Info


Wcześniejsze rozdziały opowiadania znajdują się na stronie
http://www.yaoi.pl (teksty -> opowiadania -> "Siódmy Krąg" by Wilczyca)

Jeśli ktoś wyraża chęć, mogę informować na bieżąco o pojawianiu się nowych rozdziałów poprzez e-maila. Oto mój mail: dita-fm@wp.pl Możecie też kierować na niego wszelkie pytania, sugestie, ponaglenia, whatever.

wtorek, 21 lutego 2012

Rozdział czternasty

14. Cisza przed burzą (część druga)


„A my przez tłum wybrani,
Omotani, kołysani,
zadumani, zakochani,
Zasłuchani w serca głos,
Złączeni dłonią w dłoń
Przez chwilę nie podejrzewamy,
że okrutne, smutne, złe plany
Ma dla nas los“
*


Samochód zatrzymał się z piskiem opon. Miałam nawet wrażenie, że po jezdni poleciały iskry.

- No! Jesteśmy na miejscu. Tylko gdzie teraz? – zamyślił się Dima i znów sięgnął po mapę. Korzystając z tej niepowtarzalnej okazji, wydostałem się z tej cholernej blaszanej trumny na czterech kołach i zaczerpnąłem świeżego powietrza.

- Ja żyję! Żyję! – krzyknąłem, powstrzymując się przed pragnieniem ucałowania ziemi. – Jestem za młody, aby umierać!! Kto cię nauczył tak jeździć?!

Dima uśmiechnął się półgębkiem i na chwilę odrywając wzrok od mapy, odparł:

- Cóż… To dłuższa historia… - stwierdził zagadkowo.

- Domyślam się – mruknąłem i rozejrzałem się po okolicy.

W zasięgu mojego wzroku rozpościerały się małe drewniane domki i pola. Zdawało się, że to jedno z tych miejsc gdzie Diabeł nie mówi dobranoc. Diabeł może i o tym miejscu zapomniał, ale wiosna na pewno nie. Pola, a także lasy, które dostrzegałem w oddali, zupełnie już się zazieleniły. Było inaczej niż w Moskwie – bez tłumów ludzi i ciągnących się w nieskończoność zabudowań. Miejsce wyglądało na wyjątkowo spokojne i raczej nie kusiło przyjezdnych. Jaki będzie nasz pobyt tutaj…?

- Mam! Oto kraina nad Irkutem, mlekiem i wódką płynąca! – zakrzyknął z entuzjazmem i wyszedłszy z auta, poklepał mnie po plecach.

Zaciekawiłem się jego „wzniosłą” metaforą. Spojrzałem na jego rozpromienioną twarz i zapytałem:

- Czy to znaczy, że byłeś tu wcześniej? Czy z doświadczenia już wiesz, że każda kraina w Rosji jest „wódką płynąca”?

- Zdarzyło mi się tu być. I to jako zwykły, biedny mieszczuch. W związku z tym, są tu ludzie, którzy za takowego wciąż mnie uważają.

Zamyśliłem się nad tą informacją.

- Dlaczego wcześniej nic nie mówiłeś? – zapytałem nieco zaszokowany.

- Żebyś się podenerwował trochę – stwierdził ze złośliwym grymasem na twarzy. – Chyba nie myślisz, że tak naprawdę zabrałbym cię na jakąś nieznaną, zabitą dziurami wieś, co?

Widząc mój sceptycyzm wypisany na twarzy, nieco stracił pewność siebie.

- No co ty, Till… Że ja? Że mnie podejrzewałbyś o coś takiego?! – zapytał ten pełen wewnętrznego rozsądku człowiek, z wyrazem twarzy pokrzywdzonego dziecka.

Westchnąłem, po raz kolejny zdając sobie sprawę, jak to jest być tym młodszym a poważnym (sztywniakiem) i zmiarkowałem, że ten urlop z pewnością spokojny nie będzie.


***


Dima otworzył drzwi karczmy z wielkim hukiem, w bardzo westernowym stylu. Tak samo jak i na westernach, oczy wszystkich skierowały się w naszą stroną. Po takim spektakularnym wejściu, nie stanowiło to nic dziwnego, pomyślałem. To co dziwne, nastąpiło jednak zaraz potem.

- Kogoż to moje piękne oczy widzą! – zakrzyknęła kobieta siedząca na barze (tak, na barze), ubrana w bluzkę z bardzo głębokim dekoltem .

- Kopę lat, Karina! – odpowiedział Dima, zupełnie tak jakby faktycznie znali się „kopę”, jeśli nie dwie kopy lat.

Popatrzyłem na niego zdziwiony, kiedy zbliżaliśmy się do lady. Nie odwzajemnił spojrzenia.

- Widzę, że przyprowadziłeś ze sobą towarzysza. Cóż was sprowadza w te strony? – Karina zeskoczyła z lady i z uśmiechem zabrała się do nalewania nam piwa, chociaż przecież jeszcze nic nie zamówiliśmy.

- Tak, chcę mu pokazać kawałek Rosji.

- Oo, to towarzysz nie tutejszy? – zaciekawiła się z błyskiem w oku taksując moja osobę.

- Till Lohengrin – przedstawiłem się i podałem jej dłoń przez ladę.

Karina uścisnęła ją, w drugiej dzierżąc ścierkę.

- Karina Borysowna – odparła z prawdziwie bolszewickim uśmiechem i prawdziwie męskim uściskiem.

Była tęgą kobietą, mniej więcej około pięćdziesiątki. Miała mocne ramiona i równie mocny charakter. Odsłonięte piersi zachowały nienaganny kształt. W przeszłości z pewnością była ognistą pięknością. Teraz twarz miała zniszczoną zbyt mocnym makijażem i zapewne niełatwym życiem. Kiedy jednak się na nią patrzyło, od razu odczuwało się jakiś nostalgiczny sentyment – zarówno do jej urody, która przeminęła jak i do wciąż niespożytkowanego płomienia, który nadal ją wypełniał. Była zaradną i bardzo energiczną osobą.

- Mamy tu Niemca, czyż nie, młodzieńcze? A to ci heca. A wczoraj przyjechała Włoszka. Wyobrażasz sobie, Dymitrze? – zapytała, szczerze przejęta. Postawiła przed nami dwa kufle. – Na koszt lokalu.

- Dziękuję bardzo. To doskonale! Stara Szopa staje się lokalem międzynarodowym – odparł, upijając łyk z kufla.

- Tylko nie kpij, bardzo cię proszę! Ale ta Włoszka! Niezła z niej panna, słowo daję! Każdy chłop się za nią odwrócił, gdy weszła do knajpy.

- A weszła sama? – zainteresował się Dima.

- A skąd! Było kilku obok niej, ale ja to tam nie wiem… Czy to ojciec czy kochanek, kto to wie, kto to wie…

- Taki był stary?

- A któraż to kobita obejrzy się za gołowąsem…?

Ich rozmowa została przerwana przez pojawienie się klienta. Ten akurat gołowąsem nie był, miał nawet bardzo długiego, sumiastego wąsa i bardzo przepitą twarz. Wyrzucił z siebie jakiś nieskładny bełkot i zatoczył się nieporadnie, ale Karina, być może za sprawą wieloletniego doświadczenia, doskonale wiedziała, co mu podać.

Rozejrzałem się po knajpie, która w tej chwili była praktycznie całkiem pusta. Dostrzegałem tylko dwóch podejrzanych osobników, którzy siedzieli przy oknie i rozmawiali o czymś przyciszonymi głosami. Po lokalu roznosił się zapach papierosowego dymu i tego mdłego odoru, który zawsze towarzyszy spelunom. Było ciemno, obskurnie, ale w jakiś sposób… jakoś tak swojsko. Wtedy ta idea tylko nieśmiało zamigotała w mojej głowie. Przekonania o tym nabrałem dopiero potem.

Piłem karczmarze piwo i myślami powróciłem do rozmowy. Zrobiłem to w samą porę, bo pytanie akurat zostało skierowane do mnie.

- Cóż ty tu robisz, Till? Ojczyzna ci zbrzydła? – zaciekawiła się.

- Bujam się z Dimą – przyznałem szczerze i wyszczerzyłem zęby.

- Taak, lepiej nie mógł tego określić! – stwierdził ten i poklepał mnie po głowie.

- Ho, ho! Z takim nicponiem. A co ty robisz, Iwanowiczu? – pytała wciąż, żywo wszystkim zainteresowana.

- A handluję tu i tam… Wiesz, jak to jest. Tu coś się sprzeda, tam coś się kupi – rzekł i niewinnie wzruszył ramionami. Jego odzienie pomogło mu w wywołaniu wiarygodnego wrażenia. Kraciasta koszula, przetarta, rozpięta kurtka i kaszkiet przekrzywiony nieco na prawy bok. Kiedy przyglądałem się mu w tym stroju, wspomnienia z dzieciństwa wydawały się żywe jak nigdy dotąd. Niemal byłem pewien, że widzę tego za chudego, kanciastego chłopca z czapką na bakier… Przywdziewającego ten niewinny uśmiech i nieco wydymającego wargi, kiedy został przyłapany na psotach. W mojej głowie zawdzięczały słowa starej, wiedźmowatej Irmy, która krzyczała z okna: „To znowu ty, Iwanowicz! Znowu ty, ty cholerny Iwanowiczu! Wara od moich jabłek, bo wyciągam spluwę!!” A tymczasem Iwanowicz skakał przez płoty i wspinał się po drzewach lepiej od niejednej wiewiórki i niejednego cwanego kota…

- …jesteś, tu, Till?

Poderwałem szybko głowę w stronę lady, gdy usłyszałem swoje imię.

- Ach, wybacz! Jestem zmęczony podróżą. Tak się składa, że Dima chciał nas zabić.

Kobieta zaśmiała się na mój komentarz, od razu doskonale wiedząc, o co mi chodzi.

- Tu każdy tak jeździ! Ale słyszałam od przybyszy, że za granicą jest inaczej…

- A no jest! Uwierz, że posuwają się do przodu jak mrówki w smole… Ale nie o tym chciałem rozmawiać. Wiesz może czy poczciwy Gabrielo ma wolne pokoje?

Karina podniosła brwi i przez chwilę patrzyła na Dimę, kiwając głową.

- No, no… Coś mi mówi, że na tym sprzedawaniu i kupowaniu nieźle się musiałeś dorobić. Zachciało ci się do poczciwego Gabrielo? Toż to moje progi ci nie miłe? – drażniła się z nim z szerokim uśmiechem na jej czerwonych wargach.

- Moja droga, cóż ci każe myśleć w ten sposób? Ach, kobiety! Zawsze tylko te przekomarzania i narzekania! Wiesz, że wieczorami jest tu…

- Czyżbyś aż tak się postarzał, Dymitrze? Nie powiesz mi chyba, że zacząłeś chodzić do łóżka po wieczorynce? Nie do wiary!

- I znów łapiesz mnie za słowa! Możesz być pewna, że o tobie nie zapomnę! Ale czasem człowiek wyspać też się musi. Trzeba jeść i spać, żeby dużo pić!

Ta życiowa mądrość najwyraźniej dotarła do kobiety w stu procentach, bo walnęła pięścią w stół i radośnie oznajmiła:

- No, to rozumiem! W takim razie mogę wam powiedzieć, że sir Gabrielo ma wolne pokoje! A jaką klasę miał, taką zachował! Prześcieradła białe jak w reklamach telewizyjnych!

- Bardzo dziękuję! – dopił swoje piwo i z trzaskiem postawił je na stole. – Możesz mieć pewność, że na dniach do ciebie zawitamy!

- Trzymam za słowo, chłopcy!

Dima uniósł rękę w geście pożegnania, a ja skinąłem głową. Wyszliśmy z karczmy, a ja wbiłem w niego wzrok, znów zaskoczony, roztargniony i nie mogący zrozumieć tego, co działo się obok mnie.


***


Sir Gabrielo okazał się nostalgicznym, podstarzałym Rosjaninem z wąsem i z twarzą przypominającą pysk mopsa. Jego prześcieradła okazały się równie białe jak wspomniała Karina. Nie omieszkałem ich wypróbować jak tylko znaleźliśmy się w pokoju. Z irytacją doniosłem mój bagaż na trzecie piętro. Życie w luksusie zdążyło niemało mnie rozpuścić.

- Wytłumacz mi to wszystko, Dima! Wpadasz do knajpy i witają cię jak swojego! A powiedziałeś, że nie chcesz, aby nam spoglądali przez ramię, jak w Petersburgu czy…

Zwalił się na mnie i przygniótł mnie do łóżka, mówiąc:

- Teraz nikt nam przez ramię nie spogląda… - stwierdził przekornie i wsunął język w moje usta. Podrażniał mnie, wkładając mi go głęboko w gardło i równie gwałtownie wysuwając. Odwzajemniłem się, ssąc go, co wywołało gwałtowny jęk. – Mógłbyś mi tak zrobić… no wiesz…

- Najpierw mi to wszystko wytłumaczysz – zasugerowałem z uśmiechem. Nie chciałem mu mówić, że po rajdowej jeździe samochodem nie mam specjalnej ochoty na nic z tych rzeczy.

Westchnął, hamując się z trudem i niechęcią. Sięgnął dłonią, aby poluzować krawat, którego oczywiście wtedy na sobie nie miał. Zaśmiałem się, widząc ten mimowolny odruch.

Wykrzywił usta w grymasie i odparł z autoironią:

- Książę i żebrak w jednej osobie, co? – zamiast do krawatu, sięgnął do guzika flanelowej koszuli i go odpiął.

- Przestań. Opowiedz mi skąd ty znasz to miejsce! Witają cię tu jak swojego, widziałem przecież!

Dima skrzywił się nieco. Wyraźnie widziałem, że najchętniej uniknąłby kontynuowania tego tematu, choć nie chciał dać tego po sobie poznać. Widząc moje natarczywe spojrzenie, w końcu przystał na moje naleganie. Wstał i po chwili ciszy, w ciągu której zbierał myśli, odparł:

- Los kiedyś zagnał mnie w to miejsce. Tak się składa, że Karina jest kobietą, której wiele zawdzięczam. Spałem na jej wycieraczce…

- Że co?! – krzyknąłem i aż poderwałem się do siedzącej pozycji. Zacząłem się zastanawiać czy była to jakaś metafora lub rosyjski idiom i czy „na wycieraczce” nie ma jakiegoś innego, ukrytego znaczenia.

Bezradna, trochę rozbawiona, a trochę skrępowana twarz Dimy powiedziała mi jednak wszystko. A przynajmniej to, że wycieraczka to wycieraczka.

- To były cienkie lata, Till – odparł z rękami w kieszeniach. – Pamiętasz, kiedy ci opowiadałem o człowieku, który wciągnął mnie w mafię?

Skinąłem głową. Za każdym razem, kiedy Dimie zbierało się na wspomnienia, słuchałem go uważnie. Tym bardziej, że rzadko był w nastroju, aby mówić o swojej przeszłości.

- Miał pewne ważne sprawy do załatwienia. Interesy szły wtedy kiepsko. Zainwestował wszystkie pieniądze w interes, który miał mu przynieść fortunę, a tak naprawdę okazał się kompletnym fiaskiem. Był na skraju nędzy. A jego skraj był również moim skrajem. Aby załatwić te interesy, przejeżdżał przez małe miasteczko Maksimovschina. Właśnie w nim mnie wyrzucił na progu Starej Szopy. Była zima i powiedział, że mam tu na niego czekać za dokładnie tydzień. Nie miał forsy, aby dać mi na nocleg. Dostałem tylko parę rubli na jedzenie. Taaak… To był ciężki czas. Ale wiesz, jak to jest, Till. Będąc przestępcą, teraz jesteś milionerem, a jutro możesz już być żebrakiem. Weź także pod uwagę, że miał niemałe skłonności do rozrzutności. W ciągu tego tygodnia miał nas wyratować z nędzy, którą nam zgotował. Mówiąc krótko, przestał być wypłacalny, więc wszystkie współpracujące firmy odwróciły się od niego. To była wyprawa, aby odmienić los, w którą szczerze mówiąc nie bardzo wierzyłem. Byłem bezużyteczny, więc nie wziął mnie ze sobą. Dokładnie pamiętam słowa które wtedy do mnie powiedział: „Nie wiem, gdzie będziesz spał. Nie mam pojęcia, co będziesz jadł, kiedy pieniądze ci się skończą, ale… jesteś sprytnym skubańcem. Wymyślisz coś. I módl się, abym wrócił za ten tydzień”.

Nie modliłem się. Byłem przecież nie pierwszy, a jak podejrzewałem, nie ostatni raz zdany na swoje siły. W ciągu dnia krzątałem się po wsi, poznając okolicę i obserwując okolicznych ludzi. Traf jednak chciał, że spadł śnieg. Zrobiło się cholernie, nie do wytrzymania zimno… Wróciłem się do Starej Szopy, zastanawiając się nad tym, jak wybłagać nocleg. Nie byłem już małym dzieciakiem – nie budziłem takiej litości, jaką bym zyskał będąc całkowitym smarkaczem. Tak czy inaczej, wszedłem do środka speluny. Zachęcony ciepłem, które mnie ogarnęło, zbliżyłem się do lady. Stała za nią Karina, którą widziałem wtedy po raz pierwszy. Na moje pytanie o nocleg zmierzyła mnie raczej krytycznym spojrzeniem. Wiedziałem, że nie wyglądałem jakbym śmierdział forsą. Taka też była prawda. Warknęła coś o tym, że nie ma zamiaru sponsorować darmozjadów i że jeśli chcę tu siedzieć, to muszę coś zamówić. Nie podziałały argumenty, że za tydzień przyjedzie ojciec i za mnie zapłaci i że nie ma żadnego miejsca, w którym mógłbym spać. Wzięła mnie za bezdomnego żebraka, ale mimo to naciskała, że muszę coś kupić. Jeśli bym tego nie zrobił, wyrzuciłaby mnie. Kierując się jej radą, wziąłem najtańsze piwo i usiadłem przy stoliku. Targały mną ponure myśli; zdawałem sobie sprawę, że mój opiekun tak naprawdę może nigdy nie wrócić. Co wtedy pocznę, bez forsy i tak daleko od domu? Wiedziałem jednak, że Maksimovschina to miejsce zapomniane przez Boga i ludzi… Azyl, w którym nikogo się nie szuka. Pod tym względem czułem się bezpieczny, jednak… powieki coraz bardziej mi ciążyły, a za oknem szalała zamieć. Nie wiem w którym momencie, ale zasnąłem przy stoliku. Obudził mnie dopiero mocny, pewny siebie głos Kariny. „ Hej, ty! Zamykamy! Jest już trzecia rano” – warknęła do mnie. Spojrzałem na nią z twarzą człowieka cierpiącego. Jednak, jak zapewne zauważyłeś, Karina do miękkich niewieścich delikatności nie należy. Ciężko zszedłem z krzesła i zacząłem człapać do wyjścia. Złapałem za klamkę i powoli jeszcze raz odwróciłem się w stronę wnętrza knajpy. Wiedziałem, że jeśli teraz mnie nie zatrzyma, to będę zgubiony. Jednak i tym razem szczęście mi dopisało. Musiałem wyglądać tak żałośnie, że roztopiłem nawet zatwardziałe serce Kariny… Zatrzymała mnie, gdy tylko otworzyłem drzwi, z za których powiało zamiecią. Stwierdziła, że nie chce mieć mnie na sumieniu i że pozwala mi jednak zostać. Nie mogła jednak udostępnić mi żadnego pokoju, bo szef nieźle by ją zbeształ. Takim więc sposobem przespałem całą noc, a także kolejne noce tuż pod jej drzwiami. Widzisz, Karina mieszka w Starej Szopie. Jej mieszkanie oddziela od knajpy mały przedsionek, który to posłużył mi za sypialnię. Wytłumaczyła mi, że szef nie narusza jej prywatności i nigdy w ciągu nocy nie przestępuje progu przedsionka. W ten sposób moja nocna obecność nie wyszła na jaw… Dobra historia, co?

Słuchałem go zahipnotyzowany, z trudem wierząc w to wszystko. Dima miał silny charakter; przeszedł w życiu wiele okropności i zawsze wychodził z nich obronną ręką. Nie miałem pojęcia jak ja bym przetrwał, będąc na jego miejscu.

- Niezwykła… A co z twoim opiekunem? Jak się domyślam, wrócił? – dopytywałem się.

- Taaak – odparł, kiwając głową. – Dopiero po dziesięciu dniach. Byłem już nieźle przestraszony, niemal pewien, że nie żyje. Karina przywykła już do mnie i nie potrafiła mnie wyrzucić. Dużo rozmawialiśmy. Oczywiście nie mówiłem jej prawdy, ale i tak zyskałem jej sympatię. Nie wierzyła, że mam jakiegokolwiek ojca, ale słuchała moich opowieści, udając, że daje im wiarę. Jak wielkie było jej zdziwienie, gdy mój domniemany ojciec jednak się pojawił! Nie mam pojęcia czy uwierzyła, że naprawdę nim jest, ale… gdyby nie ona prawdopodobnie bym zamarzł w jakimś zaułku miasteczka… Wracając jednak do teraźniejszości... To miejsce, w którym nikt nie interesuje się wielkim światem. Ludzie żyją, przejmując się swoimi życiowymi drobnostkami… Rozmawiają o swoich dzieciach i krowach… Maksimovschina jest odizolowana, zapomniana, pozostawiona sama sobie. Idealna dla nas. – przy ostatnim zdaniu uśmiechnął się tajemniczo.

Dopiero w ciągu kilku następnych dni zrozumiałem coś jeszcze – choć Dima nigdy by się do tego nie przyznał, tutaj mógł odrzucić swój garnitur i maskę niebezpiecznego biznesmena i być po prostu tym beztroskim dzieciakiem, co kiedyś. Mógł bez ograniczeń cieszyć się mną, słomą w butach i dać upust swojemu wariactwu. Tutaj nikt nie planował swoich kolejnych ruchów, obliczonych na destrukcję przeciwnika. Tutaj po prostu się żyło – prosto, spokojnie i nie przeżywając większych życiowych zawirowań.


***


Tej nocy pomimo nowego otoczenia, spało mi się wyjątkowo dobrze. Wtulony w poduszkę o świeżym zapachu proszku do prania i w ramię Dimy, zasnąłem jak dziecko.

Dima zatracił całkowicie poczucie czasu, przestrzeni i tego, kim właściwie jest. Pijany szczęściem, dawał się roznosić niepohamowanej energii, która go wypełniała. Sprawiał wrażenie, jakby na siłę chciał powrócić do przeszłości, jak infantylnie i irracjonalnie to nie brzmi. Powrócił więc do swojego szczeniackiego sposobu bycia i połatanych ubrań, nawet jeśli miało to trwać tylko kilkanaście dni. Czy była to desperacja, czy brak rozsądku, nie potrafiłem ocenić. Być może już wtedy zdawał sobie sprawę, że są to nasze ostatnie podrygi beztroski i dlatego tak go rozpierało. Starał się nie uszczknąć nic z tego, co przeżywaliśmy. A ja, cóż, choć zirytowany jego nadpobudliwością, bawiłem się tą atmosferą razem z nim.

Jako, że znowu obudziłem się pierwszy, cicho zsunąłem się z łóżka i podszedłem do okna. Słońce oświetlało budzące się do życia miasteczko. Przez stare, drewniane futryny dochodziły odgłosy z zewnątrz. Słyszałem nawołujących się ludzi i pianie koguta gdzieś w oddali. Miałem ochotę zakosztować nieco z tej atmosfery. Przekręciłem małą klamkę i otworzyłem okno na oścież.

- Jabłka, pyszne jabłka! Hej, panie, kup pan trochę jabłek! Co panu szkodzi? Dwadzieścia kopijek! – dochodziło gdzieś z dołu. Głęboki głos niewątpliwie należał do kobiety. Chociaż nie widziałem ani jej, ani klienta, z ciekawością przysłuchiwałem się negocjacjom.

- Już ja znam te twoje jabłka, stara jędzo! Same zgniłe sztuki! – klient odpowiedział bezpardonowo, najwyraźniej zdegustowany.

- Aż tam, dyrdymały! Nigdzie nie dostaniesz takich jabłek, panie! Spójrz na ten kolor, czy takie piękne owoce mogą być zgniłe?

- Już ja znam sztuczki takich jak ty! Precz mi z drogi, szarlatanko!

Wzdrygnąłem się cały, wyczuwając niespodziewany dotyk na swoich biodrach. Odwróciłem się szybko i moim oczom ukazał się rozczochrany Dima.

- Rozkoszujesz się rozmowami lokalnej społeczności, Till? – zapytał z uśmiechem na ustach.

- Cóż, można tak powiedzieć – przyznałem.

- Idź kupić tych jabłek od ubogiej kobiety! – polecił mi, szczerząc zęby, jednocześnie przekopując się przez swoje rzeczy w poszukiwaniu ręcznika i szczoteczki do zębów.

- A na cóż mi zgniłe jabłka?

- Jakbyś zobaczył kobietę, która je sprzedaje, to po stokroć wolałbyś te jabłka niż ją! – odparł, nurkując po mydło, które jakimś sposobem znalazło się pod łóżkiem. Ten fakt zadziwił chyba także Dimę, bo skrzywił się i zmarszczył brwi.

- Aż tak źle? – zapytałem zaciekawiony, siadając na parapecie.

Energicznie pokiwał głową na moje pytanie.

- Aż przywodzi na myśl jakieś bajkowe wiedźmy! Kurczę, czy widziałeś gdzieś moją szczoteczkę?

Zaprzeczyłem, zastanawiając się jednak nad czymś zupełnie innym. Powróciłem myślami do starego sir Gabriela i zwróciłem się do Dimy.

- Słuchaj… Myślisz, że dla Gabriela nie wyda się to dziwne, że… no… sypiasz w moim pokoju?

Dima myślami chyba pozostał przy swojej szczoteczce, bo zajęło mu to chwilę, zanim odpowiedział na pytanie. Włosy sterczały mu śmiesznie, a w oczach bez trudu dostrzegałem nieme pytanie: „No gdzie ona jest…?”

- Hm, pewnie wydaje mu się dziwne. Na takich wsiach ludzie szukają wszystkiego, co jest dziwne, żeby potem mogli o tym gadać – odparł lekkim tonem.

- No i myślisz, że to dobrze? – zapytałem lekko zmartwiony, widząc, że zupełnie mnie nie zrozumiał.

- A czemu miało by być źle? Nie stresuj się, Till! Kiedy spędziłem tyle czasu w Starej Szopie, pewnej nocy przyszedł tam facet ze swoją świnią! Wyobrażasz sobie? Ale to była heca. No wreszcie! – odparł, już w pełni wyposażony w swój „łazienkowy zestaw”.

- Cóż, skoro takie rzeczy się tam dzieją, to podejrzewam, że to musi być niezwykłe miejsce… - mruknąłem z nutką ironii.

- A jest! Dziś wieczorem się o tym przekonasz… Choć wtedy wcale mi nie było do śmiechu… Tylko nie wypadnij z tego okna! – mruknął i przechodząc obok mnie, klepnął mnie w udo. – Wtedy to dopiero dostarczylibyśmy atrakcji miejscowym.

Chciałem już mu zadać jakieś pytanie o nasze dzisiejsze wyjście, ale Dima uprzedził mnie zanim powiedziałem cokolwiek.

- Zbieraj się powoli! Zwiedzimy okolicę. Ostatnim razem nie miałem wielu co do tego możliwości…

Nie czekając na moją odpowiedź, wyszedł do łazienki, która znajdowała się na drugim końcu korytarza.

Jak zwiedzać, to zwiedzać. Czemu nie? Po raz kolejny wyjrzałem z okna, obserwując takie same jak ten, drewniane domki i znajdujące się w oddali pola. Kobieta sprzedająca jabłka, albo przemieściła się w inne miejsce, albo zrobiła sobie przerwę. Nie słyszałem już jej nawoływań. Docierał do mnie zapach pieczonego pieczywa mieszający się z aromatem niedalekiej rzeki i świeżego nawozu. Jak to się mówi, wiejski klimat w całej swej okazałości.

***

Dzień, pomimo tego, że mieliśmy dopiero wczesną wiosnę, był naprawdę piękny i ciepły. Ja ubrałem cienką kurtkę, a Dima kroczył obok mnie w rozpiętej bluzie. Ruski naród, gorący naród.

- Wiesz, tak się zastanawiam… - zagadnąłem go, maszerując w górę drogi. – Dlaczego sir Gabrielo został sir Gabrielem?

Dima roześmiał się na to pytanie i zaczął się zastanawiać na głos:

- To zupełnie absurdalny pseudonim. Żaden z niego anioł, a rycerz tym bardziej. Podejrzewam, że pseudonim powstał podczas jednego z pijackich posiedzeń i przylgnął do staruszka na dobre.

Nie odpowiedziałem mu, w duchu miarkując jakby ten stary Gabrielo wyglądał w anielskiej bądź rycerskiej konwencji. Uśmiechnąłem się do swoich myśli, ale nie powiedziałem nic na głos. Zamiast rozmawiać, skupiłem się na drodze.

Jakiś czas temu zboczyliśmy z chodnika, przenosząc się na wydeptaną ścieżkę. Ścieżka stawała się coraz bardziej stroma, co sprawiało, że musieliśmy piąć się w górę. Było to odrobinę męczące, ale po tych wszystkich treningach, przez które przeszedłem, marsz nie sprawił mi większego problemu. Oddychałem po prostu szybciej, wciągając w nozdrza aromatyczne, pachnące lasem powietrze.

- Idziemy do lasu? – zapytałem.

- Nie mam pojęcia. Gdzie nas oczy poniosą.

Uśmiechnąłem się na tę radosną beztroskę, która wciąż się udzielała Dymitrowi. Coś mi podpowiadało, że powinienem czym prędzej zatrzymać jej napływ, by nie dopuścić do czegoś niedobrego, ale ignorowałem to przeczucie. Było zbyt wspaniale, ale to zakończyć.

Kiedy weszliśmy na szczyt pagórka, Dima splótł dłonie za głową i rozejrzał się po okolicy. Palcem wskazał mi krajobraz, który się rozpościerał przed nami. Spojrzałem w tym kierunku i zaparło mi dech.

- Och… Nie miałem pojęcia, że wchodziliśmy aż tak wysoko – odparłem, obserwując miniaturowe domki i lasy, które widniały w oddali. Wtapiałem spojrzenie w krajobraz, chcąc uchwycić go swoją pamięcią. Wiedziałem, że nie jest to możliwie – nie byłem w stanie zapamiętać intensywnej zieleni, która rozlewa się wokół w okresie wiosny, ani błękitu nieba, który to kontrastował z tą zielenią. Pomimo braku takiej możliwości, usilnie próbowałem. Aby zachować w sobie ten widok i zapach tamtejszego powietrza. Uczucie błogiego zmęczenia i euforycznej, dziecinnej radości.

- Jest wspaniale – odparłem, chcąc się podzielić tym, co czułem z Dymitrem.

On tylko uśmiechnął się szeroko, w naturalny, jak i nieposkromiony sposób. Był to uśmiech, który obejmował całą jego twarz i obnażał lśniące zęby. Kiedy spojrzałem na jego postać, stojącą na tle tego dziewiczego krajobrazu, naszła mnie niespotykana myśl. Iwanowicz w jakiś zaskakująco oczywisty sposób doskonale wpasowywał się w tę panoramę. Tak samo jak wilk otoczony dzikością lasu, tak samo on wydawał się znajdować w swoim naturalnym środowisku. Wraz z tą kraciastą koszulą lekko opadającą wzdłuż jego ciała, wyglądał tak dziewiczo naturalnie. Tak bardzo we właściwym miejscu.

Aby nie dać się porwać nostalgii rzeczy i miejsc na zawsze utraconych, podjąłem rozmowę.

- Dlaczego tak się uśmiechasz?

Niemo wzruszył ramionami. Udzielił mi odpowiedzi kilka chwil później.

- Chyba jestem szczęśliwy – odparł, cichym i nienawykłym do takich wyznań tonem. Jego uśmiech również zachwiał się odrobinę, na chwilę nieco opadając, aby znów zagościć na jego twarzy. Jednak ten moment, ułamek sekundy dosłownie, nie uszedł mojej uwadze.

Nigdy nie lubił mówić o swoich uczuciach wprost. Jak wielu mężczyzn, uznawał nadmierne rozwodzenie się nad tym za kobiece i świadczące o braku hardości. Czy i tym razem o to chodziło…? Czy może już wtedy zdawał sobie sprawę z tego, że ta chwila zostanie tylko wyblakłym wspomnieniem, które będzie stawało ością w gardle i usilnie kaleczyło krtań…?

Potrząsnąłem głową, aby strzepać z siebie te niepokojące myśli. Podszedłem do niego, chcąc go objąć i przytulić. Dima jednak nie pozwolił mi na to, najwyraźniej dopatrując w tym objawu litości czy niewygodnej w tej chwili dalekowzroczności. Nie chciał dać się porwać wzruszeniom, więc obrócił sytuację w żart, nagle mnie łaskocząc.

- Ej! W tej chwili przestań! – oburzyłem się, jednocześnie próbując go od siebie odepchnąć i śmiejąc się. Był na tyle zaborczy, że wkrótce wylądowaliśmy na trawie, szamocząc się.

- D-dima, odwal się! – warknąłem, chwytając go za ręce, aby przestał mnie dręczyć.

Śmiał się również, a kiedy zacząłem go okładać pięściami, w szaleńczym tempie poderwał się do biegu.

- Wracaj tu, ty tchórzu! – zakrzyknąłem za nim i również podniosłem się z wilgotnej trawy. Strzepnąłem z siebie pojedyncze źdźbła i przystąpiłem do pogoni za moim oprawcą.

Biegłem co sił w nogach, czując, że mam zupełnie mokre spodnie i jestem cały zgrzany pod kurtką. Z pewnością miałem wypieki na policzkach, ale przyczyniało się to bardziej do mojego dobrego nastroju, niż uczucia zirytowania. Wkrótce dogoniłem Dymitra, który prawdopodobnie sam mi na to pozwolił. Zaowocowało to kolejną bitwą na mokrej trawie i doszczętnym pomoczeniem sobie ubrań. Pomyślałem sobie wtedy, że życie może mieć smak. I to wcale nie byle jaki.


***


- Poproszę jeszcze kilka takich kanapek, Gabrielo! Są zachwycające – odparł Dima, przełykając kolejny kęs i bijąc się w pierś, aby lepiej przełknąć. – Ty też chcesz, Till?

Pokręciłem głową, kończąc swoją porcję. Nie wiem za sprawą czego tak się działo, ale pomimo tego, że jadłem zwykłe, powszednie jedzenie, smakowało naprawdę niepowtarzalnie. Dima musiał doświadczać tego samego.

Gabrielo przypatrywał się nam, z dobrotliwością, z jaką starsi patrzą na młodych. W rzeczy samej, w jego pomarszczonej twarzy z długim wąsem odbijała się pewnego rodzaju troska.

- Nie ma sprawy, Dymitrze. Oto dokładka. – odparł Gabrielo, kładąc przed Dimą kolejną porcję.

Cóż to za dziwny świat, w którym wszyscy są na „ty”, a stary, poczciwy Gabrielo dokłada kanapki na talerz, pomyślałem. Taki prostolinijny i baśniowy świat.

- Byliście na spacerze? – zapytał Gabrielo.

Dima energicznie pokiwał głową.

- Taak. Wybraliśmy się do lasu i na pola. To świetne miejsce, żadnych wścibskich ludzi.

- W rzeczy samej, bardzo spokojnie – zgodził się gospodarz i lekko kiwnął głową. Odniosłem wrażenie, że jego wąs pokiwał się razem z nim.

Powierciłem się na stołku, z dyskomfortem odczuwając, że mam cały mokry tyłek. Zastanawiałem się właśnie czy zostać z nimi jeszcze chwilę czy udać się na górę w celu zmiany odzienia, gdy pytanie zostało skierowane do mnie.

- A Irkut już widziałeś, młodzieńcze?

Pokręciłem głową.

- Jutro tam idziemy! Ale raczej po południu, bo rano będzie trzeba odespać! – wtrącił się Dima.

Widząc pytające spojrzenie Gabriela, tym razem ja się odezwałem.

- Idziemy wieczorem do Starej Szopy.

- Och, do takiej speluny! – obruszył się Gabrielo. Z jego miny jednak wywnioskowałem, że jest to zdegustowanie całkowicie żartobliwe i równie dobroduszne jak jego pomarszczona, mopsia twarz.

- Nie gadaj! Chodź z nami! – nakłaniał Dima, wstając już od stołu.

- Jestem już za stary na takie szaleńcze pijaństwo! Tylko nie zostaw gdzieś pod stołem swojego zagranicznego kolegi, Dymitrze!

Dima uśmiechnął się łobuzersko, zupełnie tak, jak niegdyś uśmiechał się do swojej matki.

- O to się nie martw! Till nabrał już nieco wprawy! – stwierdził z przekonaniem, którego ja wcale nie miałem, i poczochrał mi włosy.

Spojrzałem na niego sceptycznie, ale on jakby tego nie zauważył. Zmarszczyłem brwi i w myślach ostrożnie zadałem sobie pytanie: czy pijąc całą noc w towarzystwie Dimy zdołam jakimś cudem zachować twarz?


***


Kiedy tylko przekroczyłem próg Starej Szopy, od razu poraziło wszystkie moje zmysły. Powietrze było przesiąknięte zapachem potu i alkoholu. Wesoła, skoczna muzyka, która wypełniała pomieszczenie zagłuszała gwar rozmów, lecz czasem to krzyk przybyłych zagłuszał muzykę. Oszołomiony, postąpiłem kilka kroków na przód. Dymitr na chwilę położył mi dłoń na ramieniu, jakby obawiał się, że zgubi mnie w tłumie. Kiedy byłem tu dzień wcześniej nie spodziewałem się, że stara, drewniana knajpka może się cieszyć taką popularnością. Najwyraźniej była to jedyna speluna w okolicy i właśnie dlatego pękała w szwach. Dima pewnym krokiem, z równie pewnym, zawadiackim uśmiechem podszedł do lady baru.

- Oto jesteśmy, Karino! – zakrzyknął do kobiety, która była zajęta wycieraniem kufli i rozmową z jakimś wyjątkowo rozgadanym pijaczyną.

Uśmiechnęła się i skinęła do nas głową. Chwilę potem podeszła bliżej.

- No! – zamachała ścierką. – Już myślałam, że nie przyjdziecie! Wczoraj już nie mieliście siły, co?

- A no nie! Till padł jak dziecko!

Spojrzałem na niego spode łba, obruszając się zdrowo. Szturchnąłem go w ramię, na co on z chęcią mi oddał.

- Zamawiacie coś? Nie liczcie, że za każdym razem będziecie dostawać na mój koszt! – zapowiedziała surowo i pogroziła nam palcem.

- A daj no po kolejce! – odparł Dima i wręczył jej kilka monet. Najwyraźniej dał jej więcej niż za „jedną kolejkę”, dlatego dodał z sugestywnym spojrzeniem: - Na razie po jednej.

- No, Dymitrze, widzę, że nieźle się dorobiłeś przez te wszystkie lata!

Jej ciemne oczy błyszczały żywo, kiedy wpatrywała się w Dymitra, najpewniej zastanawiając się w jaki sposób „się dorobił”. Począłem się głowić, jak to niespodziewane spotkanie wyglądało w perspektywie Kariny. Kilka lat temu miała przed sobą młodego Dymitra, którego wzięła za żebraka. W momencie rozstania zapewne była przekonana, że nigdy więcej go nie zobaczy. A ten zjawia się jednak po latach, zupełnie inny niż kiedyś, bardziej pewny siebie i ze mną u boku. Czy Karina zastanawiała się jakie prądy w życiu porwały Iwanowicza po opuszczeniu Maksimovschina i co tak naprawdę zagnało go z powrotem w to miejsce?

- Dorobił się? Kto się dorobił? A jak się dorobił? Młody człowieku, jeśli to prawda, to postaw trunek!

Zaskoczony spojrzałem na starego pijaczynę, który przed chwilą zagadywał Karinę. Miał łysą czaszkę, która przypominała jajko, długą, szpakowatą brodą i niewiele zębów. Usiadł obok mnie i, o zgrozo, nachylił się do mnie, aby Dymitr dobrze go usłyszał.

- Tego już za wiele, Jona! Nie będziesz mi tutaj oskubywał klientów!

- Chociaż jedno piwko, panie!

Dima miał wyraz twarzy jakby się zastanawiał i po chwili rzeczywiście sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej pojedynczą monetę. Rzucił ją w kierunku pijaka, a ten, niczym tresowany pies, podskoczył ze stołka i złapał podarunek.

- Ha, widzisz Karina! – zakrzyknął Dima i uderzył w ladę. – Ma drań refleks! Należy mu się. Za mało dziś jeszcze wypił.

Karina spojrzała na niego sceptycznie, jakby chciała powiedzieć, że ten mógłby jej nie złapać tylko wtedy, gdyby był trzeźwy, jako, że byłby to dla niego stan nienaturalny. Zanim jednak powiedziała cokolwiek, stary pijak krzyknął z entuzjazmem w stronę Dimy:

- Dziękuję ci bardzo, dobry człowieku! Niech ci Bóg w dzieciach wynagrodzi!

To powiedziawszy, wręczył pieniądze Karinie, która to już dobrze wiedziała, co mu podać.

- Nie jestem dobrym człowiekiem – odparł z przekąsem Dima – i Bóg nic mi nie będzie wynagradzał – stwierdził i stuknąwszy się ze mną kieliszkiem, połknął jego zawartość. Zrobiłem to samo i poczułem jak obrzydliwy smak rozchodzi mi się po gardle żywym płomieniem. Nie mieliśmy nic do zapicia, a jakoś nie odważyłem się zapytać w miejscu takim jak to. Nie chciałem się narazić na szyderstwo i wyzwiska obecnych, więc pogodziłem się z zaistniałą sytuacją.

- Jesteś za skromny, Dymitrze. Spójrz jak go uszczęśliwiłeś! – Karina mruknęła cynicznie, wskazując na Jonę.

- Z resztą, starcze – zagadnął. – Bóg z pewnością by ci do kieliszka nie dolewał!

Na ten komentarz wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem, oprócz podmiotu samego dowcipu. Ten wziął to do siebie bardzo poważnie.

- Bóg wspiera takich jak ja! To miejsce – odparł, wskazując na stłoczonych wszędzie ludzi, panujący gwar i głośną muzykę – To przystań, oaza dla zagubionych, strudzonych wędrowców, dla których nie ma miejsca nigdzie indziej.

- Cóż, mamy tu filozofa – stwierdził Dima, najwyraźniej przekonany, że drobny datek wykupił mu możliwość kpin nad pijaczyną.

Gestem dał do zrozumienia Karinie, aby napełniła nam kieliszki. Rozparł się wygodniej na niezbyt wygodnym siedzeniu i kontynuował:

- Dlaczegóż to los cię zagnał w miejsce takie jak to? Będziesz nam prawił moralne mądrości, starcze?

Karina spoglądała zaintrygowana na Dimę, z lekko rozchylonymi ustami, jakby chciała coś powiedzieć, ale milczała. Mnie też odrobinę zastanawiało, dlaczego Dima zechciał być taki dokuczliwy. Starzec jednak nie specjalnie zdawał sobie sprawę, że jest przedmiotem kpin. Umoczył usta w swoim trunku i odpowiedział:

- Moralne mądrości – zagadnął, unosząc jedną rękę w górę. Ręka zakołysała się lekko, zanim nabrała jako takiej równowagi. – Ten tam jest od moralnych mądrości.

- Bardzo poważny z ciebie pijak, to trzeba przyznać. I jakież to moralne mądrości ci podpowiedział? Dawno z nim nie rozmawiałem. Czy poradził ci, aby… mniej pić?

Dymitr roześmiał się, najwyraźniej ubawiony swoim własnym żartem. Spojrzałem w jego oczy, w tamtej chwili ciemne i pełne wesołej kpiny, a zarazem poczucia wyższości. Jona zakołysał się na krześle i złapał się za czoło. Karina najwyraźniej uznała, że ta absurdalna rozmowa dobiegła końca, bo zwróciła się do Dymitra:

- Zebrało się wam na dysputy teologicznie, nie ma co! Macie, to coś specjalnego. – odparła i postawiła przed nami dwa drinki.

- Co to jest? – zapytałem, lekko kołysząc szklanką i obserwując przesuwające się kostki lodu.

- Męska rzecz. Kobiety nie piją takich drinków – wyjaśniła, jeśli można to nazwać jakimkolwiek wyjaśnieniem.

Począłem się zastanawiać, czy skończę po tym wymiotując nad klozetem, ale Dima nie dał mi czasu na dalsze rozważania. Klepnął mnie w plecy i wyzywająco spojrzał mi w oczy.

- Ścigamy się?

- To będzie samobójstwo – stwierdziłem, wnioskując z słów Kariny.

- Oj, będzie, będzie – zawtórowała mi. Zaraz jednak dodała: - Pokażcie, że macie jaja!

Niepewnie spojrzałem na Dymitra, który sugestywnie wpatrywał się w moją szklankę.

- Ja nie wiem czy to będzie zabawne… - zawahałem się.

- Uwierz mi, że to przydatna umiejętność. Wymiękniesz przy damie, Till? – prowokował mnie. – Chcesz mi powiedzieć, że Karina jest bardziej męska od ciebie?

Wściekle wyszczerzyłem na niego zęby i kątem oka spojrzałem na Karinę. Jak się jednak okazało, komentarz ten wcale jej nie dotknął, tylko rozbawił. Z zaciekawieniem obserwowała naszą dwójkę, zastanawiając się czy podejmę wyzwanie.

- Niech będzie… Raz się żyje, czy tak?

- No. Tego się po tobie spodziewałem.

Stuknęliśmy się szklankami i… oczy prawie wyszły mi z orbit, gdy poczułem jak mocny trunek mi podano. Piłem i piłem i miałem wrażenie, że ten moment przeciąga się w nieskończoność. W końcu oderwałem szklankę od swoich ust i z hukiem postawiłem ją na stole. Poczułem, że zdrowo mną to wstrząsnęło i z paniką przyłożyłem sobie dłoń do ust. Jak się okazało, nie dopiłem do końca i poniosłem spektakularną porażkę. Dima nie dawał mi forów. Zauważyłem, że otarł sobie usta rękawem i stwierdził:

- Niezłe… Daj jeszcze raz to samo, Karino.

Widząc moje przerażone spojrzenie, dodał uspokajająco:

- Nie będziemy już pić na wyścigi…


Nie trwało to jednak długo, zanim świat zaczął mi się rozmazywać przed oczami. Ogarnęły mnie lekkie, całkiem przyjemne zawroty głowy. Nie do końca potrafiłem skupić się na rozmowie, więc nieprzytomnie zacząłem rozglądać się po barze. Ludzie byli stłoczeni w każdym kącie; żywi, spoceni, pogrążeni w pijaństwie. Roześmiani hulaszczym, wrzeszczącym śmiechem. Zatraceni.

- Idę do ubikacji - powiedziałem, chociaż musiała minąć chwila zanim się zorientowałem, że to mój własny głos.

Dima spojrzał na mnie niepewnie, gdy wstałem, kurczowo przytrzymując się oparcia krzesła. - Poradzisz sobie?

- Nie kpij ze mnie - mruknąłem i udałem się w kierunku wskazanym przez Karinę.

Przechodziłem pomiędzy ściśniętymi stolikami, z trudem zachowując równowagę. Kołysałem się lekko, przechylając z lewa na prawo, ale nie przeszkodziło mi to w przemierzaniu kolejnych metrów. Wyczuwałem na sobie nieufne spojrzenia obecnych. Byłem tu obcy. Nie znali mnie i teraz spoglądali czujnie, może i odrobinę wrogo, pomimo swojego upojnego stanu. Na chwilę przeniosłem na nich wzrok i moje przypuszczenia jak najbardziej się potwierdziły. Przez ułamek sekundy wychwyciłem kilku mężczyzn o szerokich, przepitych twarzach i dwie kobiety o pełnych kształtach. Ta obserwacja jednak nie wyszła mi na dobre, bo niezgrabnie wpadłem na kogoś.

- Ej! Uważaj jak łazisz! - warknął ten ktoś groźnie.

Nie odpowiedziałem, tylko okrążyłem osobnika. Był wysoki, dużo wyższy ode mnie, a w obecnym stanie nie wykorzystałbym nawet najprostszego chwytu, którego nauczył mnie Jegor.

W końcu dotarłem do drzwi wychodka, chociaż zdawała się to droga długa i trudna. Zaintrygowany zauważyłem, że w drzwiach tkwi duża dziura, przez którą mógłbym włożyć rękę, a zamka w ogóle nie było. Nie przejmując się tym za nadto, uchyliłem je na tyle, abym mógł wejść do środka. Tu jednak na mojej drodze stanęła kolejna przeszkoda. Moim oczom ukazał się stojący tyłem mężczyzna, który ostro brał opierającą się o ścianę kobietę. Zdążyłem tylko wychwycić szybkie ruchy jego bioder, zanim odwrócił głowę w moją stronę i warknął:

- Spieprzaj stąd.

- A już się zastanawiałem czy na was nie nasikać - mruknąłem z uśmiechem.

Spojrzał na mnie rozwścieczony, ale był zbyt zajęty tym, co robił, żeby wdawać się w kłótnię. Zamknąłem drzwi, a raczej przymknąłem na tyle, na ile było to możliwe i wzrokiem wychwyciłem wyjście z lokalu. Do damskiej nie miałem zamiaru się wybrać, tym bardziej, że mógłbym tam zastać podobną scenę.

Załatwiwszy swoją potrzebę, miałem już wejść z powrotem do środka, gdy nagle z knajpy wyłonił się Jona. Spojrzałem na niego zaciekawiony, czekając na jego słowa.

- Młody człowieku! - zaczął tak pompatycznie, jak się tego po nim spodziewałem. - Spójrz na te gwiazdy! - mruknął, wyciągając w górę swoją kościstą rękę.

Popatrzyłem w górę, tak jak mi polecił, ale na niebie nie było żadnych gwiazd. Zmierzyłem go sceptycznym wzrokiem.

- Dziś nie ma żadnych gwiazd.

- Ależ są. Zawsze są, nawet jeśli ich nie widać.

Drgnąłem, całkowicie zbity z tropu przemyślnością tej uwagi. Wpatrzyłem się w starca uważniej, zastanawiając się czy może nie jest jeszcze zupełnie pijany. Oczy jednak miał całkiem zamglone, a ruchy niezgrabne, co nie pozostawiało mi wątpliwości.

Kiwnąłem głową.

- Tak... To prawda.

- One wskazują drogę do domu - stwierdził z pewnością siebie, która sugerowała, że doskonale wiedział, o czym mówił.

- Jak mogą wskazywać cokolwiek, skoro ich nie widać?

Starzec otworzył usta, obnażając swoje kilka zębów. Im dłużej mu się przyglądałem, tym bardziej przypominał mi filozofa z zamierzchłych, greckich czasów. Wrażenie było na tyle mocne, że dałem się porwać nurtowi tej dyskusji.

- W tym właśnie tkwi największy problem. Dlatego tak trudno nam odnaleźć drogę do domu. Wiesz, młody człowieku, czym jest dom?

Coś mnie ścisnęło w środku na to pytanie. Jak ja, nigdy do końca swój, zawsze po części cudzoziemiec, mogłem wiedzieć czym jest dom? Jak mając wyniosłą, posągową Ulrike za matkę mogłem mieć o tym jakiekolwiek pojęcie?

Jednak zaraz po tych gorzkich pytaniach w mojej głowie pojawił się obraz małej izdebki, w której zwykłem przebywać z Dimą i jego matką. Czy to... czy to mogło być...?

- Czasem do domu nie da się wrócić - odparłem z nieprzyjemnym, trudnym do przełknięcia poczuciem rzeczywistości.

- Trzeba szukać...

- Nie, nie! - przerwałem mu. - Czasem po prostu świat się zmienia... i domu już nie ma. Ludzie już nie są tymi samymi... - zacząłem nieskładanie, doświadczając przemożnego poczucia absurdu, że tłumaczę się z moich odczuć pijanemu w sztok staruchowi. Ale co poradzić, skoro okazało się, że jest filozofem...?

- Dom... zawsze jest dom... Tylko trzeba nauczyć się do niego wracać.

Zmarszczyłem brwi. Nie rozumiałem. Może nie chciałem zrozumieć.

- Pewnie, starcze. Czy to jest twój dom? - wskazałem na drzwi Starej Szopy. - Jesteś tu zapewne codziennie, więc...

Pokiwał głową, w jakiś smutny, pełen rezygnacji sposób, przeznaczony wyłącznie dla starych ludzi.

- Ja nigdy nie nauczyłem się wracać.

Otworzyłem szeroko oczy, słysząc to. Jak to możliwe? Czy ten człowiek na prawdę był taki mądry czy był tylko starym, szalonym pijakiem, który nawet nie zdawał sobie sprawy ze znaczenia swoich własnych słów...?

W tamtym momencie drzwi się otworzyły i stanął w nich Dima. Miał na ustach ten sam szyderczy uśmiech, jak wtedy gdy rozmawiał z Joną.

- No nie, Till! Czyżby „tymczasowy“ wychodek przemienił się w agorę? Czym to ten staruch teraz cię zabawia? - odparł, wyciągając z paczki papierosa.

- A ty! - zwrócił się do Iwanowicza - Czy odnalazłeś swój dom?

Dima ubawiony uniósł brwi i spojrzał na mnie. Zdziwił się, widząc, że nie podzielam jego rozbawienia.

- A to co, Till? Czyżby ten przewodnik moralny naprowadzał cię na właściwą drogę?

- Na drogę do domu - poprawił Jona, mocno akcentując każdą sylabę i znów nie zdając sobie sprawy, że jest wyszydzany.

- Należy ją odnaleźć...

Tym razem Dima mu przerwał, machając ręką.

- Słyszałeś o spalonych mostach, starcze? A teraz zamilcz i zejdź mi z oczu. Nie mam zamiaru słuchać obłąkanych ludzi.

Podniosłem na niego wzrok. Rozbawiony z jego nieuzasadnionej, dziecinnej złośliwości, zapytałem:

- Czyżbyś nie chciał słuchać głosu przewodnika moralnego?

Dima skrzywił się i zaciągnął mocno.

- Już dawno nauczyłem się ignorować takie głosy - odparł, wydmuchując dym. - Tak samo jak i głos własnego sumienia.

Drgnąłem, zdając sobie sprawę jak chłodno została wypowiedziana ta uwaga. Przez chwilę doznałem wrażenia, że Dima właśnie dlatego jest taki szyderczy w stosunku do pijaczyny; być może nie chciał, żeby ten powiedział o czymś, o czym ten nawet nie chciał pomyśleć. Na przykład o powrocie do domu.

- Nie słuchaj tego głupca. Idź za to posłuchaj śpiewów. Jak na zupełnie pijanych nieźle im idzie.

Już kilka minut później rzeczywiście słuchałem śpiewów, wlewałem w siebie kolejne porcje tego, co postawił przede mną Dima i tańczyłem... Tak, tańczyłem, chociaż kręciło mi się w głowie w zupełnie już nie przyjemny sposób. Przerzucałem się tylko, a raczej to mnie przerzucano z pary do pary. O ile się nie mylę, to był jakiś wiejski taniec. Przez chwilę tańczyłem chyba nawet z Dimą. Głównie jednak dotykałem spoconych kobiecych dłoni, które próbowały mnie nauczyć jakichś nieskomplikowanych ruchów. Ogólnie wytworzył się gwar i zamęt, a ludzie byli zbyt pijani aby zauważyć jak nieporadnie i śmiesznie to wszystko wyglądało.

Bawiłem się świetnie, spocony, rozgorączkowany i nie całkiem przytomny. Od czasu do czasu wychwytywałem tylko wzrok Jony, który nie tańczył. Starzec wbijał we mnie poważne, surowe spojrzenie swoich mętnych oczu, jakby chciał mi o czymś przypomnieć. O czym jednak? Tego już nie wiedziałem, pogrążony w alkoholu, muzyce i tańcu.


***


Kiedy się obudziłem, doświadczyłem dziwnego wrażenia, że leżę na czymś twardym. Dodatkowo w ciągu kolejnych sekund zacząłem czuć, że mam kończyny, ale było to odczucie wyjątkowo bolesne i nieprzyjemne. Wydałem z siebie pełen niezadowolenia pomruk i niepewnie otworzyłem oczy. Nie stanowi to zaskoczenia, że zobaczyłem sufit. Z trudem przekręciłem się na drugi bok, żeby zauważyć, że... leżę na podłodze.

- Co do cholery? - mruknąłem zdezorientowany.

Wydałem z siebie przeraźliwy krzyk, czując, że coś zimnego leje się na moją głową. Rozległ się pełen radości śmiech Dimy, który stał nade mną z butelką wody.

- Czy ty zgłupiałeś? Zgłupiałeś, kurwa! - krzyknąłem, czując jak woda kapie mi z włosów.

- Pobudka, paniczyku! Już się wyspałeś. Ja ci tylko pomagam dojść do siebie.

- Bardzo mi pomagasz, nie ma co... Nawet mnie do łóżka nie mogłeś położyć? - zapytałem pretensjonalnie.

Dima złapał się za boki i bardzo starał się wyglądać na obrażonego.

- Ależ ja bardzo chciałem położyć cię do łóżka! I nawet to zrobiłem, ale ty uparcie z niego wyskakiwałeś!

- Naprawdę? - zdziwiłem się.

- Tak! Twierdziłeś, że masz lęk wysokości.

Drgnąłem i czułem, że zaczynam się rumienić, ale i tak zaprotestowałem mocno.

- Ś-ściemniasz!

- Oj, chyba nie - odparł wesoło i usiadł na podłodze przede mną.

Jak on mógł prezentować się tak porządnie po takiej nocy? Był ubrany w białą koszulę i wyglądał bardzo świeżo i promienie. Czyżby to przez lata praktyki...?

Zupełnie jakby wiedział o czym myślę, przeczesał sobie włosy palcami. Leniwie wyjrzałem za okno, a potem znów spojrzałem na niego.

- Która godzina?

- Coś po dwunastej. Wczoraj wróciliśmy w środku nocy.

Skinąłem głową. Zapadła cisza, którą wypełnił śpiew ptaków za okna. Od kiedy byłem dzieckiem uwielbiałem ich ćwierkanie. Niosło ze sobą radość i kiedy dorosłem nieodłącznie kojarzyło mi się z dzieciństwem. Za każdym razem gdy słyszałem ich śpiew ogarniała mnie jednak jakaś dziwna nostalgia, nieuchwytne, trudne do opisania uczucie. Takie, jakbym próbował gonić wiatr.

Dymitr siedział na podłodze, patrzył na mnie niedyskretnie i bez skrępowania. Promienie słońca odbijały się na jego twarzy, rozświetlając ją z jednej strony. Kładły się także na jego włosach, nadając im jasną, wypłowiałą barwę.

Dima wyciągnął dłoń w moją stronę i dotknął mojego policzka. Nie próbował się zasłaniać przede mną. Przez jego twarz przebłysnęło mnóstwo emocji; strach, tkliwość, troska, czułość. Nie powiedział jednak ani słowa, wszystko zawierając w tym krótkim geście. Kiedy zabrał dłoń, na jego obliczu mogłem już tylko zobaczyć pogodę ducha.

- Chodź. Czas iść nad Irkut.


***


Miałem strasznego kaca i prawdę mówiąc nie miałem najmniejszej ochoty ruszać się z pokoju w tamten dzień. Marudziłem, droczyłem się i wzdychałem, ale tak jak zazwyczaj, uległem namowom Dimy. Dlaczego zawsze mu ulegałem? Czy za sprawą mojej słabości do niego czy słabości charakteru? Nawet dziś nie potrafię tego stwierdzić. Jednak dzień nad Irkutem nie był dniem straconym. Jeszcze dziś potrafię zobaczyć przed oczami scenę, jak Dima stoi po łydki w wodzie, z podwiniętymi nogawkami i zakrywa sobie twarz przed słońcem. Wtedy, wbrew pozorom, wszystko jeszcze było proste. Nie wymagające... aż takich poświęceń.

- Zaraz jakąś złapię, Till! Zobaczysz! - pochylił się i położył sobie dłonie na kolanach.

- Zachowujesz się jak małe dziecko, Dima! Na co nam ryba? Możesz sobie kupić cały sklep rybny. I jak niby złapiesz ją gołymi rękami? - wyraziłem swój sceptycyzm.

Siedziałem na niewielkim kamieniu, który wystawał ponad powierzchnię wody.

- Do prawdy! Czy ty już w ogóle nie masz ambicji? - zagadał dziarskim tonem.

- Ambicje to ja mam, ale kaca również. I to nieziemskiego. Wszystko dzięki tobie!

- Zrzędzisz jak stara baba! - mruknął i roześmiał się. - Nie wyglądałeś wczoraj na niezadowolonego.

Skupił swoją uwagę znów na dnie rzeki. W tym miejscu poziom wody był wyjątkowo niski i gdyby szczęście mu dopisało, może faktycznie złapałby jakąś rybę... Co jednak nie wydawało się zbyt prawdopodobne. On lustrował wodną głębię, a ja wtopiłem wzrok w bystry nurt. Rzeka lśniła srebrzyście i wprawiała mnie w senny nastrój. Ulegając temu uczuciu przymknąłem oczy. Było tu tak spokojnie. Wiatr lekko muskał mnie po twarzy, a w powietrzu unosił się zapach trawy.

Otworzyłem oczy, słysząc, że Dima zbliża się w moją stronę. Oparł ręce na moich kolanach i stwierdził ze sztucznie zawiedzionym tonem:

- Chyba faktycznie nie złapię dziś żadnej ryby.

- Musimy się zadowolić tym, co poda nam na kolację Gabrielo.

Parsknął śmiechem na tę uwagę i pociągnął mnie do wody. Miał mokre dłonie i przez koszulę odczuwałem ich chłód. Oparł głowę o moją pierś i odparł:

- Dobrze jest czasem odpocząć.

- Yhm - mruknąłem i leniwie go pocałowałem. Dima zareagował gwałtowniej i pieszczota stała się bardziej zachłanna.

Jego dłoń przeniosła się na moją szyję, a potem na ramię. Przerwał pocałunek i w zamyśleniu przesunął palcami po moich ustach. Ujął mnie za rękę i splótł ze mną swoje palce.

W tym dniu było coś leniwego, powszedniego, jednak był to zarówno jeden z tych dni, który za sprawą jakichś tajemniczych czynników zawsze się wspomina i do którego się wraca. Niby nie niósł ze sobą nic nadzwyczajnego, jednak... po tylu latach tak dobrze pamiętam, jak Dima się uśmiechał. Mogę zamknąć oczy i bez trudu przypominam sobie zapach wody; świeżej, zimnej, niosącą ze sobą lekki aromat mułu.

Pospolity dzień, składający się z prostych, prozaicznych gestów, których teraz tak bardzo mi brakuje.

Czas pomknął do przodu, a my... cóż, nie minęło wiele, zanim nam przypomniano, że to nie odpowiedni moment, aby wracać do przeszłości i udawać dwóch, beztroskich chłopców, którymi kiedyś byliśmy.

Kilka dni później, kiedy Dima siedział rozparty w naszym hotelowym pokoju, zadzwonił jego telefon. Na początku nawet nie zwrócił na to uwagi; był zarumieniony przez grzańca, którego piliśmy, roześmiany, gestykulował żywo, opowiadając mi o książce, którą kiedyś czytał. Jego myśli pomknęły zupełnie do postaci z owej opowieści. Doskonale dostrzegałem, że jego oczy widzą bohaterów, o których opowiadał; widziały miejsca, w których przyszło im żyć. Szturmujący dźwięk telefonu jednak nie dawał za wygraną. W końcu Dima machnął ręką, jakby chciał odgonić muchę i ze zmarszczonym czołem oraz nieobecnym wzrokiem wyciągnął z kieszeni telefon. Nigdy nie zapomnę jak rysy jego twarzy zaczęły się zmieniać od kiedy zauważył, kto dzwoni do momentu, kiedy współrozmówca zakończył swój wyczerpujący monolog. Z jego twarzy wyparowała cała wesołość, którą z taką rozkoszą podziwiałem jeszcze kilka sekund temu. Panicznie pragnąłem, aby coś zrobić, coś powiedzieć, aby zatrzymać ten zatrważający proces, jednak doskonale wiedziałem, że mogę tylko siedzieć i milczeć. W twarz Dymitra z każdą chwilą wlewało się coraz więcej surowości i chłodu. Gdy skończył rozmawiać, jego oblicze przypominało oblicze woskowej figury. Nagle doznałem rozpaczliwego wrażenia, że przy tej twarzy ten przytulny hotelowy pokoik jest zupełnie nie na miejscu, że kieliszek grzanego wina w moich rękach wygląda po prostu śmiesznie. Już chwilę później okazało się, że mam rację. Dima oświadczył kamiennym głosem:

- Wyjeżdżamy.

Nie powiedział nic więcej, tylko wstał; wolno, chwiejnie, jak człowiek, który budzi się z długiego snu. Strzepnął z ramienia jakiś wyimaginowany paproch; być może była to próba strząśnięcia z siebie tego, co czuł.

Prawdopodobnie pijany filozof Jona wcale nie miał racji. Do niektórych rzeczy... powrócić się nie da.



* http://www.youtube.com/watch?v=c8cMShobshA

sobota, 18 lutego 2012

Nowy rozdział

Moi drodzy, bardzo Was przepraszam, że na nowy rozdział musicie czekać tak długo. Szczerze mówiąc, tyle to trwa, że będę naprawdę bardzo zaskoczona, jeśli wszyscy z Was ze mną zostaną. Miałam jednak bardzo poważny problem z moją weną; otwierałam dokument, wpatrywałam się w napisany już tekst i nie byłam w stanie wykrzesać z siebie więcej niż jednego, dwóch zdań i to w dodatku wcale nie jakichś oszałamiających zdań.

Wczoraj jednak coś się zmieniło i dokończyłam rozdział! Pojawi się on najpóźniej za tydzień i właśnie o tym chciałam Was poinformować.