Info


Wcześniejsze rozdziały opowiadania znajdują się na stronie
http://www.yaoi.pl (teksty -> opowiadania -> "Siódmy Krąg" by Wilczyca)

Jeśli ktoś wyraża chęć, mogę informować na bieżąco o pojawianiu się nowych rozdziałów poprzez e-maila. Oto mój mail: dita-fm@wp.pl Możecie też kierować na niego wszelkie pytania, sugestie, ponaglenia, whatever.

piątek, 21 października 2011

Rozdział dwunasty

12. Ojciec

Dzień ten nadszedł zupełnie niespodziewanie. Prawdę powiedziawszy, spadł na mnie jak grom z jasnego nieba. Dima nie wspomniał mi o nim ani słowa, najwyraźniej zbyt pogrążony w stertach papierów, snuciu intryg i adorowaniu mnie.
Kiedy bordowe porsche z piskiem zaparkowało przed naszym domem, wzdrygnąłem się ze zdziwienia. Traf chciał, że akurat wyglądałem przez okno, zapatrzony w ogród i w swoje myśli. Kto przyjechał…? W jakim celu? Już po chwili uzyskałem odpowiedź na to pytanie. Szybkim i zgrabnym ruchem z samochodu wysunęła się Koshka. Zaraz za nią pojawił się ktoś drugi. Ogarniała mnie coraz większa ciekawość. Czy była umówiona z Dymitrem czy przyjechała bez zapowiedzi? Przez chwilę przyglądałem się jak powoli zbliża się do wejściowych drzwi. Następnie opuściłem swój pokój i zapukałem do Dimy.
- Tak, Till? – zapytał, nie patrząc na mnie. Stał przed otwartą szafą z ubraniami, najwyraźniej szukając marynarki na dziś.
- Koshka przyjechała. Wiesz w jakim celu?
Przeniósł na mnie wzrok i wysoko uniósł brwi.
- Doprawdy…?
Zanim jednak odpowiedział cokolwiek, odezwał się jego telefon. Odebrał i wysłuchał rozmówcy.
- Tak, wpuśćcie ją – odparł.
Domyślałem się, że to jeden z ochroniarzy musiał zadzwonić. Z całkowitą pewnością takie zachowanie było okropnie niegrzeczne, ale niezbędne. To pozwoliło mi zrozumieć, że Dima nie spodziewał się Mariji.
- Często przyjeżdża bez zapowiedzi? – zapytałem.
- To zależne od sytuacji. Tej kobiecie wydaje się, że cały świat będzie się dopasowywać do niej. Ale to nie jest w tym wszystkim najgorsze.
- A co? – podchwyciłem, kierując się wraz z nim do drzwi.
- To, że generalnie ma rację.

***

Koshka podniosła do ust kieliszek z winem i poczęstowała się jednym z kruchych ciasteczek. Nie uznała za niezbędne mówić jaki jest cel jej wizyty, a przynajmniej nie od razu. Dima nie pytał, zapewne uważając to za zbyt nietaktowne.
- Bardzo pyszne, Dymitrze. Twoje kucharki je piekły?
- Tak przypuszczam – odparł z nieokreślonym ruchem dłoni. Sprawy w kuchni nigdy nie przykuwały jego uwagi.
- Smaczne, prawda, Arturze? – zwróciła się do młodego chłopaczka, którego widziałem z okna.
Artur kiwnął głową. Od kiedy tu wszedł nie wypowiedział nawet słowa. Miał wielkie, błękitne oczy, jeszcze jaśniejsze od moich. Rozglądał się nimi w około z dziwnie żywotnym, a jednocześnie beznamiętnym wyrazem twarzy. Nie do końca pojmowałem jego funkcję, ale nie była to jedyna rzecz tego dnia, której nie zrozumiałem.
Dima lekko i bezdźwięcznie postukiwał palcem o stół. Najwyraźniej się niecierpliwił, a może nudził. Koshka jadła ciastka, ani trochę nie krępując się atmosferą. Nie zawracała sobie głowy milczeniem Dimy. Zwróciła się do mnie.
- Jak tam twoje postępy, Till? Słyszałam, że trenujesz już w V12.
Uśmiechnąłem się lekko.
- Nie mnie o to pytać.
Skierowała swoje zielone, kocie ślepia na Dimę. Nadała im pytający wyraz i czekała.
- Postępy są zadowalające – odrzekł sucho.
Bolało mnie to, że przy innych nie chwalił mnie i nie okazywał mi chociażby cienia sympatii. Cóż jednak można było na to poradzić? Zgodziłem się na tę maskaradę i nie mieliśmy innego wyboru jak prowadzić ją dalej.
Roześmiała się dźwięcznie.
- Skoro nasz wielki mistrz tak mówi! To nie banał usłyszeć od ciebie coś takiego.
- Bywam wymagający. – odparł.
- Nie jesteś dziś sobą, Iwanowiczu. Dużo pracy?
- Tak, wyjątkowo… - przytaknął, z resztą zgodnie z prawdą. Przetarł sobie dłonią twarz i nalał trochę alkoholu do kieliszka.
- A cóż z jutrzejszym spotkaniem?
Spojrzał na nią bez zrozumienia. Ja zrobiłem to samo. Przez chwilę przyglądała się nam bezmyślnie, nic nie mówiąc. W końcu Iwanowicz przerwał ciszę.
- Jakie spotkanie? – zapytał z nutką przerażenia.
- Przecież jutro przyjeżdża ojciec Tilla, czyż nie? Mówiłeś, że dziesiątego. Jutro jest dziesiąty.
Kobaltowe oczy Dymitra powiększyły się raptownie. Rozchylił usta, najwyraźniej totalnie zszokowany.
- Jak to?! – wyrzuciłem z siebie spontanicznie.
Koshka spojrzała na mnie rozbawiona.
- Till, i ty też? Co z wami, doprawdy? Przez ostatnie pięć lat zapomniałeś może o jednym spotkaniu, Iwanowiczu… A ty, Till? Ładnie tak o własnym ojcu nie pamiętać?
Przełknąłem to faux pas, nie mówiąc nic przez chwilę. Cóż… Dima wspominał jakiś miesiąc temu, że ma w planach zaaranżować spotkanie z moim podstawionym ojcem. Potem jednak temat się urwał i nie wróciliśmy do niego. A tu nagle… no nie. Maskując swój szok czarującym uśmiechem obnażającym zęby, odezwałem się:
- Jakoś tak… Ojciec nie odzywał się do mnie przez ostatnie dwa tygodnie. Również ma dużo pracy… Dlatego zupełnie wypadło mi z głowy – popukałem się lekko w czaszkę, dodając sobie tym wrażenia niewinności i szczeniackiej jeszcze beztroski.
Dima spojrzał na mnie neutralnie, ale wiedziałem, że za tą obojętnością czai się pochwała, że rozegrałem to tak umiejętnie.
- Co do pracy… To samo mogę powiedzieć o sobie – usprawiedliwił się Dymitr. – Och, jutro. Całe szczęście, że mi przypomniałaś… Z całym szacunkiem, Marijo… Ale skoro spotkanie jest jutro… co sprowadza cię tu dzisiaj?
Uśmiechnęła się swawolnie. Jedna jej ręka wylądowała na głowie Artura. Pogłaskała go leniwie, jak salonowego kota. W ułożeniu jej dłoni, a także w jej ruchu było coś niesamowicie władczego. Starałem się nie przypatrywać temu, chociaż okropnie dziwacznie i groteskowo to wyglądało.
- Czekałam, aż zadasz mi to pytanie, Iwanowiczu.
- Czemu sama nie raczyłaś się wypowiedzieć?
- Dystyngowane kobiety nie proszą, tylko czekają na dary – odparła.
- Zatem słucham.
- Potrzebny mi czek na dwadzieścia tysięcy dolarów.
- Dolary, powiadasz? Czyżbyś się stawała kosmopolitką?
Nie dało się nie usłyszeć w jego tonie cienia ironii i subtelnej groźby.
- Kosmopolitką – powtórzyła i uśmiechnęła się pod nosem. Oczy miała spuszczone, utkwione w pustym kieliszku. Przechylała nim z lewa na prawo, obserwując błyski światła na krysztale. – Mój dom jest dla mnie za wielki, a co dopiero… cały świat.
Jej twarz nabrała smutnego wyrazu. Dima nie odpowiedział. Zdało mi się, że zrobił to naumyślnie, najwyraźniej wiedząc o czymś, o czym ja nie miałem pojęcia.
- Chciałabym zainwestować. Potrzebuję pieniędzy. Nie będę wchodzić ci w drogę, o to możesz być spokojny.
Tym razem na jego twarzy zagościł lekki uśmiech.
- O to się nie boję. Jesteś przecież mądrą kobietą.
Zmrużyła oczy. Nie prosiła, nie ponaglała. Czekała, ale nie tak jak się czeka na jałmużnę. Miała na twarzy taki wyraz, jakby to Dymitr robił jej łaskę, albo chociaż składał hojny podarunek, tak jak to określiła.
- Według życzenia. Dostanę dwadzieścia pięć procent zysku z tego, co zarobisz na tych kosmopolitycznych przedsięwzięciach. Oprócz tego chcę mieć wgląd w twoje działania.
- Domyśliłam się takiego warunku. Przyjmuję – podała mu swoją smukłą dłoń. Uścisnął ją lekko, lecz stanowczo.
- Wgląd w moje działania… Uwielbiasz kontrolę, Iwanowiczu.
- To samo mogę powiedzieć o tobie, Madame.
Patrzyli na siebie wojowniczo, oboje o podobnym spojrzeniu. Już wtedy wiedziałem, że są gigantami i na ich polu niewielu jest im równych. Piękni, dumni, bogaci. Silni, przebiegli i zręczni.
Koshka wstała od stołu. Artur zaraz zrobił to samo.
- Zostanę tu do jutra, Iwanowiczu.
Ta informacja zaskoczyła go o wiele bardziej niż jej wcześniejsze słowa.
- U mnie zdarzył się mały wypadek. Moja służba zajmuje się remontem, a mnie niesłychanie irytują te hałasy. Właśnie dlatego przyjechałam. Ostatecznie czek do jutra mógłby poczekać.
- Ach tak? – zapytał przeciągle. – To czemu na moje pytanie, w jakim celu to jesteś, zaczęłaś o pieniądzach?
Oddaliła się od krzesła. W powietrzu rozległ się stukot jej wysokich, smukłych obcasów. W połowie drogi lekko odwróciła tułów do współrozmówcy.
- Powiedziałam ci tylko to, co spodziewałeś się usłyszeć.

***
Zapach herbacianych róż roznosił się po pomieszczeniu. Miałem wrażenie, że wypełniał nie tylko pokój, ale także mój umysł. Pomimo trudnej sytuacji, nie opuszczała mnie pogoda ducha, co zdarzało się niezwykle rzadko.
- Dima… Jak mogłeś zapomnieć o czymś takim? – pytałem po raz kolejny. – Teraz sprawa się komplikuje.
- Nie traktuj mnie protekcjonalnie – odparł ostro.
- Ty często tak mnie traktujesz – zauważyłem.
- Ja mam do tego prawo.
Zamarłem na te słowa. Dima faktycznie był jakiś nieswój od kilku dni, tak jak zauważyła Marija. Niezwykle mnie zabolała ta uwaga, ale nic nie powiedziałem. Nie chciałem zacząć być pretensjonalny. Ostatecznie każdemu może się czasem zdarzyć powiedzieć coś przykrego…
- Poradzisz sobie – pokrzepił mnie.
- Nigdy w życiu nie widziałem tego człowieka, a teraz, od kiedy tylko spoczną na nim moje oczy, mam się zachowywać jakbym go znał całe życie… - zacząłem bez entuzjazmu.
- Sytuacja się skomplikowała. W planach miałem, abyście poświęcili sobie kilka godzin po południu. Spotkanie zostało zaplanowane na wieczór. Nie przypuszczałem, że Koshka zechce się tu wprowadzić… Nic nie zrobimy. Nie mogę jej odmówić, wypadłoby to nienaturalnie. Musisz sobie poradzić przy niej.
Jego słowa niewiele mnie pocieszyły. Podszedłem do małego, okrągłego stolika. Ująłem w palce jeden z płatków róż. Był przyjemnie aksamitny i świeży.
- Nienaturalnie… - powtórzyłem. – Dlaczego nie mogłeś jej odmówić? Jak często melduje ci, że ma zamiar tu pomieszkać? – rzuciłem ironicznie.
Byłem przekonany, że lada chwila usłyszę coś w rodzaju „No, nigdy” albo „Masz rację”. Dima jednak nie użył żadnej z tych dwóch opcji.
- Raz na kilka miesięcy zostaje tu na parę dni – odparł swobodnie.
Moja dłoń zawisła nad kwiatem. Krew ode mnie odpłynęła, ale nie spojrzałem na niego.
- I co wtedy robicie? – zapytałem, próbując stłumić obawę w głosie.
- Przyjeżdża w prywatnych celach. Nie zajmujemy się wtedy interesami. Nie bardzo mogę o tym mówić.
Popatrzyłem na niego urażony i najzupełniej zraniony. Jak mógł nie powiedzieć mi o czymś takim…?
Dima natychmiast podchwycił moje spojrzenie i zaczął czym prędzej się tłumaczyć.
- Och, Till! O czym ty sobie pomyślałeś?
- Ja… o niczym – mruknąłem pozornie twardo, ale sam usłyszałem, że głos mi zadrżał.
- Nie miałem na myśli żadnych seksualnych praktyk – sprostował. – Nigdy jej nie dotknąłem, to nie rzecz tego typu.
- A jakiego? – zapytałem, niedowierzając.
Westchnął i podźwignął się z kanapy do siedzącej pozycji.
- Nie chcę zdradzać szczegółów. Byłaby zła.
- Skoro to jakiś sekret… - burknąłem. Miałem nadzieję, że najbardziej nieprzyjemnie jak tylko było mnie na to stać.
- Przestań już. Ona mnie nie podnieca, nigdy z nią nie spałem. Z resztą, myślisz, że przyjechałaby tu na seks razem z tą swoją wielkooką maskotką? No, chodź tu już.
Wyciągnął do mnie rękę, a ja zbliżyłem się, nabierając nieco więcej pewności. Pociągnął mnie na siebie i usiadłem na nim. Wplótł dłonie w moje włosy i przyciągnął mnie do siebie.
- To bardzo nieszczęśliwa kobieta – powiedział. – Nie masz nawet pojęcia jak bardzo.
Zmarszczyłem brwi. Ona nieszczęśliwa? Jak to możliwe? Przecież zawsze była taka beztroska, figlarna i roześmiana. Nie zrozumiałem tego, ale nie pytałem więcej. Wtuliłem się w jego miękką koszulę. Była jasna, podobnie jak wszystko w tym pokoju. Przymknąłem oczy. Jutro czekała mnie trudna, pełna słownych akrobacji rozmowa z człowiekiem, który miał odegrać mojego ojca. Lecz jeszcze dzisiaj… nie trzeba było o tym myśleć.

***

Mężczyzna, który miał się nazywać Hans Lohengrin, zbliżał się do pięćdziesiątki. Był pulchnym, niskim człowiekiem, który mimo to nie zatracił w najmniejszym stopniu ostrości rys twarzy i spojrzenia. Chociaż powierzchowność miał iście pluszową, coś intensywnego i mocnego czaiło się w kącikach jego ust i głębi ciemnych, mętnych oczu. Krótko i silnie uścisnął mi dłoń, po czym przyciągnął mnie do siebie i poklepał po plecach, prawdziwie poczciwym, ojcowskim gestem. Rzecz jasna każdy z nas dostał dokładne instrukcje od Dymitra. Każdy ruch, spojrzenie i gest był dokładnie zaplanowany. Chociaż człowieka nie ucieszyła nagła zmiana planów spowodowana przez obecność Koshki, zgodził się bez zgrzytów. Prawdopodobnie ogromna ilość pieniędzy, jaką miał otrzymać za tę akcję, stłumiła w nim jakiekolwiek protesty.
- Witaj, synu – odparł i uśmiechnął się ciepło.
Miałem ochotę roześmiać się na całe gardło, dostrzegając jak komiczna była ta sytuacja. Jednak jego „witaj, synu” skierowane do człowieka, którego widział pierwszy raz w życiu zawisło w powietrzu zaledwie na kilka sekund. Moje rozbawienie znalazło ujście tylko w równie ciepłym, rodzinnym uśmiechu.
- Dawno się nie widzieliśmy, ojcze. Wszystko w porządku? – zapytałem, wciąż studiując jego fizjognomię.
- O tym za chwilę. Jakie to uchybienie z mojej strony, że nie przywitałem się najpierw z damą – zwrócił swoje spojrzenie na Koshkę. Ta uśmiechnęła się lekko.
Ujął w rękę jej drobną, zgrabną dłoń i musnął ją ustami.
- Hans Lohengrin – przedstawił się.
Koshka zadrżała. Lekko otworzyła usta, najwyraźniej czymś bardzo zaskoczona jak i zmieszana. Zaintrygowało mnie to. O co chodziło…? Opanowała się jednak w chwilę i na jej twarzy znów pojawił się szeroki uśmiech.
- Marija Pietrowna Kuzniecow. Miło mi pana poznać.
- Mi również – odparł i skłonił się lekko.
Na koniec przywitał się z Iwanowiczem i wspólnie skierowaliśmy się do jednego z salonów.
Obiad został podany prawie natychmiast. Zasiedliśmy do stołu. Byłem napięty i skupiony, nadal kalkulując o czym i w jaki sposób mam mówić. Oczywiście nie dostałem sztywnego, jasno skreślonego scenariusza; Dima dał mi tylko jasne wskazówki, jak grać, a ja miałem się do tego elastycznie dopasować.
Siedziałem naprzeciwko mojego „ojca”, co także zostało wcześniej ustalone. Tuż obok mnie miał swoje miejsce Dima. Ująłem w dłonie sztućce, jednocześnie nasłuchując odgrywanego dialogu. Pierwsze pytanie zostało wymierzone we mnie.
- Till, jak ci się tu podoba? W naszych rozmowach zawsze bywasz taki lakoniczny.
Przełknąłem kawałek wieprzowiny i uśmiechnąłem się odrobinę cynicznie.
- Może to dlatego, że tego mnie tu uczą.
Wszyscy roześmiali się na głos. Nie jednak zwierzęco, bezpośrednio i zupełnie szczerze jak to zazwyczaj miało miejsce w piwiarniach czy innych przybytkach tego rodzaju. Był to śmiech wyważony, opanowany, szczery w pewnym stopniu.
- Miał zostać żołnierzem, więc nim jest, Hans – wtrącił się Dymitr. – Ale to dopiero początek.
- Brzmi interesująco. Nie chciałbym jednak być niecierpliwy i od razu pytać o postępy. Więc jak, Till? Odpowiesz mi na moje pytanie? – zapytał, biorąc łyk wina.
Spojrzenie miał teraz ciepłe i naturalne. Co za zaskakująca sprawa! Jak wspaniałego aktora Dymitr tu sprowadził! Grałem z nim na równym poziomie i muszę przyznać, że bardzo mi się to podobało.
- Cóż – zacząłem z uśmiechem i przeniosłem wzrok na Dimę. – Muszę przyznać, że pan Iwanowicz jest doskonałym mentorem. Myślę, że nie mógłbyś wybrać dla mnie kogoś lepszego.
Dima lekko rozchylił wargi, zaskoczony i nie przygotowany na to bezpośrednie pochlebstwo. Trwało to tylko przez chwilę. Zaraz potem jego twarz rozpromieniła się z satysfakcji i przyjemności.
- Stwierdzenie Tilla wskazuje albo na daleko posunięty masochizm albo na zażartą ambicję… – zaczęła żartobliwie Koshka. - Znając metody Iwanowicza, nie mogę twierdzić inaczej.
- Nawet pani nie wie jak miło mi słyszeć coś takiego! – odparł Hans, odrobinę za głośno. – Cieszę się niezmiernie, że oddałem syna w dobre ręce.
Postukał palcami o blat stołu, jakby zastanawiając się nad czymś. Dopiero teraz zauważyłem na jago palcu sygnet. Jego dłonie były stworzone do sygnetów; mocne i mięsiste, o grubych palcach. Gruba ryba, jak to się mówi. Zacząłem się zastanawiać co by było, gdyby ten człowiek naprawdę był moim ojcem. Gdyby był Karlem Lohengrinem. Jak wtedy potoczyłoby się moje życie…? Czy trafiłbym w to samo lub podobne miejsce? Jakim byłbym człowiekiem? Czy Hans, czy jakkolwiek nazywał się naprawdę ten człowiek, wybiłby mi z głowy literaturę i marzycielskość? Szczerze wątpiłem. Mój ojciec nie był człowiek słabym. Również miał głowę do interesów. Przez jego palce przechodziły nie małe kwoty pieniędzy i nigdy mu się zdarzyło nad tym nie zapanować. W gruncie rzeczy, po namyśle, Karl nie różnił się wiele od Hansa. Zresztą, co mogłem tak naprawdę powiedzieć o człowieku, z którym odgrywałem teatr?
Po pewnym, raczej dłuższym czasie rozmowa zeszła na interesy. Hans przedstawiał swoje plany, ogólnikowo, zdawkowo, tak jak zwykle mówi się o przekrętach do ludzi, którzy w owe przekręty nie są zamieszani. Dima zachowywał się podobnie, ja tylko od czasu do czasu wychodziłem z jakimiś komentarzami. Na temat moich treningów, z uwagami na temat giełdy, o kursie dolara i innych, nic mnie nie obchodzących bzdurach. Ważne było to, że w owej tematyce się orientowałem i że w przyszłości mogłem być dla Dymitra naprawdę pomocny. Uczenie się o rzeczach, które były dla mnie boleśnie nudne stanowiło na początku straszną torturę. Jednak mimo to uparcie siedziałem nad notatkami, a Dima powtarzał i tłumaczył wszystko tak długo, aż tego naprawdę nie zrozumiałem. Właśnie dlatego teraz nawet nie musiałem specjalnie się skupiać na rozmowie, aby wtrącić coś trafnego. Prawdę mówiąc, moje myśli zaczęły odpływać od obecnej sytuacji do rodzinnego domu. Przez odgrywanie tego domowego przedstawienia, boleśnie, pierwszy raz od kilku miesięcy, przypomniałem sobie o matce i ojcu. Co robiła Ulrike? Czy wciąż cierpiała na tej wieloletniej już emigracji? Impulsywnie odczułem potrzebę dowiedzenia się tego, jak i jeszcze wielu innych rzeczy. Przez moment nawet uwierzyłem, że mogę to zrobić.

***

Hans postanowił, że nie chce nadużywać gościnności Iwanowicza i że przenocuje w hotelu. Stwierdzenie to oczywiście spotkało się z silnym protestem Dimy i licznymi naciskami, że jak najbardziej może zostać tutaj i czuć się jak u siebie. W końcu współpracuje się im tak świetnie i doskonale rozumieją swoje, biznesowe, potrzeby. Hans jednak zaparł się w sobie, tłumacząc, że naprawdę bardzo dziękuje, ale gości jest tu już wystarczająco dużo (w którejś chwili przemknął przed nami Artur), a przemieszczenie się do centrum nie sprawi mu najmniejszego problemu. Oprócz tego zawsze był ciekawy moskiewskich hoteli i jest zadowolony, że ma w końcu okazję z jednego z nich skorzystać. Nie muszę chyba dodawać, że już wcześniej zostało ustalone, że Hans ma się wybrać do hotelu. Dima uważał, że jest to wyjście bezpieczniejsze, ponieważ ograniczy moje i Hansa interakcje, co z kolei zmniejszy prawdopodobieństwo popełnienia błędu czy strzelenia jakiejś gafy przy Koshce. Zagranie było zagmatwane i polegało na mówieniu czegoś dokładnie przeciwnego, niż się zamierzało. Koshka przyglądała się wymienianiu tych uprzejmości z neutralnym, nieco zamyślonym wyrazem twarzy. Nic dziwnego. Nie interesowało ją zapewne gdzie ten mój ojciec w końcu będzie spać.
Ja natomiast czułem się tym wszystkim silnie zniesmaczony. Obserwowanie jak dwóch dorosłych mężczyzn zgrywa przed sobą, za przeproszeniem, idiotów, doprowadzało mnie już do mdłości. Tak samo jak na początku ta zabawa wydała się przepyszna, tak teraz zupełnie mi obmierzła. Tym bardziej, że czasem spojrzenie Koshki zdawało mi się silnie niepokojące, zupełnie takie jakby myślała to samo co ja.
Wkrótce nastąpiły pożegnania, uściski i grzecznościowe formułki. Gdy Hans Lohengrin wyszedł z rezydencji, atmosfera stała się o wiele luźniejsza i prawie domowa. Wszyscy się porozchodziliśmy, każde za swoją sprawą. Ja udałem się do łazienki. Przepłukałem sobie twarz zimną wodą. Czułem się całkowicie wypompowany tym niemalże całodniowym napięciem i myślami, które wędrowały do przeszłości, do rodziny, do moich korzeni. Od dawna już nie czułem takiego niepokoju, który kołatał się gdzieś na dnie żołądka. Uniosłem głowę i wpatrzyłem się w swoje odbicie w lustrze. Czy ja wciąż byłem tym Tillem, który wszedł do tego domu po raz pierwszy…? Wpatrzyłem się w swoje błękitne, zmęczone w tej chwili oczy. Czy one patrzyły w ten sam sposób, gdy mieszkałem jeszcze w Hamburgu? Wydawało mi się, że nie. Przeżyłem tutaj już tak wiele, że zdawało mi się, iż minęło już wiele lat od czasu gdy się tu pojawiłem. Treningi z Jegorem, V12, moje pierwsze zbliżenie z Dimą… Jak po tym wszystkim mogłem na siebie spojrzeć nie bez zdziwienia? Doznawałem psychodelicznego wrażenia, że za chwilę ta postać w lustrze się do mnie uśmiechnie, choć ja wcale tego nie zrobię. Nie ulega wątpliwości, że odkryłem w sobie bardzo wiele nowych rzeczy, o których nie miałem pojęcia. Wkrótce miałem odkryć znacznie więcej, ale o tym w swoim czasie.
Wyszedłem z ubikacji i poszedłem do salonu, w którym przez tyle czasu siedzieliśmy. Nie spodziewałem się tam teraz kogokolwiek zastać. Miałem po prostu ochotę na drinka, a wiedziałem, że alkohol został na stole. Zdziwiłem się więc, kiedy trafiłem tam na Artura. Chłopaczek wbił we mnie swoje ogromne oczy, jednak bez zbytniego zainteresowania. Siedział przy stole nad szachownicą. Jako, że znajdowaliśmy się tam sami, poczułem się zobowiązany do niego odezwać.
- Rozgrywasz partię z Koshką? – zapytałem, siadając przy stole.
- Panna Marija poszła się wykąpać.
Doznałem dziwnego wrażenia, pierwszy raz słysząc jego głos. Dlaczego? Znajdował się tu od co najmniej dwunastu godzin, a było to pierwsze zdanie, które z siebie wydobył. Barwa jego głosu była dziwna – zupełnie miękka, jeszcze nie męska. Pomimo tego jakaś przerażająco poważna i zimna. Zamrugałem, przypatrując się mu przez chwilę. Nie odrywając od niego wzroku, odkręciłem butelkę z trunkiem.
Widocznie pojmując, że nie rozumiem jego odpowiedzi, dodał:
- Gram sam.
- Sam? – zdziwiłem się.
Skinął głową. Z każdą chwilą czułem się bardziej skrępowany w jego towarzystwie. Rozsiewał wokół siebie jakąś przerażającą aurą. Trudno mi to przyznać, byłem przecież dużo od niego starszy. Jakiś tam dzieciak nie powinien wprawiać mnie w zakłopotanie.
Upiłem łyk alkoholu i przyglądałem się jak przesuwa pionki na szachownicy. Co go łączyło z Koshką? Czy oni…? Dziwnie mi było sobie to wyobrazić. Przecież Marija mogłaby być jego matką. Jeśli więc nie… co tu robił? Byłem ciekaw jak diabli, ale nie ośmieliłem się zapytać.
- Kto wygra, skoro grasz sam? – podjąłem znowu.
Uśmiechnął się lekko, co wypadło dziwacznie na jego zawsze pozbawionej emocji twarzy.
- Tu nie chodzi o wygraną.
- Więc o co? – dopytywałem się, coraz bardziej wciągając się w tę rozmowę.
- O strategię.
- Nie rozumiem… Po co strategia, skoro nie prowadzi do wygranej?
- Zaczynasz myśleć jak twój mentor – zauważył, opierając swoje drobne palce na skoczku. Poruszał nim lekko, tak, że skoczek przechylał się raz na lewo, a raz na prawo.
Wytknął mi to tak płynnie, a ja… musiałem w duchu przyznać, że ma rację. Nie zauważyłem nawet kiedy Dima zaczął wywierać na mnie wpływ.
- Pokażę ci – odparł i zaczął ustawiać figury do nowej partii. Domyślałem się, że chce ze mną zagrać. Skoro już podważyłem logikę jego działań, nie mogłem odmówić.
Graliśmy w skupieniu. Artur od czasu do czasu wbijał we mnie swoje poważne, nieruchome oczy. Od jego obecności i spojrzenia przechodziły mnie nieprzyjemne dreszcze. Nie rozumiałem dlaczego. Partia nie trwała długo. Przegrałem z kretesem, niemalże od razu. Uśmiechnąłem się gorzko.
- Chyba muszę ci przyznać rację… Przygotowanie strategii ma duże znaczenie – przyznałem.
Łokcie oparł na blacie, a palce skrzyżował.
- Tu nie do końca chodzi o to… - odparł.
- A o co…? Nalać ci? – zapytałem, przygotowując sobie drugiego drinka.
- Nie jestem pełnoletni.
Starałem się nie uśmiechnąć. Doskonale. Na alkohol nie jesteś pełnoletni, a na wpieprzanie się w sam środek mafijnych rozgrywek jak najbardziej. Stłumiłem jednak złośliwość na rzecz ciekawości.
- Ile masz lat?
- Piętnaście.
No nieźle. Nie spodziewałem się, że jest aż tak młody. Czemu jednak wziąłem go za starszego? Na pewno nie przez jego delikatne rysy i budowę. To raczej przez… jego sposób bycia.
- Wracając do twojego pytania… Robię po prostu to, co ty – stwierdził z lekko ironicznym uśmiechem.
Zmarszczyłem brwi, nie rozumiejąc. Do czego on zmierzał…? Zahaczyłem wzrok na złotych guzikach w jego koszuli.
- O czym mówisz? – wydobyłem w końcu z siebie.
- Nauczyłem się tak oszukiwać, aby nikt nie zauważył.
Zdanie było wymierzone tak niespodziewanie i precyzyjnie, że momentalnie zbladłem. Nie wiedziałem dlaczego, ale przed tym chłopcem nie potrafiłem figlarnie się uśmiechnąć i przekonująco zaprzeczyć. Zamiast tego roześmiałem się skrzecząco i całkiem nienaturalnie.
- Ależ o czym ty mówisz? Przecież ja nie oszukiwałem…
Wiedziałem, że brzmi to głupio i histerycznie, ale straciłem fason i nie potrafiłem nic na to poradzić. Artur uśmiechnął się jakoś tak pobłażliwie.
- Ach tak. Widocznie mi się wydawało – odparł, jednak nie kryjąc, że kłamie, a zdając sobie sprawę, że to kłamstwo zauważę.
Co miałem zrobić? Ten ponury dzieciak znał mój sposób gry, zupełnie jakby patrzył mi przez ramię w karty. Czy wiedział, dlaczego tak naprawdę tu byłem? Co dało mu możliwość podejrzeń? Czy Koshka też wiedziała? Jednym haustem dokończyłem drinka.
- Pójdę już. Jestem zmęczony.
Skinął głową, dając znać, że rozumie. Wyszedłem z pokoju z chaosem w głowie, mając nadzieję, że na nikogo nie trafię. Szczęście mi dopisało. Znalazłem się w łazience i wziąłem zimny prysznic. Chłodna woda spływała po moim ciele, a ja analizowałem każdy szczegół mojej rozmowy z Arturem. Po namyśle doszedłem do wniosku, że niepotrzebnie spanikowałem. Jaki miałem bowiem argument, na to, że Artur znał prawdę? Przecież jego stwierdzenie wcale nie musiało się odnosić do tego, co mi się zdawało… Jednak jeśli nie chodziło o mnie i Dimę… to o co? O czym ten ponury dzieciak, do jasnej cholery, mógł pomyśleć?

piątek, 7 października 2011

Rozdział jedenasty

Oto ukazał się nowy rozdział ;) Czekam na Wasz komentarze i wrażenia. Jeszcze jedna ważna sprawa. Jeśli podoba się Wam moje opowiadanie głosujcie na nie tutaj
http://www.literackiblogroku.pl/?content=zgloszone Jest to część tego konkursu, o którym pisałam wcześniej pt: "Głosowanie internautów". Jest ono anonimowe, wystarczy zrobić "klik" przy wytypowanym blogu.

Dzięki i miłego czytania!


11. Umizgi

Po przebudzeniu długo leżałem w łóżku i z trzeźwym już umysłem analizowałem wydarzenia z poprzedniego dnia. Długo nie potrafiłem poukładać myśli. Z jednej strony miałem za złe Dymitrowi, że w ogóle nie liczył się z moim sprzeciwem i że przełamał mną stół na dwie, równe połowy. Z drugiej znowu schlebiało mi jego pożądanie, które doprowadzało go do takich rzeczy. Chciał mnie mieć za wszelką cenę i zdawałem sobie sprawę, że odmową doprowadzałem go do szaleństwa.
Przewróciłem się na drugi bok. Czułem, że robię się sztywny na samą myśl o tym, co zrobił mi wczoraj. Ja również pragnąłem więcej. Dużo więcej. Czy jednak powinienem się pozwolić tak traktować…? Z jakąś lubieżną, tęskną przyjemnością prześledziłem wczorajszy przebieg wypadków. Być może wszystko potoczyło się w taki sposób, bo najpierw pozwoliłem mu na pieszczoty, a potem zmieniłem zdanie. Jeśli nie chciałem czegokolwiek z nim robić, powinienem zaprotestować na początku. No właśnie. Ale ja tego chciałem.
Westchnąłem i ogarnięty tęsknotą za jego dotykiem, uznałem,  że nie ma sensu już nad niczym się zastanawiać. Zaszło to tak daleko, że obawy co do zmienienia stosunków między nami można było włożyć między mrzonki. Już się zmieniły. Może gdybym był bardziej spostrzegawczy, już wcześniej doszedłbym do wniosku, że od dłuższego czasu żaden z nas nie patrzy na tego drugiego jak na przyjaciela. Oboje się pragnęliśmy i prawdopodobnie mógłbym jedynie coś zepsuć, gdybym przeciągał to dłużej. Nie dało się już robić żadnych kroków w tył, teraz mogłem tylko stać w miejscu. Albo iść do przodu.
Jakieś dziesięć minut później zwlokłem się z łóżka. Trochę się obawiałem konfrontacji z Dimą po tym, co wczoraj zaszło. Szczerze mówiąc, wstydziłem się jak jasna cholera. Obawiałem się także jego reakcji. Jakby nie było, zostawiłem go wczoraj w zdemolowanym pokoju, totalnie zalanego, poobijanego i ze sterczącą, obnażoną erekcją. Cholera.
Westchnąłem i cichcem przekradłem się do łazienki. Umyłem się i ubrałem, abym mógł się poczuć gotowym na to starcie. Dobrze, że trening został przesunięty na popołudnie. Nie chciałbym walczyć i narażać się na ostre ciosy przeciwników z głową naładowaną sprawami osobistymi. Lepiej załatwić to teraz. Zaraz.
Niepewnie wyszedłem z łazienki. Tylko… co teraz? Szukać go? Nie, lepiej zupełnie przypadkowo na niego wpaść. W końcu nie miałem zamiaru się przed nim tłumaczyć. Byłoby to śmieszne i poniżające po tym, jak ostentacyjnie zignorował moje zdanie. Starając się zachować neutralny wyraz twarzy, poszedłem do kuchni. O tej porze była zupełnie pusta, bez służby, bez hałasów i obiadowych zapachów. Tylko ładne meble, duży stół i Dima mieszający sobie kawę. Zaraz… Dima mieszający sobie kawę?!
Spojrzał na mnie podkrążonymi, skacowanymi oczyma. Odruchowo spuściłem wzrok. Cholera, wcale nie miałem zamiaru tego zrobić. Nie wiedziałem jednak jak się zachować. Postanowiłem, że zwyczajnie wejdę i również zrobię sobie kawę. Tak, dobra myśl. Zawsze pozostaje możliwość, że to on pierwszy się odezwie. Wyciągnąłem swoją puszkę z parzoną, moją ulubioną. Sięgnąłem po kubek i postawiłem go przed sobą. Wyczuwałem na sobie jego spojrzenie i czułem się coraz bardziej idiotycznie. Powinienem coś powiedzieć. Tylko co? Co się mówi w takich sytuacjach?
- Till, to nie ten kubek.
Drgnąłem, słysząc jego głos. Odwróciłem się do niego. Miał rozczochrane włosy i był ubrany w spodnie od piżamy. Włożył sobie papierosa do ust, ale nie zdążył jeszcze go zapalić.
- Co ty gadasz? – zapytałem zdezorientowany.
- Robisz sobie kawę do nie tego kubka. To nie ten, który wyciągnąłeś, tylko jakiś używany, który po prostu tam stał.
Odwróciłem się do wspomnianych kubków i zobaczyłem, że ma rację. Poczerwieniałem  na twarzy. Jeśli miał zamiar sprawić, abym poczuł się jeszcze bardziej głupio, to mu się udało.
- Ja… - zaczął i po tonie głosu poznałem, że tym razem nie będzie mówił o kubkach. – Słuchaj, chciałem cię przeprosić za wczoraj. Trochę mnie poniosło.
- Skoro łamiesz ludźmi stoły, kiedy trochę cię poniesie, nie chciałbym widzieć co się dzieje, gdy cię poniesie bardzo – syknąłem, nie mogąc się powstrzymać.
Chyba się zmieszał, bo kątem oka dostrzegłem, że wykonał jakiś dziwny, nieokreślony ruch ręką.
- To nie tak… Posłuchaj, to nie jest takie proste – usiadł na krześle i zaciągnął się. – Ja nie do końca jestem tym człowiekiem, co kiedyś.
- To już zauważyłem – przerwałem mu okrutnie, nagle nabierając jakiegoś osobliwego żalu.
Chyba go to zabolało, bo zamilkł na chwilę.
- Takie życie wywiera wpływ. Odzwyczaiłem się już, że ktoś mi się sprzeciwia – tłumaczył się jakoś nieporadnie. – Paradoksalnie, twój sprzeciw sprawia, że jeszcze bardziej mnie podniecasz. Chcę go łamać, widzieć, jak w końcu mi ulegasz.
Zrobiło mi się sucho w gardle na tę uwagę. Narzuciłem sobie jednak samoopanowanie. Nie mogłem się podniecić w takiej sytuacji.
- Do tego wczoraj byłem okropnie pijany… - kontynuował.
Usłyszałem, że wstał i zbliżył się do mnie. Serce zaczęło mi bić szybciej. Nie dotknął mnie jednak, chociaż stał tuż za moimi plecami.
- Czy czujesz się rozczarowany tym… jaki jestem teraz? – zapytał lekko łamiącym się głosem.
To pytanie miało w sobie coś rozbrajającego. Wiedziałem, że gdybym mu przytaknął, złamałbym go zupełnie. Odsłaniał się przede mną, niepewny czy nie otrzyma zaraz ciosu.
Wolno odwróciłem się w jego stronę. Spojrzałem w jego skacowane, przepite oczy. Zupełnie szczere i otwarte.
- Nie… - pokręciłem głową. – Trochę trudniej z tobą żyć, ale… to nic nie zmienia.
Przytuliłem się do niego. Przygarnął mnie do siebie i położył dłoń na mojej głowie.
- Czasem nie panuję nad sobą… - mruknął. – Ale… bardzo mi na tobie zależy.
Poderwałem się lekko i znów spojrzałem mu w oczy, wyszukując tam czegoś… Dobrze wiedziałem, czego. On też wiedział, bo powoli i poważnie pokiwał głową. Uśmiechnąłem się zawstydzony i oszołomiony. Złapałem go za rękę, w przypływie tego dziwnego odczucia.
- Czegokolwiek nie powiem czy nie zrobię… To nic nie zmieni – szepnął i pocałował mnie w czoło. – Jestem trochę zniszczony przez życie jakie prowadzę. Trochę zgnity. Ale…
Przerwał, nagle nie potrafiąc kontynuować. Po chwili jednak przemógł się.
- Za wielu ludzi zabiłem, żebym mógł wciąż być niewinny.
Zamrugałem, zdenerwowany. To krótkie zdanie, właściwie to wtrącanie, sprawiło, że powiało chłodem. Nie chciałem, aby coś zniszczyło tę atmosferę wzajemnego porozumienia i czułości. Położyłem mu dłoń na ustach, chcąc zneutralizować tę rysę.
- Nie teraz – mruknąłem.
Uśmiechnął się, trochę smutno, a trochę pobłażliwie. Lekko ściągnął z siebie moją rękę.
- Pójdziesz ze mną na kolację wieczorem? – zapytał, zmieniając temat.
Zdawałem sobie sprawę, że tym razem to nie zwykłe, przyjacielskie zaproszenie. Poczułem się zażenowany, że wybiorę się na randkę z drugim mężczyzną. Jakie nowe i dziwne mi się to wydawało.
 - Tak… - przytaknąłem.
- Cieszę się – odparł i pogłaskał mnie. – I jeszcze raz przepraszam.
- Przyjmuję.

***

Czułem się naprawdę nieziemsko zaskoczony, skrępowany i roztargniony jednocześnie. Sam nie wiem czy sprawiła to biel obrusów, srebrne sztućce czy może skrzypek, który z czarującym uśmiechem i słodką muzyką przechodził od stolika do stolika.
- Dima… - zacząłem, wpatrzony w jego elegancki, markowy garnitur.
Uśmiechnął się równie czarująco jak skrzypek i uniósł brwi w pytającym geście. Zanim jednak wyrzuciłem z siebie cokolwiek, podszedł kelner, w równie markowym fraku i równie markowym uśmiechu. Zgrabnym gestem nalał nam wina, które z pewnością kosztowało tyle, co moja miesięczna wypłata w budce z kebabami.
- Podać panom coś jeszcze? – zapytał aksamitnym głosem.
- Na razie dziękujemy – odpowiedział Dymitr.
Sylwetka kelnera, rodem z żurnala, oddaliła się do innych gości.
- Posłuchaj… - spróbowałem znowu. – Czy to aby nie lekka… przesada?
- O co chodzi, Till? Jeśli ci się nie podoba, możemy iść gdzieś indziej.
- Nie, nie – zaprzeczyłem ostro. – Tylko… czy my nie wyglądamy tutaj dość… ekstrawagancko?
Zmarszczył brwi, jednak niemalże od razu uchwycił moją sugestię.
- Ach, nie. Nie przychodzą tutaj tylko pary. Wiem, że atmosfera wskazywałaby na to, ale spójrz na lewo od ciebie. Ostrożnie.
Zrobiłem jak mi polecił i kątem oka wychwyciłem trójkę starszych mężczyzn siedzących przy jednym stoliku.
- Widzisz? Mężczyźni lubią czasem załatwiać interesy poza domem. Wydawanie pieniędzy na swoich gości w luksusowej restauracji jest w znacznie lepszym guście niż przyjmowanie ich u siebie.
To nieco mnie uspokoiło. Uśmiechnąłem się do niego niepewnie.  Przez całe swoje życie to ja zapraszałem kobiety na randki. Nigdy nie widziałem się w roli takiej kobiety. Czyżby świat wywrócił się do góry nogami…?
Dymitr natomiast nie był w żadnym razie w sytuacji, która wydawałaby mu się nie na miejscu. Pożerał mnie wzrokiem, napastliwie, pożądliwie i namiętnie. Gubiłem się pod wpływem tego spojrzenia.
- Jesteś niesamowicie fascynujący – szepnął.
- Co we mnie jest… takiego fascynującego? – zapytałem ostrożnie.
- Ach, nie wiem jak ci to powiedzieć – wykrzywił się w lekkim grymasie, po czym się zaśmiał. – Nie chcę ci prawić komunałów i brzmieć jak tysiące facetów przede mną i po mnie w odniesieniu do swoich żon, kochanek czy też może mężczyzn…
- Wypowiedz się więc w ponadprzeciętny sposób – zaproponowałem ze szczwanym uśmiechem.
- Nie jestem poetą… - zaczął się wykręcać.
- A ja znawcą poezji.
- Jak to, Till? Nie?! – żachnął się wesoło.
- Zawsze lepiej potrafiłem zrozumieć prozę – sprostowałem. – No więc? Ja czekam.
- Ach, ty… - mruknął.
Poderwałem się nagle, wyczuwając jego rękę na moim kolanie.
- Nie jesteśmy sami, Dima – syknąłem. – Natychmiast przestań.
- Ten obrus sięga prawie do ziemi…
- Zawsze masz jakieś wytłumaczenie…
- Oczywiście.
- Przestań…!
Uśmiechając się szczeniacko, wycofał swoją rękę, jakby nie mógł się nacieszyć moim wzburzeniem.
- To jest pierwsza z tych niesamowitych rzeczy… Jak się denerwujesz – odparł wesoło i napił się ze swojego kieliszka.
- Jesteś taki… swobodny – odparłem, znów skrępowany.
- A czemu miałbym taki nie być? – zaśmiał się. – Co miałbyś ochotę zjeść? – zapytał, otwierając menu.
- Czy ty… - zacząłem. Nagle rzuciło mi się w oczy pewne pytanie, które wręcz musiałem mu zadać. – Byłeś już z mężczyzną?
Podniósł wzrok z nad listy dań i spojrzał na mnie z błyskiem zrozumienia w oku.
- Aaaa. Więc to o tę swobodność ci chodzi – odgadł. – Byłem.
Jego odpowiedź mnie zaciekawiła i w pewnym sensie nie mało zaskoczyła, więc zapragnąłem pociągnąć ten temat dalej.
- Wiele razy…? – kontynuowałem wścibsko.
- Kilka – odpowiedział z tajemniczym uśmiechem.
- I… jak było? Lepiej niż z kobietą? – dociekałem.
- Jakby ci to powiedzieć… Kobiety nigdy zbytnio mnie nie fascynowały. Są ładne, tak… Ale to nie to.
Zamrugałem. Co znaczyły te słowa? Czy to, że nigdy dotąd nie był z kobietą…? Patrzyłem na niego ciekawie, jednak nie miałem odwagi na zadanie tego pytania. Gmatwałem się w swoje myśli, a on powrócił do wybierania sobie posiłku.
- I… zawsze dominowałeś? – wyrzuciłem z siebie nagle, a Dymitr aż zakrztusił się winem.
- Till, co cię naszło? – zapytał niedowierzająco.
- Ach, mnie? Nic – zacząłem się wykręcać. – Ja tak tylko… z ciekawości.
- Ja chyba wiem – uśmiechnął się i pokiwał głową w zamyśleniu. – Tu nie chodzi o mnie, tylko o ciebie.
Ubodnął w samo sedno, więc odruchowo zacząłem krążyć spojrzeniem po ścianach.
- Nie musisz się obawiać. Wiem, jak zaspokoić twoje potrzeby. Sprawię, że będziesz szczęśliwy.
- Czy dlatego, że… masz już doświadczenie w tej kwestii? – podsunąłem zawstydzony.
- Nie… Raczej dlatego, że znam cię pół życia i wiem, czego potrzebujesz.
Drgnąłem na te słowa. Poruszyły mnie w jakiś sentymentalny sposób.
- Wychowywaliśmy się razem. Zawsze byłeś moim najlepszym przyjacielem. Spędziliśmy ze sobą tyle czasu…
Pokiwałem głową w zamyśleniu.
- Pamiętasz jak zimą zjeżdżaliśmy na kartonie z tej wielkiej górki? – zapytał z nostalgicznym uśmiechem.
- Ach, nawet mi nie przypominaj! Zabiłbym się wtedy przez ciebie.
- Ale było fajnie, prawda?
Przytaknąłem, zatapiając się we wspomnieniach.
- Pewnie. Z tobą zawsze było fajnie. Tylko dziwię się, że nigdy nie nabawiłem się żadnej kontuzji przez te twoje szalone wymysły… Podkradanie ptakom jajek – podałem przykład i przewróciłem oczami.
- Ach to! – zaśmiał się. – Pół dnia musiałem cię ściągać z tego cholernego drzewa.
- To ty mi kazałeś wejść na to „cholerne drzewo”! – oburzyłem się. – Mogłeś chociaż uwzględnić mój lęk wysokości.
- Och tam – machnął ręką. – Ty miałeś lęk na wszystko. Byłeś strasznie tchórzliwym dzieckiem. Pomyśl tylko, z ilu lęków ja cię wyleczyłem!
- Terapia szokowa, nie ma co! – burknąłem.
Dima zaśmiał się. Nagle zamilkł i zaczął pieścić mnie spojrzeniem.
- Tak… Zawsze byłeś moim najwspanialszym kompanem. Zanim jednak przyjechałem do Hamburga, nie miałem pojęcia, że stałeś się takim przystojnym mężczyzną.  
Uśmiechnąłem się szeroko na ten komplement. Zanim jednak odpowiedziałem, podszedł do nas ów żurnalowy kelner. Błysnął rzędem swoich równych, śnieżnobiałych zębów i zapytał:
- Zamówienie?
- Poproszę zupę AnQui Pho i Golden Kaiser Schnitzel – odezwał się Dymitr.
Zacząłem pośpiesznie przerzucać karty menu, aby wybrać coś dla siebie. Rzecz jasna kelner czekał z kurtuazyjnym uśmiechem, aż zdecyduję się na swoje zamówienie.

***

 Dima nigdy nie był miłośnikiem wielkomiejskiego kiczu. Nic więc dziwnego, że nie zabrał mnie do centrum, na Plac Maneżowy, gdzie jakiś czas temu zawędrowałem sam. Po kolacji pojechaliśmy na obrzeża Moskwy, do Kołomiejskoji. Było to miejsce magiczne, nie tylko ze względu na kulturowe bogactwo i piękno zabytków. Wchodziło się tam przez Bramę Zbawiciela, wzniesioną w XVII wieku. Jak za jakimś czarodziejskim sposobem, zdawało się, że była to brama przenosząca w czasy starej Rosji, carskiej Rosji.
- Tu kiedyś znajdował się carski pałac – oznajmił Dima.
- Zniszczono go? – zapytałem.
- Rozebrano z rozkazu Katarzyny II.
Dima przypatrywał mi się w jakiś nieodgadniony sposób. Wychwytywałem to długie spojrzenie i zdawało mi się, że zapowiada ono coś… interesującego.
W pobliżu nie było już żadnych zwiedzających, zbliżał się późny wieczór. Czułem się skrępowany tym dziwnym napięciem, które unosiło się między nami. Miałem mętlik w głowie, ostatnio tak wiele w moim życiu się zmieniło. Dima pokazywał mi złotego orła, znajdującego się na szczycie wieży dzwonnicy, herb dynastii Romanowów. Tymczasem ja wpatrywałem się w jego dłonie, usta i oczy. Pochłaniałem go wzrokiem i wydawał mi się taki idealny. Zacząłem się zastanawiać dlaczego wcześniej nie chciałem tego przyznać. Prawdopodobnie nie mogłem uciec przed czymś tak… nieuchronnym.
- Till? – zapytał mnie w którymś momencie.
- Tak?
- Podoba ci się tutaj? Wydawało mi się, że to miejsce będzie lepsze na twój artystyczny gust niż ten wielkomiejski zgiełk…
- Trafiony, zatopiony – odpowiedziałem z uśmiechem.
- To dobrze przewidziałem – odparł z nutką satysfakcji. – Takiego paniczyka zabiera się do pałacu, a nie do…
- Och przestań…! – burknąłem, jednak wciąż z uśmiechem na twarzy.
Roześmiał się i przełożył mi rękę przez ramię, jednocześnie pokazując coś.
- Widzisz? To cerkiew Wniebowstąpienia.
Spojrzałem we wskazanym kierunku. Cerkiew stanowczo odbiegała architekturą od tych, które do tej pory widziałem. Pomimo szarej kolorystyki, wciąż zachwycała swoim wyglądem.
-Wiesz o niej coś więcej? – zapytałem.
Pokręcił tylko głową, a ja czułem, że jego ręka coś nie może opuścić mojego ramienia. Pragnąłem jego dotyku, ale nic nie powiedziałem. Przyglądałem się tylko kościołowi, a on w końcu zdjął ze mnie swoją dłoń.
Rozmowa na chwilę się urwała, a powietrze gęstniało coraz bardziej. Dymitr nie wygłupiał się, jak to miał w zwyczaju podczas swoich weselszych, mniej stresujących dni. Szedł tylko bezszelestnie, wraz ze swoimi bezszelestnymi, niewątpliwie zajmującymi go myślami.
W ten właśnie sposób doszliśmy nad rzekę. Rwąca woda błyszczała w niej bystro. Nad brzegiem powietrze okazało się chłodniejsze i w dużej mierze orzeźwiające, jednak  w metafizycznym sensie odczuwałem ten sam ciężar.
- Cieszę się, że już wróciłem – odezwał się, przecinając ciszę.
- Zapewne. W domu zawsze jest najprzyjemniej.
- Ach! – machnął ręką i skrzywił się nieznacznie. – To nie to. Nigdy nie przywiązywałem się do miejsc. Tylko… w Petersburgu same problemy. Trudne sprawy do rozstrzygnięcia. A jak długo można pozować na niezniszczalnego? To męczy na dłużej.
- Chcesz powiedzieć, że pozujesz? – zaciekawiłem się.
- Nie, nie w takim sensie jak może teraz myślisz… Ale w tej grze muszę być pewny siebie. A nie da się zawsze byś wszystkiego pewnym. Często trzeba blefować, a to niszczy nerwy. Ale nie chcę o tym rozmawiać… Nie teraz – odparł i uśmiechnął się do mnie porozumiewawczo.
Nie wiedziałem jak odebrać ten gest. Zachowałem neutralny wyraz twarzy i wpatrzyłem się w toń. Przez czas naszej małej wycieczki zdążyło zupełnie się ściemnić i woda urokliwie błyszczała. Pomimo tego niezręcznego uczucia, czułem się również przyjemnie podekscytowany. W oczach i postawie Dimy, a także w całym otoczeniu było coś takiego, co napawało mnie beztroską radością. Po chwili znów przeniosłem na niego spojrzenie. Jego kobaltowe oczy błyszczały intensywnie i było w nich coś takiego miękkiego, czego nie dostrzegałem tam często. Na pewno nie podczas mafijnych spotkań, kiedy znajdował się w nich lodowaty chłód. Jednak teraz… Tak, teraz było inaczej. Patrzył na mnie tak czule, tak bezpośrednio i otwarcie. Podziwiałem każdą rysę jego twarzy, zadowolony, że mogę to robić równie bezpośrednio, nie ukradkiem. Pomyślałem wtedy, że jednak właściwie wybrałem. Że ten jeden człowiek jest wart poświęceń i trudów. Uśmiechnąłem się mimowolnie, nagle odczuwając z całą mocą, że jestem we właściwym miejscu i że niczego nie żałuję. Zapalczywie wierzyłem, że przy jego boku uda mi się stawić czoła wszystkiemu. Wczorajsza farsa zupełnie odeszła w niepamięć, jakby nigdy się nie wydarzyła. Teraz były tylko te oczy i rozchylone usta. Tylko jego dłoń, którą splótł swoje palce z moimi.
- Jednak co ważniejsze… - po tej nienaturalnie długiej przerwie, podchwycił przerwany temat. – W Petersburgu nie było ciebie. Tęskniłem… Dzień bez ciebie jest nic nie wart.
Chwycił mnie mocno w pasie i przygarnął do siebie. Wolną rękę wplótł mi we włosy i pocałował mnie. Objąłem go,  przyciągając go bardziej. Najwyraźniej podniecony tą zachętą, zaczął całować mnie mocniej i gwałtowniej. Pozwalałem mu się penetrować, absolutnie pochłonięty tą pieszczotą. Sięgał głęboko, łapczywie i natarczywie. Jednak za jakiś czas pocałunek stał się wolniejszy, równie namiętny, ale bardziej subtelny.
W końcu oderwał się ode mnie. Patrzył na mnie pożądliwie, ale nie dałem mu nic powiedzieć. Przyciągnąłem go do siebie i znów zacząłem całować. Jęknął zadowolony i kontynuował.
Tego wieczoru nie doszło do niczego więcej. Pragnąłem go strasznie i być może uległbym mu. Jednak Dima nie próbował mnie podejść. Nie zaczął nawet mnie dotykać. Chociaż moje ciało błagało o to, nie ośmieliłem się nic mu powiedzieć. Nie wiedziałem, czy nie chciał być natrętny po poprzedniej nocy czy może był to kolejny etap psychologicznego miażdżenia mojego oporu. Jeśli tak, muszę przyznać, że świetnie się spisał.

***

- Zaczynać!
Nie musiałem czekać długo na błyskawiczny cios, który został wymierzony prosto w moją twarz. Mocny, pewny, bezkompromisowy. Zablokowałem, w pełni odczuwając jego moc na kości promieniowej. Zacięte, niezadowolone spojrzenie, lekko wydęte wargi. Uśmiechnąłem się bezczelnie, co odniosło zamierzony efekt. Przeciwnik dał się sprowokować, jak nieprofesjonalnie. Kopniak również miał mnie ugodzić w twarz, ale zanim się to stało podciąłem jej stojącą na ziemii nogę. Zachwiała się niebezpiecznie i upadła. Prychnęła jak wściekła kotka. Zdawała sobie sprawę, że nabijam sobie pozytywne punkty. Błyskawicznie odepchnęła się od ziemi i zaatakowała mnie z gradem szybkich, morderczych ciosów. Uderzenie, uderzenie, uderzenie. Wykop z pół obrotu, dwa uniki, uderzenie. Ciemny, długi warkocz Niny tańczył w powietrzu jak flaga. Nie miałem jednak czasu na skupianie się na bzdurach. Wbiłem oczy w jej ciemnobrązowe, prawie czarne ślepia i atakowałem. Nigdy nie lubiłem walczyć z kobietami. Zawsze zdawało mi się, że kierują nimi jakieś trudne do zdefiniowania kompleksy i cały czas musiałem myśleć, aby nie bić w klatkę piersiową. Oprócz tego zawsze wydawały mi się zbyt drobnymi, w sensie szczupłymi przeciwnikami. Byłem przyzwyczajony do klatki o szerokości metra, a walcząc z Niną czułem się jakoś nieswojo. Nie można było jednak odmówić jej zdolności.
Również tym razem nasze siły wyrównywały się. Lubiła wykonywać trzy z rzędu kopnięcia z pół obrotu, już zdążyłem zauważyć ten schemat. Gdy zrobiła to znowu, zdecydowałem się na dość ryzykowny trik. Dwa pierwsze udało mi się sparować, natomiast przy trzecim wysunąłem się do przodu i złapałem ją za stopę. Skrzywiłem się mocno, czując ból w dłoni. Nie puściłem jednak i za pomocą wyuczonego ruchu, przewróciłem ją na ziemię. Nina zdążyła w porę zareagować i ściągnęła mnie ze sobą do parteru. Kopnąłem ją z kolana w brzuch, ale zakleszczyła moją nogę między swoimi i zablokowała mnie. Jej biodra skręciły nieco na prawo, a ja poczułem, że miażdży mi udo. Przycisnąłem jej szyję wolną ręką. Rzecz jasna zablokowała, ale naprężyłem się mocniej i zmiażdżyłem opór. Mocowaliśmy się tak ze sobą jeszcze przez jakiś czas. Porucznik nie szykował się do zakończenia walki. Lubił nas doprowadzać do niestandardowych, nie sportowych sytuacji. Wiedział, że przeciwnik nie będzie się z nami obchodził sportowo i niejednokrotnie nam o tym przypominał. Czasem w dość bolesny sposób.
Krzyknąłem, czując narastający ból w nodze. Nina za to traciła oddech pod naporem mojej ręki. Wiedziałem, że mam przewagę. Dało się przeżyć ze złamaną nogą, natomiast ja dałbym radę ją udusić. Zakleszczyła rękę na moim nadgarstku i próbowała ją odciągnąć. Gdy to nie odnosiło skutku, wbiła mi paznokcie w nadgarstek. Chociaż była to zagrywka typowo kobieca i jakże nie sportowa, okazała się skuteczna. Syknąłem, widząc, że krew spływa mi po ręce. Nie wiedziałem, czy w ten sposób mogłaby przeciąć mi żyły, ale spanikowałem i puściłem. Nie przepuściła tej okazji. Z moją krwią za swoimi paznokciami, o zgrozo, przyłożyła mi prosto w twarz. Zamroczyło mnie, ale nauczyłem się to kontrolować, przynajmniej przy umiarkowanych uderzeniach. Chciała powtórzyć atak, ale zdążyłem odwdzięczyć się tym samym. Zakrztusiła się swoją krwią. Nie wywarło to na mnie wrażenia. Tu nie było miejsca na etykę czy zasady gwarantujące bezpieczeństwo. Otrzymywaliśmy szkołę, która nie miała na celu nas osłaniać, tylko jak najbardziej narażać, aby zwiększyć nasze szanse przeżycia. Właśnie dlatego, wykorzystując jej nieuwagę, uderzyłem w brzuch. Nie chciałem już bić w twarz; miałem zamiar ją pokonać, nie zabić. Ku mojemu zdziwieniu, wciąż nie atakowała. Zaniepokoiłem się. Kaszlała dalej, więc zaniechałem walki.
- Wystarczy! – krzyknął porucznik. – Lohengrin zwyciężył. Andriejewna, potrzebujesz pomocy?
Nina podniosła się do siedzącej pozycji. Wciąż się krztusiła, ale pokręciła przecząco głową. Podałem jej rękę i usunęliśmy się z pola walki.
- W porządku! Następni. Komentarzy udzielę później.
Wytarłem bluzką swoją zakrwawioną rękę.
- Ale mnie urządziłaś… - zwróciłem się do niej.
- Ty mnie nie lepiej – mruknęła, spluwając krwią.
- To było dobre – odparł Arsen, podchodząc do nas.
- Komu to mówisz? – zapytała z gorzkim uśmiechem.
- Obojgu. Walczycie bardzo płynnie. Nie patrz tak na mnie, Nina. A Lohengrin nie zwyciężyłby tak łatwo, gdybyś nie zaczęła się dusić.
Pokiwałem mu głową, przyznając mu rację.
- Zapewne. Prawie złamała mi nogę.
Uśmiechnęła się z satysfakcją, jakbym powiedział jej komplement.
- Nie mogę się doczekać prawdziwych akcji. Walczymy tylko między sobą… Ileż można być kotem? – mruknęła niezadowolona.
Kosmyki włosów, które wyszły jej z warkocza, ulokowała za swoimi uszami. Twarz miała wilgotną od potu, a oczy wciąż pałające. Była wściekła przez swoją chwilę słabości i moje zwycięstwo. Tłumiła to jednak w sobie, nie chcąc urządzać dziecinnych scen.
- Musimy trenować. Jesteśmy fundamentem mafii moskiewskiej – stwierdził Arsen.
Nina skrzywiła się nieprzyjemnie. W ustach miała wsuwkę. Wciąż próbowała jakoś sukcesywnie spiąć sobie włosy po walce.
- Powiedz mi. Kto respektuje koty? Dopóki nie zajmiemy się akcją, każdy ze starszych ma z nas tylko pośmiewisko. Dzieciarnia. Piaskownica. Nawet porucznik patrzy na nas z sarkazmem… Ten okres szkoleń przeciąga się nam niemiłosiernie.
Usiadłem na kamieniu, tuż obok nich.
- Ale Arsen ma rację… Może jeszcze nie teraz, ale wkrótce… będziemy częścią tego fundamentu.
Nina miała zamiar zaprzeczyć, ale Arsen odezwał się pierwszy.
- Pomyśl… czym byłby król bez armii? – w jego zielonkawych oczach czaiła się odrobina rozbawienia. Nie rozumiałem dlaczego.
- Król – powtórzyła z podobnym wyrazem twarzy. – Król zamknął się w kryształowym pałacu.
Zamrugałem, nie wiedząc do czego dążą.
- O czym mówicie? – zapytałem, nie mogąc wytrzymać.
Oboje przenieśli na mnie swoje spojrzenia.
- Nie słyszałeś? Wszyscy o tym mówią. Żołnierze, przemytnicy, funkcjonariusze. Każdy po cichu szepta, że Iwanowicz jest bezradny wobec Sołncewa. Jego ludzie węszą, śledzą, a wciąż na nic nie natrafili. A Sołncewo są jak pasożyty, które powoli przejmują kontrolę nad niegdyś swoim biznesem.
- Ach! – Arsen lekceważąco machnął ręką. – Teraz przesadziłaś. Jeszcze im daleko do tego.
- Każdy koniec ma swój początek – zaakcentowała.
Poczułem się zaniepokojony. Dima zapewne mówił o tych komplikacjach w Petersburgu.
- Jednak bardzo mnie to dziwi… Wasyl, ten myśliwski pies, wytropiłby każdego. Gdzie ci skubańce mogli się podziać? Żeby nie złowić ani jednego z nich… - rozwodził się nadal.
- Myślę, że nic nie trwa wiecznie. Nie mogą się ukrywać bez końca. To kwestia czasu – oceniłem.
- Na razie to nie moja działka – Nina włożyła ręce w kieszenie i wzruszyła ramionami. – Chciałabym tylko już znajdować się w armii, a nie brać udział w tych „kursach wstępnych”.
Arsen poklepał ją po ramieniu.
- To ćwicz. Ćwicz bez ustanku. To przyspieszy twój cel.
Skinęła głową z bardzo poważnym wyrazem twarzy. Trochę trudno było mi zrozumieć ten zapał. Do czego tak ją ciągnęło? Do pieniędzy, niebezpieczeństwa czy poważania? Nie pytałem. Tu nikt nie zadawał tego rodzaju pytań.
- Wiedz tylko, że potem nie będzie tak łatwo – Arsen zaciągnął się papierosem. – Niektórzy świrują przy uczeniu tortur.
Przeszedł mnie dreszcz i spojrzałem na niego pytająco.
- Też nie wiedziałeś? Człowieku… Czym ty żyjesz, Lohengrin? Jak ty tu w ogóle trafiłeś? – pytał, nie kryjąc zdziwienia.
- Z aspiracji ojca – odparłem z krzywym uśmiechem.
- Aaaa – mruknął, jakby to wszystko wyjaśniało. – Podobnie było w moim przypadku. Rodzinna tradycja, co? – zapytał porozumiewawczo i lekko szturchnął mnie w ramię.
Skinąłem głową z podobną ironią.
- Kurwa, przecież nie jestem w jakichś cholernych Włoszech… Niektórzy rodzice… Aach, nieważne. Jakby nie było, to całkiem niezły biznes, co? A co do tych tortur… Myślałem, że wiesz. W naszych oddziałach nie uczy się tylko siły, ale także bezwzględności – zaciągnął się ostatni raz i butem rozgniótł peta. – Można się do tego przyzwyczaić. Pomyśl… Nie chciałeś nigdy zadać komuś bólu?
Zamyśliłem się. Nie wychwyciłem swoją pamięcią niczego podobnego, ale nie chcąc być niewiarygodnym, pokiwałem głową.
- No widzisz. Wystarczy wyzwolić w sobie nienawiść. I myśleć o swojej słusznej sprawie.
- Słusznej sprawie…? – zapytałem, nie mogąc zrozumieć jak w torturowaniu kogoś może być coś słusznego.
- No, masz chyba jakiś powód, dlaczego walczysz?
- Tak… mam.
- Więc o tym należy myśleć. Zabiłem już wielu ludzi. Wiesz, na wojnie. Wcale nie było tak trudno. Zaciągnięcie się w oddziałach Iwanowicza nie różni się niczym od zwykłego wojska. Myślisz, że jak jesteś na wojnie, to zabijasz złych ludzi? Zabijasz takich ludzi jak ty czy ja, tylko, że z innego kraju. Na wojnach giną też kobiety i dzieci. Wielu cywili. Tylko nas uznaje się za kryminalistów, a ich za bohaterów – roześmiał się. Nie był to jednak gorzki śmiech, jak można by się było spodziewać. Raczej szczery, naprawdę rozbawiony. Arsena bawił ten paradoks, do bólu i do łez. Wyciągnął z paczki kolejnego papierosa i pokiwał głową do swoich myśli.
- I w wojsku, tam gdzie walczą ci szlachetni obrońcy kraju, też niejednokrotnie musisz kogoś torturować. Szpiega, wroga, zdrajcę… tylko zasady gry są inne. Tu dodatkowo możesz się wzbogacić. Albo zdobyć władzę… Nie wiem jaki jest twój cel, jednak… na pewno możesz go zdobyć… jeśli przeżyjesz – stwierdziła Nina.
Westchnąłem głęboko. Mój cel był dalece inny niż ich, zupełnie nie adekwatny do całej tej sytuacji. Musiałem jednak im przyznać, że mieli rację. Chociaż wolałem nie myśleć o żadnych torturach, zdawałem sobie sprawę, że moralność jest wielce wątpliwą i subiektywna sprawą.

***

Gdy tylko wróciłem do domu i zmęczony powędrowałem do salonu, natknąłem się na Iwanowicza. Siedział wygodnie rozparty w fotelu i czekał na mnie z winem. Uśmiechnął się słodko i gestem zaprosił mnie do stołu. Odwzajemniłem uśmiech i skorzystałem z zaproszenia. Nalał mi białego wina i wręczył kieliszek.
- Jak się czujesz? – zapytał, chcąc rozpocząć rozmowę.
- Dobrze, tylko… zmęczony – odparłem i zacząłem masować sobie kark.
Fotel był wygodny, a wino słodkie i rozgrzewające. Czułem się dobrze. Po dniu pełnym wysiłku, walk, brudnej ziemi i krzyków porucznika, mogłem zanurzyć się w tym ciepłym rozluźnieniu przy moim Dimie. Zaczęło mi się podobać myślenie o nim w ten sposób. Był mój, miałem go na wyciągniecie ręki…
- Wyglądasz dziś na bardzo zadowolonego – zauważyłem.
- Mam zawodowe ku temu powody – odparł tajemniczo.
- To znaczy? – uniosłem brwi.
- Na razie nic nie mówię… Nie będę się opierać na samych… teoriach.
Domyślałem się, że chodziło o odwieczny problem, jakim było Sołncewo. Przypomniało mi się określenie Niny. Kryształowy pałac… Dima rzeczywiście chciał raz na jakiś czas odgrodzić się od tego wszystkiego. Od stresu, morderstw, intryg. Tylko Nina nie wiedziała, że to ja stanowię tę główną od tego przegrodę. Miałem co do tego absolutną pewność. Widziałem to w jego miękkich, spokojnych ruchach. Dolał mi znowu wina. Zaczęliśmy rozmawiać o jakichś błahych sprawach, co
sprawiało nam obu przyjemność. Jednak coś ciemnego i brudnego czaiło się gdzieś pomiędzy dolewaniem wina, pocałunkami i niepoważnymi dyskusjami. Wraz z opróżnianiem butelki, zdawało mi się że na powierzchni mojego kieliszka błyska się związane ciało, z wydłubanymi oczami i o przypalonych bokach. Na jedną zaledwie sekundę wykrzywiłem płaczliwie usta, zdając sobie sprawę jak wielką cenę przyjdzie mi zapłacić za tę miłość.