Info


Wcześniejsze rozdziały opowiadania znajdują się na stronie
http://www.yaoi.pl (teksty -> opowiadania -> "Siódmy Krąg" by Wilczyca)

Jeśli ktoś wyraża chęć, mogę informować na bieżąco o pojawianiu się nowych rozdziałów poprzez e-maila. Oto mój mail: dita-fm@wp.pl Możecie też kierować na niego wszelkie pytania, sugestie, ponaglenia, whatever.

piątek, 4 maja 2012

Rozdział szesnasty

16. Iluminacja


„Ze swojej drogi zejdę
Będę z tobą
I w najlepszej z chwil i w najgorszej też
Będę z tobą
Jak i w pierwszym, tak i w ostatnim dniu
Będę z tobą
Z tobą


Ty,
Przed tobą świat,
Za tobą ja,
A za mną już nikt.*"



Dni, które nadeszły później nie można przyrównać do niczego. Dryfowałem z pokoju do pokoju, powoli, apatycznie, bez żadnego celu. Właśnie ta bezcelowość była najgorsza. Czułem, że stopniowo się zapadam; w pustkę, w przepaść, w czarną dziurę. Największą torturą w tym zapadaniu okazała się powolność.

Byłem jak zaszczute w pułapkę zwierzę, jak człowiek obdzierany ze skóry. Wiedziałem, że tak się objawiała zmiana, która zachodziła we mnie. To konała moja niewinność. Zabijanie może było łatwe w amerykańskich filmach akcji; działo się samo z siebie, tłumaczyło wyższą racją. Naprawdę przychodziło jednak z ogromnym trudem i stanowiło najgorsze wynaturzenie jakiego mógł się dopuścić człowiek. Tak wtedy pomyślałem. Pierwszy raz zadałem sobie pytanie; czy zabrnąłem w to wszystko z słusznego powodu? Jakie miałem prawo do tego, żeby zabijać innych ludzi? Czy miłość była dla mnie wystarczającym usprawiedliwieniem? Czułem się chory, ciągle miałem mdłości i ściśnięty żołądek. Nie potrafiłem jeść. Moje uczucie do Dymitra było zbrukane, bo okupione przelaną krwią. Nie był to jednak czas na takie rozmyślania. Mogłem iść już tylko przed siebie.

Nie potrafiłem za nic się zabrać. Jakakolwiek czynność, nawet najprzyjemniejsza, wywoływała moją niechęć. Całe dni spędzałem w fotelu, zapatrzony w okaleczoną twarz tego człowieka. W jego opuchniętą szczękę i wybite zęby.

Zasłoniłem sobie twarz dłońmi, po czym nerwowo przeczesałem włosy palcami.

- Boże. Co ja zrobiłem – szepnąłem do siebie, chociaż bez wiary w to, że słucha mnie jakikolwiek Bóg. Po tym, co uczyniłem, każdy pozostałby głuchy, ślepy i niewzruszony.

Czasem rozpaczliwie starałem się łapać jakichś prozaicznych czynności, żeby wyrwać się z apatii i nie dać się pochłonąć pustce. Miałem wrażenie, że z każdym dniem konsumuje ona część mnie. Świat się zawalił i zatrzymał, a ja mogłem tylko dryfować jak zjawa. Z kuchni do łazienki, z łazienki do salonu, z salonu do sypialni. Potem powtarzałem tę pielgrzymkę, zamknięty w porcelanowym więzieniu złożonym z czterech ścian pięknej rezydencji i w poczuciu własnej zbrodni. Nie chciałem nikogo widzieć ani z nikim rozmawiać. Widok kucharek w kuchni, gdy akurat były na zmianie, kwitowałem z niezadowolonym grymasem twarzy. Dimie tłumaczyłem, że potrzebuję samotności. Uszanował to, chociaż z zaniepokojeniem patrzył na rozgoryczenie malujące się na mojej twarzy i na ciemne cienie pod oczami. Usprawiedliwił moją nieobecność na treningach poważną odmianą grypy, którą rzekomo przechodziłem.

Trwało to przez tydzień. Po tym czasie Iwanowicz prawdopodobnie uznał, że miałem dość czasu na odosobnienie i przystosowanie się do nowej roli, którą podjąłem. Gdy wszedł do mojej ciemnej, dusznej sypialni, tym razem nie dał się wyprosić. Rzucił okiem na zasłonięte rolety i na moją postać nieruchomo leżącą na łóżku. Z pewnością obawiał się, że pozostawienie mnie samemu sobie na dłużej zaowocuje depresją czy innym rodzajem jakiegoś poważnego rozchwiania emocjonalnego.

Usiadł na skraju łóżka i przez chwilę nic nie mówił. Ja także nie podjąłem rozmowy, więc siedzieliśmy w milczeniu, niemo patrząc na siebie. Zdawało się, że powietrze jest ciężkie, mdłe, przepełnione napięciem.

W końcu wyciągnął dłoń i pogłaskał mnie po policzku.

- Co ty teraz sobie o mnie myślisz, Till? - zapytał.

Zmierzyłem go wzrokiem, z pewną dawką niedowierzania i obrzydzenia. Westchnął na ten widok, w pewien sposób był bardzo zrezygnowany.

- Nie okłamałem cię. Nie wysnuwałem żadnych fałszywych scenariuszy...

- Tak, wiem - przerwałem mu. - Tylko... nie wiedziałem, że... tak to wygląda.

- Prawda - tutaj uśmiechnął się, w jakiś bardzo dojrzały, a jednocześnie smutny sposób. - Bywa obrzydliwa. A życie... perwersyjne.

Skinąłem głową, wciąż patrząc na jego piękną twarz. Jak to możliwe, że na takiej twarzy mogła gościć taka furia i nienawiść...?

Dima oblizał wargi. Chyba chciał być pewny siebie, silny, ale w tamtej chwili dostrzegałem pewne przebłyski niepewności i... strachu.

- Czy to zmienia coś między nami? - zapytał.

Zamrugałem. Moje wahanie nie uszło jego uwadze, ale nie przerwał milczenia. Czekał. Może to była ta chwila, aby przytaknąć i odsunąć się od niego. Aby zacząć wypatrywać momentu, kiedy można będzie uciec. Prawdopodobnie stanowiłoby to logiczne, dojrzałe rozwiązanie.

Oczy Dymitra w tamtej chwili były łagodne, trochę smutne. Nasycone intensywnym, niebieskim odcieniem. Ten dziwny, charakterystyczny kolor pomiędzy błękitem, a granatem...

Przez chwilę zastanowiłem się, jakby to było, gdybym go zostawił. Nie mógłbym odejść, bo na to by mi nie pozwolił. Ale gdybym go porzucił, odsunął się... Na tę myśl ogarnęła mnie dziwna, dojmująca pustka. Przypomniałem sobie nasze wspólne chwile, które spędziliśmy w Maksimovschina i ogarnęło mnie trudne do opanowania wzruszenie. Te dni wydawały się takie odległe. Zupełnie jakby miały miejsce wiele lat temu...

- N-nie... - zaprzeczyłem. - To nic nie zmienia. Chcę... być przy tobie.

Uśmiechnął się i przygarnął mnie do siebie. Wtopił swoje długie palce w moje włosy i pogłaskał mnie.

- Wiem, że jest ci ciężko - szepnął. - Ale nie mogę pozwolić, abyś był bezbronny. Poza tym... nie mógłbym cię okłamywać i stwarzać dla ciebie sztucznej, wysublimowanej rzeczywistości. Widziałem to wiele razy. Gangsterzy często przyprowadzają na bankiety swoje kobiety. Piękne, wytworne damy. Nawet bardziej bezbronne od swoich dzieci, bo na wysokich obcasach i w niewygodnych sukniach... Żyjące w luksusie, ślepe, nieświadome... Nie mające pojęcia, że wszystkie kosztowności i dobra, które przechodzą przez ich palce są okupione śmiercią wielu ludzi.

Wpatrywałem się w niego milcząco, analizując jego słowa.

- Raz byłem na bankiecie, na którym rozpętała się akcja. Ochrona została przekupiona i do środka dostali się zabójcy. Wiesz, co się stało?

Przecząco pokręciłem głową, chociaż nie byłem pewien czy chcę poznać odpowiedź.

- Wszystkie zabite. To był straszny widok... Rozrzucone na posadzce w swoich kolorowych, drogich sukniach... Zupełnie jak zerwane, upuszczone na ziemię kwiaty... Nie dlatego, że kobiety są gorsze, Till. Koshka też tam była. Nie została nawet draśnięta.

- Chcesz przez to powiedzieć, że... - zacząłem, ale nie dokończyłem zdania. Dima kiwnął głową, domyślając się, co chciałem powiedzieć.

- Tutaj się nie przetrwa bez kłów i pazurów. Każdy, kto wkracza w podobny świat lub trzyma się blisko morderców... Nie jest bezpieczny. Jedyną metodą jest nauczyć się bronić. A jak mógłbyś się bronić, jeśli nie umiałbyś zabijać?

W duchu przyznałem mu rację.

- Wiem, że cię boli - powiedział i położył mi dłoń na udzie. Pogłaskał mnie uspokajająco. - Ale to minie. Za pierwszym razem jest najtrudniej. Wkrótce przywykniesz do tego. Wiesz dlaczego? Bo nie zabijasz dla własnej przyjemności, tylko po to, aby samemu móc żyć. Czy myśląc o dzikich zwierzętach, które polują, pomyślałeś, że jest w tym coś nienaturalnego?

Pokręciłem głową, ale zaraz powiedziałem:

- Ale to co innego...

- Jaka jest różnica? Skoro czyjaś śmierć warunkuje twój własny byt... jest tylko jedno rozwiązanie. Nie sądzisz?

Miałem mętlik w głowie. Nie potrafiłem mu odpowiedzieć. Zagubiony popatrzyłem na niego, zupełnie nie wiedząc, co myśleć.

- Moralność to wymysł ludzi, Till. W różnych światach panują różne zasady. Skoro tutaj są takie... nie ma nic złego w przystosowaniu się do nich. Rozumiesz?

- Ja... - złapałem się za głowę. - Nie jestem pewien...

- Musisz odpocząć od tego wszystkiego. Pójdziemy dziś do teatru i do restauracji. Do tej pory może się prześpij, dobrze ci to zrobi. Pozwól sobie odpocząć.

Wstał z łóżka i posłał mi czułe spojrzenie. Czułem się jak dziecko; bezbronny i zagubiony. Miałem własne zasady moralne, których mnie nauczono, jednak... słowa Dimy zdawały się logiczne i w pełni uzasadnione. Nie potrafiłem stwierdzić, co było słuszne.

Dymitr pochylił się nade mną i pocałował mnie w czoło.

- Zaufaj mi - szepnął i wyszedł z mojego pokoju.


***


Początkowo nie miałem ochoty w ogóle wychodzić z domu, ale Dima nalegał, więc w końcu się zgodziłem. Spektakl teatralny rzeczywiście nieco mnie oderwał od moich czarnych myśli, jednak kiedy tylko się skończył, ocknąłem się z bolesnym poczuciem rzeczywistości. Iwanowicz nie dał mi znów ugrzęznąć w wyrzutach sumienia. W restauracji zabawiał mnie rozmaitymi anegdotkami, wyborem posiłku, wina, a nawet komentarzami odnoście serwetek. Częściowo skupiałem na tym swoją uwagę, ale i tak nie potrafiłem w pełni się rozluźnić i przestać myśleć o niedawnym morderstwie.

Jednak mój kieliszek nigdy nie stawał się pusty, chociaż ciągle z niego piłem. Wkrótce wypity alkohol zrobił swoje i stałem się dużo bardziej rozmowny i mniej spięty. Dima był taki rozgadany i wydawał się taki czarujący... Dałem się wciągnąć w tą głupiutką, prześmiewczą rozmowę. Nie pamiętam właściwie, co Dima dokładnie mówił. Chyba opowiadał jakieś wstydliwe rzeczy o jednym z kucharzy, który tam pracował. Czas mijał, a ja zaśmiewałem się do łez, słuchając o wpadkach, które mi relacjonował.

Kiedy wracaliśmy do domu byłem już całkiem nieźle podchmielony. W całej swej niemocy położyłem głowę na oparciu w samochodzie i starałem się nie zasnąć. Docierał do mnie jego śmiech. Dlaczego i z kogo się śmiał, nie miałem pojęcia. Pomimo tego, mi także zrobiło się zupełnie wesoło.

Kiedy znaleźliśmy się w domu wziął mnie na ręce, co zaowocowało kolejnymi żarcikami, moimi protestami i niekontrolowanym śmiechem. Wkrótce zostałem położony na fotelu, a Dima, ku mojej radości, wręczył mi kieliszek pełen wina. Chwilę rozmawialiśmy, ale zupełnie nie mogłem się skupić. Kątem oka zauważyłem, że w pokoju były zapalone świece.

- Kiedy to zrobiłeś? - zapytałem zdziwiony.

- Przed chwilą. Nie zauważyłeś? - roześmiał się.

Pokręciłem przecząco głową, naprawdę zaszokowany.

- A to zauważysz...? - zapytał uwodzicielsko i zaczął całować mnie po szyi.

Jęknąłem i przyciągnąłem go do siebie. Poczułem jego uśmiech w zagięciu swojego karku. Zaczął zmysłowo się o mnie ocierać i pieścić mnie dłońmi i językiem. Wygiąłem się, aby mocniej go poczuć. Objąłem go nogami, na co zareagował jękiem pełnym aprobaty. Czułem jaki jest twardy i chętny. Wyjął mi kieliszek z dłoni i postawił go na stoliku. Zaraz potem rozpiął mi koszulę i zaczął schodzić językiem coraz niżej. Nie mogąc się powstrzymać, wyrzuciłem biodra do góry.

- Zrób to! - zaskomlałem.

Uśmiechnął się do mnie i przez chwilę drażnił się ze mną, badając językiem skórę tuż pod moim pępkiem.

- Dima... - mruknąłem ponaglająco.

Nie dał się dłużej prosić. Rozpiął mi spodnie i ujął w dłonie moją obnażoną erekcję.

- Lubię to robić - szepnął, co sprawiło, że cały się szarpnąłem z podniecenia.

Polizał mojego członka, najpierw po główce, a potem po całej jego długości. Jego dłoń pieściła moje jądra i co chwilę zahaczała o moje wejście. Nareszcie wziął go całego do ust i zaczął mnie ssać, lizać i lekko gryźć. Jęczałem z rozkoszy, ruszając biodrami w górę i w dół, chcąc jak najmocniej spenetrować gorące i mokre wnętrze jego ust. Szarpałem go za włosy, aby dał mi jeszcze, więcej, szybciej. A on dawał.

Jęknąłem zawiedziony, kiedy wyciągnął go sobie z ust.

- Cierpliwości - szepnął, widząc moje niezadowolenie. - Wypnij się. No, już.

Ściągnąłem z siebie spodnie i uklęknąłem przed fotelem. Ręce oparłem w miejscu, gdzie przed chwilą siedziałem.

Uwielbiałem ten moment oczekiwania, tę chwilę napięcia, zanim Dima wdarł się do mojego ciała. Uwielbiałem tę ostrą przyjemność, kiedy czułem jak jego twardy penis zaczyna wypełniać moje wnętrze. Jęknąłem przeciągle, kiedy zacząłem go czuć. Wypiąłem się mocniej, na co mruknął z zadowoleniem. Syknąłem z bólu i przyjemności, kiedy klepnął mnie w tyłek.

- Doskonale - odparł i zaczął mnie penetrować.

Nie obchodziło mnie już, że pieprzy mnie morderca. Liczyła się przyjemność, którą mi dawał, jego dotyk na moim członku, jego palce w moich ustach...

Jego pchnięcia stawały się mocniejsze i głębsze, aby zaraz potem zmienić rytm w bardziej płytki i szybszy. Szalenie mi się to podobało. Poruszałem biodrami, wychodząc na spotkanie jego męskości. Jego palce najpierw chwyciły mnie za podbródek, a potem znalazły się w moich ustach. Posłusznie je polizałem.

- Jesteś mój, Till... Słyszysz? Tylko mój.

Jęknąłem w odpowiedzi. Wiedziałem, że byłem tylko jego i wbrew wszystkiemu... nie chciałem tego zmieniać.


***


Dymitr był mistrzem w każdym rodzaju manipulacji; psychologicznej, seksualnej, ideologicznej. Podejrzewam, że gdyby nie był, nie zaszedłby tak daleko. Potrafił podejść człowieka z takiej strony i ukazać rzeczy z takiej perspektywy, że zaczynało się je postrzegać w sposób, w jaki on tego chciał. Nawet dziś nie potrafię stwierdzić czy to dobrze czy źle. Manipulacja była pewnym rodzajem pozbawienia wolnej woli, jednak gdyby nie to... Z pewnością postradałbym zmysły już po pierwszym morderstwie. Był sprytny i wyrachowany, chociaż wtedy takie określenia nawet nie przyszłyby mi do głowy. Zapewniał mnie o prawach, których w żaden sposób nie da się nazwać prawami. Dziś wiem, że okrucieństwa i mordu nie da się usprawiedliwić żadną ideologią, ale cóż... byłem wtedy bardzo młody i bardzo zakochany. Nie do końca mogę go skrytykować za propagandę, którą mnie karmił i którą zacząłem w siebie wchłaniać. Bez niej bym nie przetrwał.

Rzecz jasna jeden namiętny seks nie sprawił, że zapomniałem o dotychczasowych wątpliwościach. Wciąż czasem, szczególnie wtedy, kiedy nie patrzył, spoglądałem na niego z przerażeniem. Byłem świadkiem tego, do czego był zdolny i nie mogłem wyrzucić tego z pamięci. Jednak jego namiętność, rady i wyjaśnienia szeptane subtelnym głosem oraz szczere zainteresowanie moją osobą, przytępiły moje wyrzuty sumienia. Znów uczęszczałem na treningi, co również pochłaniało sporą część mojego czasu. Kiedy wracałem, Dima odrywał się od swojej pracy i zabawiał mnie; dobrym seksem, popołudniowym wyjściem czy po prostu ożywioną rozmową. Z czasem dałem się temu kupić. Co innego mógłbym zrobić?

Nie mogę jednak powiedzieć, że cień tamtego wydarzenia zupełnie mnie opuścił i wszystko było jak dawniej. Coś nieodwracalnie się zmieniło. Ja się zmieniłem. Nie widziałem już przed lustrem tego młodego chłopaka, który urodził się w małym niemieckim miasteczku i wychował w głębi Rosji. To wszystko wydawało się być tak daleko za mną. Czułem się od tego oderwany, jakby dotyczyło kogoś innego. Jakby przytrafiło mi się w innym życiu, ale nie teraz, nie tu, nawet nie na tej planecie. Nie raz dotykałem opuszkami palców chłodnej i gładkiej powierzchni lustra, ale nie miałem złudzeń. Wiedziałem, że już nigdy nie przebiję się na drugą stronę.

Mordercze treningi, które podjąłem w Moskwie, ukształtowały mój, do tamtej pory, słaby charakter i uczyniły ze mnie mężczyznę. Tak, Jegor po moim dotychczasowym, mieszczańskim życiu stanowił dla mnie prawdziwą próbę charakteru. Pod wpływem bólu, potu i wylanych łez stałem się silniejszy.

Z chłopca przemieniłem się w mężczyznę, jednak teraz nadszedł czas, aby stać się potworem.

Mówi się, że nic nie przechodzi bez echa i tak też było w moim przypadku. Chociaż nigdy dotąd nie miałem z tym problemów, przestałem sypiać. Leżałem w łóżku, sztywny jak kłoda i napięty jak struna. Całe ciało miałem obolałe od wielu innych nie przespanych nocy. Z przekleństwem na ustach kwitowałem kolejną godzinę, jaką wybijał zegar.

Zabiłem.

Ja... zabiłem.

Chwytałem się za głowę, zamykałem oczy i próbowałem odrzucić od siebie tę myśl.

Jednak to moje własne palce nacisnęły spust. Moja pięść katowała skrępowanego człowieka.

Zachłysnąłem się powietrzem i skuliłem na przepoconym prześcieradle. Raz po raz pytałem siebie: Kurwa, Till, w coś ty się wpakował?!

Przez jedno naciśnięcie spustu, przez ten ułamek sekundy, zmieniło się wszystko. Nie tylko ja. Również moja percepcja świata i mój stosunek do Dymitra. Wcześniej nasza relacja była przepełniona niewinnością, czymś kruchym i delikatnym. Byliśmy jak dwoje młodych ludzi, którzy powoli odkrywają całe piękno, które wynika z miłości. Jednak teraz... Tak, kochałem go nadal, ale... już nigdy nie spojrzałem na niego tak samo.

Wiem, że jego uczucie do mnie również było silne i szczere. Zawsze okazywał mi czułość oraz oddanie i zdaję sobie sprawę, że nikt nie mógłby kochać mnie mocniej, bardziej zapalczywie. Ale co z tego, że kwiaty są piękne, jeśli zostały posadzone na kupie gnoju?


***


Biegłem. Biegłem ile sił w nogach, najwyraźniej bardzo czymś przerażony. Jakaś część umysłu podpowiadała mi, że znajdowałem się w rezydencji, ale wszystko zdawało się inne niż dotychczas. Meble i wyposażenie domu zatraciły swoje kontury, chybotały się lekko, stwarzając dziwny wir. Nie zwróciłem na to uwagi. Nie chciałem. Podbiegłem do drzwi i z całych sił szarpnąłem za klamkę. Ku mojemu zdziwieniu i przerażeniu, oderwała się od drzwi i została w mojej dłoni. Spojrzałem na nią, nie mogąc w to uwierzyć, ale wtedy zauważyłem, że metal zmienia się w coś innego. Z obrzydzeniem odrzuciłem ją na podłogę i pobiegłem dalej. Próbowałem po kolei otwierać kolejne drzwi, ale wszystkie były zamknięte. Czułem, że oblewam się zimnym potem i że ogarnia mnie trudne do opanowania przerażenie.

Rzuciłem krótkie spojrzenie za siebie, jakbym obawiał się, że ktoś mnie goni, jakbym przed kimś uciekał. Za mną znajdowały się schody, a na nich dostrzegłem czarnego kota. Wpatrywał się na mnie swoimi zielonymi ślepiami.

- Grieto...? - ledwo dobyłem swojego głosu, który ugrzązł mi gdzieś w głębi gardła.

Grieta wydała z siebie donośne miauknięcie, nie spuszczając ze mnie wzroku. Zaraz jednak zniknęła na schodach. Pobiegłem za nią, pokonując stopnie kilkoma skokami. Jak się okazało, było to dobrą taktyką, bo chwilę potem rozpłynęły się w powietrzu. Gdy się odwróciłem, już ich za mną nie było.

Nigdzie nie dostrzegałem Griety, chociaż nie potrafiłem właściwie powiedzieć, po co miałbym ją śledzić. Poszedłem przed siebie i otworzyłem pierwsze drzwi, na jakie trafiłem. Za nimi jednak znajdowały się kolejne drzwi. I kolejne. A za nimi jeszcze jedne. Byłem na granicy płaczu, zważywszy na to, że każde drzwi zamykały się za mną, tak, że zarówno za mną jak i przede mną stały drzwi. Nienawidziłem ciasnych pomieszczeń.

- Uwięziony w drzwiach, czy to nie zabawne?! - odezwał się ktoś.

Drgnąłem, nie mogąc zidentyfikować właściciela głosu.

- Kto to?! - krzyknąłem.

Przez chwilę odpowiedziała mi tylko cisza. Potem jednak usłyszałem donośne parsknięcie i z za drzwi, przed którymi stałem, rozległo się pukanie. Przełknąłem ślinę i otworzyłem je.

Moim oczom ukazał się Artur. Cofnąłem się o krok, ale, jak można się domyślić, moje plecy natrafiły na drzwi.

- Znowu ty - wyrzuciłem z siebie z wściekłością i strachem.

- Wiesz, ilu ludzi umierało w labiryntach? - zapytał.

Oblizałem wargi, próbując sobie wmówić, że tylko chciał mnie nastraszyć.

- Zostaw mnie - wyrzuciłem z siebie, siny z przerażenia.

- Nie umieraj w drzwiach i labiryntach. Wstąp lepiej na herbatę. Albo na szklankę czegoś mocniejszego.

Spojrzałem na niego oszołomiony. Uśmiechał się słodko, niewinnie, jak nigdy wcześniej.

- Nie bój się mnie, jestem przecież tylko dzieckiem - odparł i zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, złapał mnie za rękę i poprowadził w głąb pomieszczenia.

W pokoju znajdował się kominek i mnóstwo półek z książkami.

- Ty... nie jesteś dzieckiem - zauważyłem.

- Więc co we mnie dostrzegasz? Mężczyznę? A może potwora? - odparł z tym samym uśmiechem.

- Jedno i... drugie.

Zaśmiał się na te słowa. Mi wcale nie było do śmiechu.

- Nikt jeszcze nie bał się mnie tak jak ty. Pochlebia mi to.

Obnażyłem zęby i nienaturalnie, zupełnie jak w spazmie, wykrzywiłem wargi.

- Kim ty jesteś? Skąd się tu wziąłeś? - pytałem, nie mogąc się powstrzymać.

Mrugnął tylko w odpowiedzi, ciągnąc mnie za rękę w stronę stołu.

- Herbata. Krew. Wino.

- Krew? - zapytałem zdziwiony, nie widząc powiązania.

- Krew i wino. Co za różnica. Krew czy wino? Dla kapłanów to było jedno i to samo.

Zatrzymaliśmy się w połowie drogi i wymieniliśmy się spojrzeniami.

- Ponoć przemieniają wino w krew Chrystusa. Jednak... to tylko symbolizm - zasugerowałem.

- Nie do końca. Transsubstancjacja sugeruje obecność Chrystusa - obnażył rząd swoich drobnych, równych zębów. - Kapłani przemieniają wino w jego krew. Jedno wynika z drugiego. Czy to nie fascynujące? To naturalne powiązanie, Till... Co ta za różnica czy pijesz krew czy wino...?

Zakręciło mi się w głowie i upadłem. Jego drobne ręce podtrzymały mnie nieudolnie. Jakoś zdołałem wstać i doszliśmy do stołu.

Rozległ się kobiecy śmiech i z zaskoczeniem podniosłem głowę. Moim oczom ukazała się Koshka, z kaskadą jej ognistych włosów opadających na piersi. Leżała na sofie, na jednym boku i z głową opartą na dłoni. Zupełnie jak grecka bogini. Miała na sobie długą suknię z wszytym gorsetem w rządek równych, czerwonych serc.

- Mamy gości? Jak to miło. Może by tak ściąć go o głowę? - zapytała, śmiejąc się i bawiąc kieliszkiem.

Artur odsunął dla mnie krzesło z sugestywnym uśmiechem.

- Zostałeś zaproszony na ucztę - odparł w końcu, kiedy wahałem się już zbyt długo.

Usiadłem, wcale nie przekonany tą decyzją.

Artur zajął miejsce po prawej stronie Koshki, a ona pogłaskała go władczym gestem, jak to miała w swoim zwyczaju.

- Jesteś dobrym sługą - odparła. - Ciebie nie rozkażę ściąć o głowę. Tak niewielu dobrych sług w naszym królestwie.

- Kim jesteś, młodzieńcze? Panem czy niewolnikiem? - zapytała, przypatrując mi się uważnie swoim kocim, kalkulującym spojrzeniem.

- Ja... - zacząłem niepewnie.

- To niewolnik, pani - wtrącił się Artur.

Zignorował mój wściekły wzrok, którym go obdarzyłem.

- Ach, niewolnik! Mamy dość niewolników. Każę więc ściąć go! Straże!

Poderwałem się na równe nogi, ale zanim zdołałem uciec, podbiegli do mnie strażnicy i poczułem zimny metal tuż przy gardle. Ręce wykręcili mi na plecach. Zdołałem pochwycić pełen satysfakcji wzrok Artura.

- Nie jestem niewolnikiem! - krzyknąłem, padając na kolana, przyciśnięty przez strażników. - To pomówienie! To spisek!

- Sługo? - zapytała Koshka.

Artur pochwycił manuskrypt leżący na stole.

- Till Lohengrin, potomek Trzeciej Rzeszy, spadkobierca historii pełnej wstydu i bestialskiego okrucieństwa, jest skazany! - wyrecytował.

- Jak mogę być skazany za historię?! To absurdalne! - krzyknąłem, próbując podźwignąć się z kolan.

- Jest skazany za morderstwo! - poprawił się Artur, najwyraźniej z zamierzeniem osiągając taki efekt.

- Skrócić go o głowę! - zawołała Koshka.

Artur podszedł do mnie z butelką wina. Odkorkował ją i wylał jej zawartość na moją głowę.

- Obiecana uczta. Wino jak krew - przypomniał mi, spokojnym, aksamitnym głosem.

- Stać! Poczekać! Chcę rozmawiać z Dymitrem Iwanowiczem! - krzyczałem, szarpiąc się ze strażnikami, którzy najwyraźniej już chcieli wykonać swą powinność.

Koshka leniwie podniosła ze stołu wachlarz i rozsunęła go.

- Ach! Król wybrał się na polowanie! Nie ma czasu na zajmowanie się egzekucją niewolników. Jeden niewolnik mniej, jeden więcej... Straże!

- Nie! - krzyknąłem, wyrywając się i posyłając wściekłe spojrzenie wachlującej się Koshce i stojącemu nade mną Arturowi. Złapałem go za rękaw koszuli, ale odepchnął mnie.

- Plugawy morderca - wyrzucił z siebie.

- Nie! - krzyknąłem, chcąc zrzucić z siebie tę obelgę.

- Chrystus nie ma litości dla takich jak ty.

Zadrgałem, słysząc jego ostry jak brzytwa głos.

Zimny metal zabłysnął nade mną, dostrzegłem jego ruch, ostre wykończenie szabli i niezawodność.

- Nie! Nie! Błagam o ułaskawienie! Nie, ja nie zawiniłem, ja...

- Nie, nie, nie! - krzyczałem wciąż, nie mogąc już dobrać żadnych innych słów.

- Till! Till, obudź się, do cholery! Till, słyszysz mnie?!

Słysząc znajomy głos, poderwałem się z łóżka i zakrztusiłem powietrzem. Wziąłem kilka głębokich wdechów jawy i uwolniłem się z macek okrutnego snu. Kiedy z moich oczu zniknęło szaleństwo, Dima odezwał się niepewnie:

- Wszystko w porządku? - zapytał, wpatrując się we mnie uważnie. Dopiero po chwili zorientowałem się, że trzymał mnie za ramiona.

- Ja... - zacząłem nieskładnie, wciąż mając w myślach błyskawiczny ruch szabli. - Co się stało?

- Krzyczałeś.

Zauważyłem, że w jego oczach kryje się troska i niepokój. Miał na sobie granatową piżamę. Nie wiem, po co zwróciłem wtedy na to uwagę.

- Co dokładnie? - pytałem, czując się niezwykle zakłopotany z tego zawstydzającego faktu.

- Cały czas „nie, nie“ i że jesteś niewinny - poinformował mnie.

Miałem nadzieję, że naprawdę nic więcej nie wydobyło się z moich słów. Chyba spaliłbym się ze wstydu, gdyby usłyszał, jak go wołam przez sen.

- Poczekaj chwilę - odparł i szybkim ruchem pogłaskał mnie po włosach. Skinąłem głową i odprowadziłem go wzrokiem. Pojawił się z powrotem za kilka minut. Niósł szklankę wody i jakieś opakowanie.

Wpatrywałem się w niego zaciekawiony, gdy usiadł na brzegu łóżka. Nie pytał mnie o moje sny. Nie pocieszał. Zdawało się, że doskonale rozumie i że nie potrzeba, aby cokolwiek mówił. Zamiast tego wyciągnął w moją stronę opakowanie i polecił krótko:

- Połknij to.

Spojrzałem na niego pytająco.

- Co to jest?

- Tabletki nasenne. Rozwiążą twoje problemy.

Moje zaskoczone spojrzenie skwitował cierpkim uśmiechem.

- Mam sypialnię tuż obok, Till. Słyszę twoje późnonocne westchnienia i skrzypienie łóżka, kiedy przewracasz się z boku na bok. I w przeciwieństwie do kobiet nie jesteś w stanie ukryć cieni pod oczami.

- Przenikliwy jak zawsze - również zdobyłem się na uśmiech. - Czemu nie dałeś mi ich wcześniej?

- To nie jest zdrowa rzecz, Till. Miałem nadzieję, że ci przejdzie. Ale jak widzę, bez tego cudu medycyny się nie obędzie - wręczył mi opakowanie.

Otworzyłem je i przyjrzałem się tabletkom. Te malutkie, podłużne pigułki miały mi zapewnić spokojny sen?

- Zażywaj zawsze, gdy kładziesz się już do łóżka i nigdy nie mieszaj z alkoholem.

Wziąłem od niego szklankę i zażyłem tabletkę. Wodę postawiłem na stoliku, a opakowanie umieściłem pod poduszką.

- Dziękuję - szepnąłem.

- Nie musisz - odparł i znów się uśmiechnął. - Dobranoc.

Pogładził moją dłoń i wyszedł. Drzwi zamknął delikatnie; subtelnie i cicho, zupełnie tak jakbym już spał.

Westchnąłem głęboko i znów położyłem się na poduszkach. Po dziesięciu minutach moje ciało mimowolnie się rozluźniło. Umysł, który do tej pory zdawał się być ściśnięty mocną, uwierająca pętlą, również roztopił się w błogim ukojeniu. Momentalnie ogarnął mnie sen spokojny i czarny jak śmierć. Cóż to była za rozkosz, zasnąć tak po prostu, bezmyślnie i głęboko. Od tamtej nocy nigdy już nie zmrużyłem oka nie połknąwszy uprzednio małej, czarodziejskiej pigułki. Wyjmując oczywiście te wieczory, kiedy to zmorzył mnie alkohol.


***


Dzień zebrania rady nadszedł miesiąc później, w deszczowy i wietrzny dzień. Wspólnicy Dymitra nie przyjechali o konkretnej godzinie. Wszyscy zjawiali się według jakiegoś tajemniczego, tylko im znanego planu.

Pierwsza przybyła Koshka. Jak zwykle towarzyszył jej Artur, odziany w szaro błękitny płaszcz. Zmierzył mnie przeszywającym, mocnym spojrzeniem, ale nie odwróciłem wzroku. Skąd miałby wiedzieć, że pojawiał się w moich koszmarach?

Marija zostawiła swój parasol w przedpokoju i według wskazań Dymitra udała się do salonu. Nie poszedłem razem z nim. Postanowiłem pozwlekać jeszcze przez chwilę i dołączyć nieco później. Nie byłem w nastroju na pruderyjną wymianę zdań i wymuszone uśmiechy. Wszyscy wiedzieli, że nie jest to spotkanie towarzyskie.

Spoglądałem w okno, przypominając sobie słowa, które dzisiejszego ranka usłyszałem od Dymitra. Siedział przed lustrem, zawiązując sobie krawat i stwierdził z tajemniczym wyrazem twarzy:

- Dziś będzie szczególny dzień.

Zmierzyłem go wzrokiem, ukazując moje niezrozumienie.

- Co masz na myśli?

- Przekonasz się - odparł tylko, zacieśniając granatowy krawat w paski i uśmiechając się do swojego odbicia.

Szczególny dzień. To było ostrzeżenie, przed czymś, co miało się wydarzyć. Byłem czujny, czuły na wszystko, co działo się obok mnie. Dima kwitował to z zadowolonym wyrazem twarzy, najwyraźniej usatysfakcjonowany, że zrozumiałem jego przesłanie.

Krople deszczu smutno spływały po szybie, tworząc łzawe wzory. Drgnąłem, słysząc dzwonek do drzwi. Kierowany ciekawością, poszedłem zobaczyć, kto jest kolejnym przybyszem.

- Kopę lat, Till! - usłyszałem od progu. W drzwiach stał Wasia, żywotny i bezczelny jak dawniej.

- Jak się czujesz? - zapytałem, gdy ten podszedł bliżej, aby poklepać mnie po plecach.

- Całkiem w porządku, wylizuję się z tego w błyskawicznym tempie - zapewnił mnie. - A co u ciebie? Kiedy mogę się spodziewać, że Iwanowicz pożyczy mi cię do jakichś akcji? Nie zamierzasz chyba kolejnych miesięcy spędzić, leżąc na kanapie?

Odwzajemniłem jego zaczepliwy uśmiech i obroniłem się:

- Nie powiedziałbym, że V12 to taka kanapa.

- Ach tam! - machnął ręką. - To jak przedbiegi. To nie jest esencja tego, czego się tutaj doświadcza. Spójrz na mnie - rozłożył ręce, aby zwrócić moją uwagę na swoje niedawne obrażenia.

Skinąłem głową.

- Balansowanie na ostrzu noża - mruknąłem.

Wbił we mnie swoje dzikie spojrzenie.

- Masz pewność, że jesteś do tego stworzony ? - zapytał rzeczowo.

Skinąłem głową, jednak w połowie ruchu odebrało mi pewność siebie i skręciłem ją nieco na bok. Wasia uśmiechnął się na ten niezgrabny gest, ale nie zdążył udzielić mi żadnej uwagi. Z salonu wyszedł Dymitr i przywitał Wasyla krótkim uściskiem ręki.

- Na co czekacie, panowie? Wejdźcie do salonu. Koshka już jest. Czekamy tylko na Godota i Iwana.

Tym razem nie miałem odwołania; nie zdołałem wykręcić się z siedzenia przy ciastkach i brania udziału w nic nie znaczącej rozmowie. Wiedziałem, że słowa ważne mogły paść tylko wtedy, gdy pojawią się już wszyscy. Byłem ciekaw tego zebrania. Nikt właściwie nie wiedział, jaki jest jego główny cel. Rzecz jasna, zawsze znalazły się jakieś działania do omówienia, ale nie miałem pojęcia, co właściwie Dymitr obrał sobie na cel na ten dzień. Milczał jak zaklęty i moje pytania zbywał uśmiechem. Pozostawało czekać; niepewność już niedługo miała mnie opuścić.

Dymitr uśmiechał się, wymieniać zdawkowe uwagi z Koshką i Wasylem, a także ze mną. Artura nie było z nami - domyśliłem się, że Dima nie życzył sobie jego obecności na zebraniu.

Pół godziny później dotarli Iwan i Godot. Dima przywitał się z każdym z nich uściskiem dłoni i zdawkowym uśmiechem. Wkrótce polał się się mocniejszy alkohol, jednak rozmowa jeszcze przez jakiś czas nie zmieniła tonu. Z neutralnym wyrazem twarzy odpowiadałem na pytania i wtrącałem swoje uwagi. Nie byłem już przestraszonym chłopcem i wiedziałem, jak należy się zachować. Siedziałem naprzeciwko Godota i Koshki, którzy rozmawiali o swoich posiadłościach za granicą. Koshka nadmieniała właśnie coś o wspaniałym klimacie Włoch, kiedy ze skumulowanych głosów rozległ się ten najmocniejszy, który bez trudu można usłyszeć nawet w gwarze. Dima oznajmił; „Myślę, że najwyższy czas przejść do ważniejszych spraw“, na co dyskusje wszystkich momentalnie przygasły, aż w końcu zupełnie ucichły.

- Dobrze - podchwyciła Koshka. - Zastanawia mnie, jaki jest dziś główny cel naszych obrad. Czyżbyś odkrył coś znaczącego, Dymitrze?

Dima siedział, jednak robił to w taki sposób, jakby stał, jakkolwiek śmiesznie to nie brzmi. Plecy miał wyprostowane, a łopatki ściągnięte. Wyraz jego twarzy był pewny i niezłomny, jak u kogoś, kto stoi wysoko ponad innymi i w pełni na to zasługuje.

- Dokładnie - odparł, bawiąc się kieliszkiem. - Przejdę od razu do głównego punktu naszego posiedzenia, abyśmy bez zbędnego niepokoju mogli skupić się na reszcie.

Przerwał na chwilę i westchnął. Powiódł wzrokiem po twarzach nas wszystkich.

- Dobrze wiecie, że jesteście dla mnie niezastąpieni. Stanowicie dla mnie prawdziwą rodzinę... Wraz ze swoim doświadczeniem, umiejętnościami i wpływami jesteście najlepsi z mafii moskiewskiej. Istnieją jednak rzeczy, których nie toleruję... - na ułamek sekundy uniósł brwi i wydmuchał powietrze przez zaciśnięte zęby.

Wstał z krzesła i odwrócił się. Podszedł do jednej z szuflad i zaczął w niej czegoś szukać. Mimowolnie powiodłem wzrokiem po twarzach zebranych. Chociaż starali się nie okazać ani cienia emocji, widziałem jak niepokój przelewał się im tuż pod skórą. Napięcie było namacalne i tykało natarczywie, zupełnie jak ukryta pod stołem bomba.

- Jedną z rzeczy, których nie wybaczam jest zdrada - stwierdził spokojnie Dima, wciąż odwrócony do nas plecami. - Panie Stiepan?

Godot, który usłyszał swoje imię, spiął się cały i drgnął.

- Dymitrze, to jakieś nieporozumienie... Nie rozumiem...

Jego słowa przecięły kartki, które z szelestem wylądowały na stole. Godot nie spojrzał na nie od razu. Wpatrywał się w twarz Dymitra, jakby żądał jakichś wyjaśnień, zanim zabierze się za czytanie. Zgodnie ze swoją niemą prośbą, otrzymał je.

- Znajdują się tu przelewy na twoje konto dokonane przez członków Sonłncewa, jak i twój staranny podpis pod przysięgą dyskrecji i wspólnej, jak widać z przelewów, bardzo owocnej współpracy - powiedziawszy to, uśmiechnął się. Był to uśmiech spokojny i cierpki. Krył tlącą się gdzieś w głębi furię.

Godot zachłysnął się powietrzem.

- To pomówienie... To...

- Nie bądź idiotą, Stiepan. Mam ludzi, którzy potrafią orzec czy podpis należy do właściciela czy też nie. Nie bądź taki zaskoczony. Sołncewo również ma swoich zdrajców.

Godot wstał od stołu ruchem szybkim i jakby szarpanym; krzesło z trzaskiem przewróciło się na podłogę.

- Poczekaj, ja... Nie wierz temu! To...

- Żegnam - Dymitr błyskawicznie sięgnął po pistolet, który jak zwykle miał ukryty pod marynarką i strzelił. Zamknąłem oczy, a w uszach odczułem dotkliwy ból.

Gdy je otworzyłem, Godot leżał już na podłodze z krwawiącym ochłapem mięsa zamiast głowy. Czułem, że zbiera mi się na mdłości, ale zdołałem nie okazać po sobie emocji. Serce biło mi jak oszalałe, ale nie spojrzałem na Dymitra ani z obrzydzeniem ani ze strachem. Wiedziałem, że nie mogę sobie na to pozwolić w obecnym towarzystwie.

Koszka siedziała niewzruszona i wolno upiła łyk swojego ginu.

- Od dawna odnosiłam wrażenie, że mamy przecieki. I tylko on wydawał mi się odpowiedni...

- To dlaczego nic nie mówiłaś? - wtrącił się Wasyl. - Mógłbym uniknąć tego „radosnego“ powitania, którym mnie uraczyli przez tego skurwysyna.

- Nie miałam pewności. Byłby to brak profesjonalizmu, oceniać ludzi tak pochopnie...

Nie skupiałem się na ich rozmowie. Zamiast tego wpatrywałem się w zwłoki Godota. Był to jeden z tych obrzydliwych widoków, który mimo wszystko przyciąga wzrok i pragnie się patrzeć. Jeszcze przed chwilą żywy, rozmowny, popijający whisky, a teraz już martwy, nieruchomy, leżący w kałuży krwi...

Do pokoju wszedł ochroniarz zwabiony wystrzałem.

- Posprzątaj to - rozkazał Iwanowicz, wskazując dłonią rozrzucone na podłodze zwłoki.

- Till, przejmiesz wszystkie jego obowiązki - zwrócił się do mnie.

Nie odezwałem się, zapatrzony jak ochroniarz podnosi bezwładne ciało i wynosi je z pokoju. Czy ja za zdradę zapłaciłbym tak samo? A może sprzeciw nie był czymś, czego według Dymitra mógłbym się dopuścić? Może w ogóle nie brał tego za prawdopodobne?

- Till, zrozumiałeś?

- Tak jest - odpowiedziałem i oblizałem usta.

Oto za sprawą śmierci Godota stałem się pełnoprawnym członkiem rady.


* http://www.youtube.com/watch?v=Lud3jpSUe4k