeś nigdy wszy, Till? Komara, pająka, czy innego robactwa? Jego istnienie nie ma żadnej wartości. Bez kogoś takiego jak on... świat będzie lepszy.

Nerwowo przełknąłem ślinę i zamrugałem, starając się zrozumieć.

- Jak to, lepszy?

- Myślisz, że zrobił w swoim życiu coś dobrego? Potrafi tylko zabijać, kurwić się i kraść. Jeśli go zabijemy... społeczeństwo tak naprawdę nie dozna żadnego uszczerbku. Wręcz przeciwnie. Czy nie tak...?! - zakrzyknął do więźnia.

Nie odezwał się ani słowem, co z resztą nie jest zaskakujące. Jak mógłby wyrazić zgodę na własną śmierć?

- No powiedz! - wrzasnął Dima i uderzył go prosto w szczękę. Jego głowa odskoczyła w bok, ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Dymitr wściekle wyszczerzył zęby i mocno chwycił więźnia za podbródek. Miałem wrażenie, że oczy zaraz wyjdą mu z orbit. Przeraźliwie się bał i cały się trząsł, nie odrywając wzroku od swojego oprawcy.

- Dima... Czy to koniczne... Czy...? - zacząłem niepewnie.

- To jest konieczne - odparł twardo. - To biznes, w którym najmniejsze zawahanie kosztuje cię dużo za dużo. Więc...?

- Skąd wiesz - próbowałem znów kontratakować. - Że on jest takim zwyrodnialcem?

Dymitr parsknął, jakbym zadał wyjątkowo głupie pytanie.

- Bo ich znam. Wszyscy z nich... tacy są. Zrób to, Till. Czy to takie trudne? A może potrzebujesz wskazówki? - zapytał lekkim tonem i znów zaatakował pojmanego. Tym razem kopnął go prosto w brzuch. Tamten zawył wściekle.

- Pro..szhe, nie! N-nie! - wyrzucił z siebie. - Blagam, zrobie co zechceż!

Dima uśmiechnął się do niego, co odebrałem jako groteskowe i absurdalne.

- Tak się składa przyjacielu, że już niczego od ciebie nie potrzebuję. Till?

Podszedłem tuż do skazańca. Starałem się nie widzieć ani jego zmaltretowanej twarzy, ani jego spojrzenia. Na chwilę zamknąłem oczy. On prawie zabił Wasyla. Myśl o tym w taki sposób, powtarzałem sobie. Jest mordercą. Zasługuje na to...

Przed moimi oczami znów stanął Artur i poczułem jak coś mocno się we mnie ścisnęło. Wszystko wokół mnie wciąż tak straszliwie wirowało. Mieszało się ze sobą... Plotło w jeden, długi warkocz argumentów i podjętych już decyzji, warkocz, który zacieśniał się wokół mojej szyi. Czy byłem tylko marionetką Dimy? Czy nie mogłem nic poradzić na przebieg wypadków?

Z drugiej zaś strony sam się na to zgodziłem... Wprosiłem się w życie, jakie prowadził. Jak więc mógłbym mieć do niego pretensje?

Tylko jak... jak mam zabić bezbronnego człowieka? Jak mam uderzyć kogoś, kto nie może się bronić? Potrafiłem zadawać ból. Ale na polu walki to było coś innego... Tam każdy miał równe szanse.

Nagle poczułem dotyk na ramieniu. Otworzyłem oczy.

- To nieuniknione - rozległ się jego cichy, niemal kojący głos. - Robię to dla ciebie.

- Nie mam wyboru? - spytałem cicho.

- Nie. Nie w takim świecie.

Nie myślałem. Jego dłoń wciąż spoczywała na moim ramieniu, uniemożliwiając mi krok w tył. Zacisnąłem dłoń w pięść.

Zwyrodnialec... Morderca... Zasłużył...

Pierwsze uderzenie w opuchniętą już twarz.

A kim ty jesteś, żeby wymierzać ludziom sprawiedliwość za ich grzechy...?

Krzyk, wrzask, nie wiem już czy wydobywający się z moich czy z jego ust.

- Dobrze. Jeszcze.

Drżenie moich warg i kolejne mocne uderzenie. Spojrzenie jego przerażonych, błagalnych oczu.

Czy nie zawsze powtarzałeś sobie, że jesteś ponad innymi, ponad tą szarą masą? Czy to nie daje ci prawa, aby zostać sędzią takich jak ten tutaj?


Krew na knykciach... nie moja własna krew. Wzrastające torsje. I ciągły wrzask w mojej głowie. Kto krzyczał...? No kto? Czy to ja...?

Kat. Skurwysyn. Oprawca bezbronnych...

Nie wiem ile minęło czasu ani ile wymierzyłem razów, zanim Dima włożył mi pistolet w dłonie. Serce tłukło się w mojej piersi jak szalone. Ręce drżały tak mocno, że nie potrafiłem utrzymać broni. Mocne, silne palce Dimy mi pomogły. Przylgnęły do moich własnych dłoni, aby pistolet nie upadł na podłogę.

- Pamiętaj. Świat nie potrzebuje takich jak on.

Skinąłem głową, bardziej chyba po to, aby dodać sobie odwagi.

- Dima... Ja...

- Ciiii... - przerwał mi i wolno, pieszczotliwie zsunął ręce z moich dłoni. Trzymałem pistolet o własnych siłach, ale miałem wrażenie, że ważył co najmniej z tonę.

Wymierzyłem prosto w głowę zakrwawionego mężczyzny. Wpatrywał się we mnie do ostatniej chwili. Bez przerwy. Przestał już nawet krzyczeć. Twarz wykrzywił mi spazm bólu, a oczy wypełniły się łzami.

- Zrób to, Till.

Przełknąłem łzy i delikatnie przesunąłem palcem po spuście. Był zimny i twardy. Oblizałem wargi.

- Przepraszam.

Uszy mnie zabolały od huku wystrzału. Hałas wypełnił całe pomieszczenie, odbił się od ścian, osiadł na dnie mojego umysłu, niemal rozerwał mi bębenki.

Morderca...


Miałem w oczach łzy i właściwie nie widziałem człowieka już od chwili przed wystrzałem. Teraz jednak odruchowo zamrugałem i... przejrzałem.

Osunąłem się na podłogę, przyciskając dłoń do ust i starając się nie zwymiotować. Wyplułem z siebie samą żółć, jako że nic tego dnia jeszcze nie jadłem. Odnosiłem wrażenie, że ta żółć pochodziła nie tylko z mojego żołądka, ale również z duszy. Wstrząsały mną spazmy bólu i kolejne mdłości. Co chwilę zachłystywałem się powietrzem i łzami.

Jak ja...? To... Tutaj...

To się nie mogło stać.

Nie mogłem zebrać myśli. Wyczuwałem jednak delikatny dotyk na swoich plecach. Czuły i uspokajający dotyk smukłych, ciepłych palców. Dotyk, który przypominał mi, że stanąłem na ślubnym kobiercu z samym diabłem.

* http://www.youtube.com/watch?v=Q_k-9wztWc0