Info


Wcześniejsze rozdziały opowiadania znajdują się na stronie
http://www.yaoi.pl (teksty -> opowiadania -> "Siódmy Krąg" by Wilczyca)

Jeśli ktoś wyraża chęć, mogę informować na bieżąco o pojawianiu się nowych rozdziałów poprzez e-maila. Oto mój mail: dita-fm@wp.pl Możecie też kierować na niego wszelkie pytania, sugestie, ponaglenia, whatever.

sobota, 13 sierpnia 2011

Rozdział dziewiąty

9. He and his companions

Dima przedstawił mi swoich wspólników, ale nie zwrócił na mnie uwagi. Nie zaproponował mi żadnego, nawet krótkiego wprowadzenia, czego obecnie dotyczy dyskusja. Często wręcz paranoicznie się bał, że coś może zostać odczytane z jego twarzy. W rezultacie przy innych był dla mnie bardziej oschły i zimny niż to konieczne, przynajmniej na początku.
Byłem mu jednak wdzięczny, że podjął znowu temat, aby towarzystwo przestało się interesować moją osobą.
- Sprawa nie jest prosta. Nie bagatelizowałbym jej. Może to nie to samo co w latach dziewięćdziesiątych, ale oni odzyskują siłę – powiedział.
- Ciekawi mnie, co każe ci tak sądzić – odezwał się mężczyzna o pseudonimie Godot. Chociaż był Rosjaninem, miał delikatne, nieco azjatyckie rysy twarzy. Jego imię brzmiało Stiepan. Rzadko jednak ktoś tak się do niego zwracał. Jego oczy wyrażały powagę i umiarkowaną skłonność do żartów.
- KGB i MSW są po naszej stronie – kontynuował. - Milicja także nagina się do naszych oczekiwań. Może Sołncewo było potęgą kiedyś, ale teraz… są pozbawieni jakiejkolwiek ochrony oprócz swojej własnej. Mamy służby specjalne, milicję i wojsko po naszej stronie. Czy jest więc coś, o czym… nie wiemy?
Ach, a więc znowu chodziło o Sołncewo. Godot najwyraźniej przeczuwał, że Dima wciąż nie wyjawił wszystkiego, co wie.
Iwanowicz uśmiechnął się tajemniczo.
- Czegoś ci brakuje, Godocie? – zapytał, najwyraźniej mając chęć trochę się z nim podrażnić.
- Cóż – odpowiedział. – Twoje zmartwienie musi mieć jakieś podłoże i uzasadnienie, czyż nie?
- Owszem. Myślę, że jest coś, co was zainteresuje…
Stiepan westchnął. Spoglądał chłodno z za swoich prostokątnych okularów i czekał.
- Do rzeczy, psia jego mać! – rozległ się krzyk Wasii. – Jeśli zajdzie taka potrzeba, załatwimy skurwieli. Własnymi rękami zaduszę każdego z nich. Rozdrabniacie się jak stare babuszki, panowie! Konkrety, proszę o konkrety!
Jego oczy patrzyły dziko i jakoś tak żarliwie jakby płonęły żywym ogniem. W ogóle, z całej swej postury i usposobienia przypominał wilka. Miał czarne jak węgiel, zawsze żywotne ślepia, którymi czujnie rozglądał się dookoła. Włosy sięgały mu do karku i wyglądały jak potargane przez wiatr. Nie chodził w garniturach. Swoim wyglądem, każdym gestem i słowem był całkowitym przeciwieństwem Godota. Stiepan zachowywał stonowany dystans. W rozmowie płynął wolno i ostrożnie, sprawnie omijając przeszkody i zasadzki. Mówił tak, jakby grał w karty; próbował jak najmniej powiedzieć, a jak najwięcej usłyszeć. Nie atakował dopóki nie znalazł się na wygodnej, pewnej pozycji.
Wasyl natomiast miał zupełnie inną taktykę. Działał pewnie i ofensywnie. Nie szukał dogodnych warunków; potrafił wybijać się z podłoża naprawdę niewygodnego i dosięgać do tego, czego oczekiwał. Był silny i energiczny. Oprócz tego trudno było zbić go z tropu. Chociaż jego strategia niejednokrotnie cechowała się ryzykiem i pewną dozą bezmyślności, Wasyl okazywał się w tych warunkach wyjątkowo prężny. Co może ważniejsze, kochał igranie z niebezpieczeństwem.
Spojrzałem na Dymitra. Nie wyglądał jednak na oburzonego, najwyraźniej przywykł do niepohamowanego zachowania Wasii. Godot natomiast aż skrzywił się z dezaprobaty. Nie znosił tego człowieka i nie starał się tego ukryć.
- Czasem zastanawia mnie, co pan tu robi, panie Wasylu – wtrącił ironicznym do granic możliwości głosem. – Myślenie chyba nie jest twoją mocną stroną.
Mięśnie na twarzy Wasyla zadrgały mocno. Najbardziej denerwujące nie były same słowa Godota; myślę, że bardziej do wściekłości doprowadzał szeroki uśmiech, który im towarzyszył.
- Za to bezczynność i zaduma twoją, przyjacielu – odwdzięczył się Wasia. – Może powinieneś zmienić fach? Nie zechciałbyś tak zostać filozofem?
Ich sprzeczka została przerwana przez dźwięczny, kobiecy śmiech. Na lewo, naprzeciwko mnie siedziała Marija, którą wszyscy nazywali Koshka. Była to kobieta piękna i powabna jak marzenie. Jej ogniste włosy opadały falami na wyeksponowane piersi. Miała na sobie nieco ekstrawagancką, czerwoną suknię z falbanami. Śmiała się jeszcze przez jakiś czas, ale widać było, że to śmiech szczery i naturalny. Na chwilę złapała się za głowę, aby podkreślić swoje rozbawienie.
- Drodzy panowie – odezwała się. – Czy przyszliśmy tu po to, aby oglądać jak naskakujecie na siebie niczym dwa ogiery? To nie są zawody męskości, pragnę wam przypomnieć.
Wasia podkręcił swojego długiego wąsa i wbił w nią zajadłe spojrzenie.
- Kobieta mi nie będzie tutaj rozkazywać.
- Ale ja mogę – odezwał się Dymitr. – Koshka ma rację. Nie mam zamiaru tracić czasu na wasze popisy. Możecie na siebie naskakiwać, a nawet wyzwać się na pojedynek, starym, zapomnianym zwyczajem, ale dopiero jak wyjdziecie z pokoju.
Mężczyźni zamilkli. Zauważyłem, że czują respekt przed Dymitrem. Mieli jednak ponure miny, w przeciwieństwie do Mariji. Rzuciła mi przelotne, wesołe spojrzenie. Niepewnie odwzajemniłem uśmiech.
- Przechodząc do upragnionych konkretów… - zaczął Dima. - Sołncewo zbratało się z gangami etnicznymi.
Godot drgnął na tę informację, zupełnie się jej nie spodziewając. Nie powiedział jednak nic. Obserwował i czekał, aby dowiedzieć się więcej.
- Jak to może być? – zapytała Koshka. – Kiedyś zniszczyli wszystkich etnicznych, prawdopodobnie z pomocą KGB.
- Czasy się zmieniają. Mafie nierosyjskie po latach znowu się odrodziły, a Sołncewo potrzebuje wsparcia. Jak zauważył Godot, to my mamy zagwarantowany mur ochronny, a oni mogli liczyć tylko na siebie. Teraz jest już inaczej. Nie wiem od kiedy trwają negocjacje, ale zaczęli się bratać z wieloma  gangami  z okolic byłego ZSRR. Wiele z nich zgodziło się im pomóc.
- Węzeł gordyjski? – zapytał Godot.
Dima pokręcił głową.
- Nie tylko. Znaleźli nowych sprzymierzeńców. Rosną w siłę.
Na sali zapadło milczenie. Każdy zdawał sobie sprawę, że znaleźliśmy się w dość niebezpiecznym położeniu.
Pierwszy milczenie przerwał Wasia.
- Pozostaje chyba tylko jedno wyjście… - Wasyl uśmiechnął się szeroko i jakoś tak wstrętnie. Chociaż nie dokończył swojej myśli, każdy odgadł, że chodziło mu o otwartą walkę z Sołncewem.
- Obawiam się, że masz rację – przytaknął mu Dima.
Inni poderwali ku niemu głowy, całkowicie zszokowani, że się zgodził.
- Co ty sugerujesz, Iwanowicz? – zapytał Godot.– Nie powinniśmy mieszać się w to zbyt ofensywnie. Takie zagrywki nic dobrego nie przynoszą. Stracimy tylko siłę, a nic nie zyskamy. Doradzałbym raczej jakiś fortel.
- Gdybyśmy zabili przywódcę… Powstałby chaos. Prawdopodobnie nie pozbieraliby się z tego zbyt prędko i wtedy mielibyśmy okazję, aby ich zniszczyć. Ostatecznie – Wasia mruknął w zamyśleniu.
- Nie wydaje mi się – odezwała się Koshka – Sołncewo to nie jakaś tam monarchia. Jak jednego zestrzelilibyśmy z najwyższego stanowiska, natychmiast wsadziliby tam kogoś innego. Czymś tak potężnym nigdy nie rządzi jeden człowiek.
Tak jak u nas, pomyślałem. Mimo to Dima miał szacunek u swoich doradców i nikt nie próbował go obalić. Czyżby powodem był tylko szacunek…? Jeśli nie, to co jeszcze? Strach?
- Jest tylko jedne, możliwe zakończenie tej sprawy – odezwał się głos z końca stołu. – Wojna kryminalna.
Głos był nieco skrzekliwy i już po chwili przypomniałem sobie, że jego właściciel nazywał się Iwan. Człowiek ten wyglądał tak, że wystarczyło raz na niego spojrzeć, aby już nigdy go nie zapomnieć. Miał krótkie, ciemne włosy, które odstawały mu zabawnie w jednym miejscu. Nie wyglądał jednak na komicznego osobnika. Patrzył po nas wszystkich zimnymi, niebieskimi oczyma, w których czaiło się coś na kształt wrogiej dzikości. Jego wąskie, jakby wykrzywione w grymasie usta okalała bródka, w lekko miedzianym, jaśniejszym niż jego włosy, odcieniu. Był niskim, bardzo drobnym człowiekiem, ale pomimo tego roztaczał wokół siebie nieprzyjemną, chłodną aurę. Uniósł swoje krzaczaste, obszerne brwi i lekko, jakby w zamyśleniu, pokiwał głową. Nie mówił wiele. Różnił się zasadniczo zarówno od Wasii jak i od Godota. Nie atakował, nie pertraktował, tylko siedział i milczał. Jego charakter i intencje pozostawały nieodgadnione. Kiedy coś mówił, nie dało się uchwycić jego opinii. Wysuwał sugestie i wnioski, ale nigdy nie ujawniał swojego zdania.
- Nie wiem, czy to dobre posunięcie – mruknął Godot. – Jeśli faktycznie mają tylu sprzymierzeńców, możemy się ugiąć pod ich naporem. Proponowałbym raczej podejście ich od tyłu, jeśli to tylko możliwe.
- Zobaczymy, co da się zrobić – odparł Dymitr. – Trzeba jednak pamiętać, że Sołncewo zapewne nieustannie nadstawia oczu i uszu. Nigdy nie wybaczą nam odebrania pozycji i wpływów. Gdy ich sytuacja znacznie się polepszy, pierwsze co zrobią, to atak na nas. Wtedy nie będzie już okazji na żadne podchody.
Uderzyła mnie pewna myśl. Przez chwilę zawahałem się czy wypowiedzieć ją na głos czy lepiej siedzieć cicho. Nie chciałem jednak sprawiać wrażenia, jakbym był tam za karę i pomimo obaw, przemogłem się.
- Zastanawia mnie jedna rzecz.
To, że zabrałem głos wywołało większe poruszenie niż bym się tego spodziewał. Wasia zdziwiony rozejrzał się, jakby zdążył już zupełnie zapomnieć o mojej obecności. Godot wbił we mnie natarczywy, ostry wzrok, zastanawiając się z kim ma do czynienia. Koshka znów przeniosła na mnie swoje szelmowskie, ciekawskie spojrzenie. Iwan i Dima mieli neutralne miny, nie wyrażające żadnych emocji. Teraz mogę powiedzieć, że najlepiej znali zasady gry. Potrafili nie odsłaniać się zbytnio.
Przełknąłem ślinę i kontynuowałem.
- Dlaczego pomniejsze gangi przyłączyły się do Sołncewa? Odnieśliby znacznie większy zysk, gdyby pozostali w sprzymierzeniu z wami. Zamiast tego zawierają sojusz z podupadającym Sołncewem. Jakie korzyści z tego mają?
Dima już otworzył usta, żeby się wypowiedzieć, ale Koshka go uprzedziła.
- Mafia moskiewska nie zamierza współpracować z etnicznymi czy nawet z jakimiś małymi, rosyjskimi jednostkami. Po pierwsze, sojusz z imigrantami byłby dla nas niezwykle uwłaszczający. Po drugie, nie targujemy się z każdym, kto do nas przyjdzie „po prośbie”, tylko z tymi, którzy mogą nam zagwarantować znaczne zyski. Pozostaje jeszcze propaganda. Już mogę wyobrazić sobie te hasła, które oferują etnicznym wolność, równość i bezinteresowną pomoc, gdy tylko Sołncewo odzyska pozycję.
Nerwowo zastukałem palcami o blat. Nie byłem przyzwyczajony do takich rozmów, a chciałem dobrze wypaść.
- I wierzą w to wszystko? – zdziwiłem się.
- Chcą wierzyć. Ludzie zawsze wierzą w to, w co chcą wierzyć.
Zamilkłem, a kobieta zmrużyła swoje zielone, kocie oczy. Miała tajemnicze spojrzenie i nie sposób było odgadnąć jej myśli.
- Apeluję do was o czujność – odezwał się Dymitr. – Tak samo do was jak i do wszystkich urzędników, pośredników i funkcjonariuszy. Cała siatka wywiadowcza jest w pogotowiu. Gdy tylko pojawią się nowe informacje, wy pierwsi je uzyskacie. Ale bądźcie ostrożni. Nie wiadomo, kiedy zdecydują się na pierwszy ruch.
- A ty, Iwanowicz? Nie planujesz już jakichś kroków, żeby zapobiec ich wzrostowi? – zapytał Godot. – Gdybyśmy to my wykonali pierwszy ruch, wypadłoby to dla nas bardzo korzystnie.
- Dobrze wiesz, że nie mają stałej siedziby. Od kiedy uciekli z Moskwy, ukrywają się i zmieniają położenie jak kanałowe szczury. Trudna sprawa. Rzecz jasna wykonam ruch przed nimi, jeśli tylko będzie to możliwe.
- Gdyby tylko któryś z nich wpadł w moje łapy… - Wasia znów się uśmiechnął w ten charakterystyczny, wywołujący dreszcze, sposób. – Zapewniam, że wyśpiewałby wszystko.
- I właśnie to zadanie ci zlecam.
Wasia pokiwał tylko głową, jakby właśnie tego się spodziewał.
- Będziesz informowany na bieżąco, gdzie ostatnio byli widziani. Schwytasz jednego z nich. Chcę go mieć tutaj. Ma oddychać.
Wasia zaśmiał się paskudnie. Pomysł całkowicie przypadł mu do gustu.
- Gdybyśmy mieli tam szpiega, rzecz byłaby znacznie prostsza. Na razie możemy tylko ich obserwować z zewnątrz, a to nie wystarczające. Jeśli uda nam się ich zlokalizować, będzie można wpuścić kogoś do środka. Z pewnością werbują ludzi.
Rozmowę przerwało pukanie do drzwi. Weszła służąca z zapytaniem, co podać. Po chwili na stole pojawiła się butelka koniaku i whisky, obie w pojemnikach z lodem. Najwyraźniej przyszedł czas na mocniejsze drinki. Napiłem się whisky, wyczuwając na sobie kobiece spojrzenie. Nie podniosłem wzroku. Czego chciała ode mnie?
- Myślę, że tę sprawę można już zamknąć. Chciałbym teraz omówić biznes, który mam na oku – odezwał się, pijąc ze smakiem.
- Co mianowicie? – zaciekawiła się Koshka.
- Hotel Ritz-Carlton.
Iwan mruknął z aprobatą, nie powiedział jednak ani słowa. Jak już wspomniałem, nie był rozmownym człowiekiem.
Później Dima mi wytłumaczył, że Ritz-Carlton przynosił miliardowe zyski. Był to jeden z najbogatszych hoteli świata, chętnie odwiedzany zakątek przez miliarderów. Prezentował sobą szczyt ekstrawagancji i miał w zanadrzu niejedną pokusę na marnotrawstwo olbrzymich pieniędzy. Aby podać przykład, mogę wymienić apartament prezydencki z kuloodporną jadalnią. Lubili z niej korzystać bogacze niekoniecznie obawiający się rychłego zamachu na swoje życie.
- Właściciel nazywa się Aliszer Isajew. Zaproponujemy mu „współpracę” – Dima uśmiechnął się przy ostatnim słowie.
- Na jaki układ liczysz? – zapytał Godot.
- Zaproponuję osiemdziesiąt procent zysków dla nas, po czym łaskawie dam się przekonać na siedemdziesiąt.
- Na jakich warunkach?
- Zyski dla nas w zamian za ochronę. W końcu to bardzo bogaty człowiek. Ma powód, aby obawiać się… nieprzyjaciół. My tylko mu pomożemy.
Rozsiadł się wygodniej na krześle, po czym lekko przechylił swojego drinka. Przez moment przypatrywał się kostkom lodu, które kazał sobie dodatkowo przynieść.
- Obecnie pan Isajew cieszy się urlopem. Gdy wróci, zaproponujemy mu spotkanie. Godot, chcę cię mieć przy sobie. Jesteś świetnym dyplomatą i potrafisz robić dobre wrażenie. Myślę, że to na tyle ze spraw ważnych.
- A co z nami? To znaczy, ze mną i z Iwanem? – dopytywała się Marija.
- Dla was na razie nie mam nic specjalnego. Bądźcie czujni. Miejcie oczy i uszy otwarte. W sumie, nie tylko wy. Wszyscy. Sołncewo to nie wróg, którego można ignorować.
Na tym skończyła się dyskusja na temat priorytetów. Przeszliśmy do szczegółów, picia drinków i polityki. Odzywałem się zdawkowo i ostrożnie. Doskonale rozumiałem, że to nie był moment na reklamowanie mojego ja. Takim postępowaniem ośmieszyłbym się tylko, więc nie próbowałem przeskakiwać samego siebie.
Wkrótce wszyscy zaczęli się zbierać do domów. Wasia i Godot oznajmili, że czas na nich, więc Dymitr poszedł ich odprowadzić do drzwi. Iwan udał się do ubikacji. W pomieszczeniu zostaliśmy tylko Koshka i ja. Kobieta stała przez moment, przyglądając się obrazowi na ścianie.
- Proszę wybaczyć – ukłoniłem się lekko i zamierzałem opuścić pomieszczenie, ale zatrzymała mnie.
- Poczekaj. Jak się nazywasz?
- Lohengrin. Till Lohengrin – odparłem, oglądając falbanki na jej sukni. Kochała przepych, to było widać na pierwszy rzut oka.
- Till – powtórzyła, jakby to krótkie, niemieckie imię sprawiło jej problem. – Dziwnie. Prawdę mówiąc, nie brzmi zbyt niemiecko. Spodziewałam się raczej czegoś w stylu Stephan, Hans czy Karl.
Uśmiechnąłem się lekko.
- Mój ojciec nazywa się Karl.
Pokiwała głową, jakby coś wspominając.
- Mój nazywał się Vladimir.
Zapadło krótkie milczenie. Rzuciła mi kolejne, taksujące spojrzenie i wcale nie próbowała tego ukryć. Wiedziałem, że mnie ocenia, ale nie spuściłem wzroku. Nie chciałem wydać się słabym czy wystraszonym. Najwyraźniej odebrała to jako zachętę, bo po chwili zmrużyła kokieteryjnie swoje szmaragdowe oczy i rzekła:
- Nie spodziewałam się, że Niemcy bywają tacy przystojni. 
Wydałem z siebie coś pomiędzy śmiechem, a parsknięciem, jednak pełnym przyjemności.
- Bywają – odparłem zadowolony.
Ciekawiło mnie czy ten brak skromności ją zrazi, ale najwyraźniej odniosłem odwrotny efekt.
- Lubię pewnych siebie mężczyzn – mruknęła z przyjemnością. – Możesz mi dolać?
Podała mi swoją szklankę po whisky. Wykonałem jej prośbę i wręczyłem jej trunek. Prawie go upuściłem, bo nagle w pomieszczeniu rozległ się głos Dimy.
- Od kiedy zostałeś lokajem w tym domu, Lohengrin? Szanowna dama rączki straciła?
Był rozdrażniony i miał papierosa w ustach. Dotąd nie widziałem jeszcze, żeby palił.
Koshka roześmiała się promiennie i upiła swojego drinka.
- Dlaczego jesteś taki spięty, Dymitrze Iwanowiczu? Aż tak cię denerwują przekomarzania Godota i Wasii? Wszystkiego musisz się doczepić?
Dima zmarszczył brwi i przez chwilę się nie odezwał. Potem, po namyśle, odparł:
- Szykują się problemy i to nie byle jakie. Nie przyprawia mnie to o radość – wytłumaczył się.
Kobieta zapatrzyła się znowu w obraz. Przedstawiał Czterech Jeźdźców Apokalipsy. Jeźdźcy byli mało widoczni. Autor skupił się bardziej na koniach; pięknych rumakach namalowanych w biegu wśród płomieni i zgliszczy.
- Doskonałe dzieło. Masz dobry gust, Iwanowiczu. I całkiem urodziwych podopiecznych. – dodała, przenosząc na mnie swoje zalotne spojrzenie.
Uśmiechnąłem się na tę uwagę. Nie dlatego, że chciałem czegoś od niej. Z przyjemnością po prostu słuchałem, gdy ktoś mnie chwalił.
- Zajmij się pracą, a nie rozpustą, kobieto. I to najlepiej teraz.
Mówił spokojnie, ale doskonale widziałem, że jest wściekły i zaczynałem rozumieć, dlaczego.
- Nie umiesz wypraszać ludzi zbyt subtelnie. Z resztą, miałam już wychodzić. Czekam tylko na Iwana. Miałam z nim coś do omówienia.
- Iwan już odjechał – krótko wyjaśnił.
- Ach, tak. W takim razie – kilkoma łykami dokończyła drinka i z lekkim trzaskiem postawiła szklankę na stole. – Do zobaczenia, Iwanowiczu. Niech Sołncewo nie spędza ci snu z powiek. Nie ma powodu, aby panikować. Cześć, Till. Nie potrzeba, aby mnie odprowadzać. Prawdę mówiąc, nie lubię tego.
Uśmiechnęła się do nas raz jeszcze i wyszła. Dima czekał na odgłos zamknięcia drzwi wyjściowych. Zanim to się stało, zaciągał się papierosem i wbijał we mnie zirytowane spojrzenie.
- „Cześć, Till” – powtórzył i przybrał taką minę, jakby przełknął coś obrzydliwego. – Kurestwa ci się zachciewa? Wystarczy ci jedną panienkę w pokoju posadzić i ślinisz się jak jakiś kundel.
Poczułem jak krew ode mnie odpływa. Zrobiło mi się okropnie zimno i spojrzałem na niego wściekły.
- O co ci w ogóle chodzi?! – wykrzyknąłem. – Przecież nic nie zrobiłem!
- Nie…? – zaciągnął się znowu i oparł o zamknięte drzwi. – Najchętniej posadziłbyś ją sobie na kolanach i słuchał jak ci prawi komplementy.
- Odbiło ci, Dima. Z resztą, co cię to obchodzi? Nie mam wobec ciebie żadnych zobowiązań tego typu – warknąłem, czując się rozjuszony i pokrzywdzony.
- Nie…?
- Odsuń się, chcę wyjść.
- Nie masz żadnych zobowiązań…?
Drgnąłem. Wyczułem, że w jego głosie czai się tłumiona furia. Złapał mnie za koszulę i uderzył mną o ścianę. Papieros wypadł mu z ręki.
- Może jeszcze zaczniesz sobie tu dziwki przyprowadzać, cholerny szczeniaku?! – wrzasnął do mnie.
Moje serce pracowało na maksymalnych obrotach i miałem w ustach posmak goryczy.
- Odpierdol się ode mnie! Co ja ci zrobiłem?! Nic nie zrobiłem! Powinienem jej powiedzieć, że nie mam od ciebie pozwolenia na słuchanie komplementów? Opamiętaj się, człowieku! – wykrzyczałem i wyrwałem się mu.
Moje dwa ostatnie zdania prawdopodobnie uświadomiły mu tę paranoję, bo znacznie złagodniał. Rozejrzał się dookoła niewidzącymi oczami. Kiedy chciałem wyjść, odezwał się:
- Czekaj, Till.
Nie miałem zamiaru wciąż go słuchać, ale złapał mnie za ramię. Spojrzałem na niego z wyrzutem.
- Wybacz – odparł i pogłaskał mnie po policzku. – Po prostu trudno mi było na to patrzeć.
- Na co? Jak nalewam jej whisky? – parsknąłem.
- Przysłuchiwałem się waszej rozmowie. Dlaczego byłeś dla niej taki przystępny?
Jego dłoń wciąż błądziła po mojej twarzy, co nieco mnie uspokajało, a zarazem nie pozwalało się skupić.
- Bo mnie chwaliła. Jestem miły dla każdego, kto to robi. Jestem psem na komplementy, nie na baby. Jeszcze tego nie wiesz, Dima?
Najwyraźniej zrozumiał, że mam rację, bo uspokoił się już zupełnie. Do tego spodobało mu się, że nie odtrącam jego dłoni, chociaż błądziła już po mojej szyi, a nawet ustach.
- Przyjdź zaraz do mojego biura. I czemu, na Boga, się spóźniłeś, Till? Co to miało być?
- A, to – spuściłem wzrok. Wstydziłem się odpowiedzi, ale nie chciałem go okłamywać. – Wsiadłem do niewłaściwego autobusu.
Zaśmiał się lekko i poczochrał mi włosy. Najwyraźniej zdążył już zapomnieć, że minutę temu trzaskał mną o ścianę. Mi jednak ten pokaz dominacji nie wyparował tak szybko z pamięci. Już drugi raz się z tym spotkałem w niedługim odstępie czasowym. Stanowiło to dla mnie coś nowego w jego zachowaniu, czego wcześniej nie znałem. Przyszedł mi do głowy pewien bardzo znaczący fakt, o którym do tej pory nie pomyślałem. Kiedy się rozstaliśmy był praktycznie w moim obecnym wieku. Teraz niewiele mu brakowało do trzydziestki. Nic dziwnego, że się zmienił i że mogłem czegoś o nim nie wiedzieć. Na przykład tego, że bywał chorobliwie gwałtownym, paranoicznym zazdrośnikiem.

 ***
Mijały kolejne dni. Zbliżał się kwiecień, a wraz z nim słodki, orzeźwiający zapach wiosny. Nadchodziła ona szybciej niż zwykle, co stanowiło zaskakującą, ale bardzo pozytywną odmianę. Niebo coraz częściej przybierało jasną, błękitną barwę, a drzewa i krzewy zaczęły rodzić pąki. Dzięki tej wiosenności czy też zapachu gleby i kwiecia zdarzało mi się zapominać gdzie i po co jestem. Prawdę mówiąc, przestałem w ogóle się nad tym zastanawiać. Broń w ręku stała się czymś tak naturalnym i codziennym, że nie myślałem już do czego tak naprawdę służy, gdy celowałem do tarcz czy pustych puszek.
Coraz częściej wychodziłem z domu. Był to jeszcze ten okres, kiedy bez strachu mogłem iść do lasu czy wędrować po mieście późną porą. Nie byłem nikim ważnym czy godnym uwagi dla Sołncewa czy kogokolwiek innego. Prawdopodobnie nawet o mnie nie wiedzieli. Dymitr szkolił (nie osobiście, ale jednak) mnóstwo osób, dlaczego ja miałbym być kimś wyjątkowym?
Tak, był to bardzo dobry czas. Może nawet najlepszy w moim życiu. Moment po tym, gdy treningi przestały być taką piekielną uciążliwością i przed tym, kiedy zostałem przestępcą tak naprawdę.
Dymitr zachowywał się spokojnie. Póki co, nie dostawał żadnych złych, alarmujących wiadomości. Co ważniejsze, nie widział żadnych kobiet obok mnie, a to niezmiernie mu odpowiadało. Zauważyłem, że o mężczyzn nie był wcale zazdrosny. Prawdopodobnie obawiał się, że z natury odczuwam pociąg do płci pięknej i dostrzegał w tym zagrożenie dla siebie. Wiedział, że ma na mnie wpływ, ale najwyraźniej uznawał to za odstępstwo od reguły.
Dziwnie było o tym myśleć. Co czuł do mnie? Czy chodziło tylko o to, że chciał mieć mnie na własność tak jak swój majątek, rezydencje i samochody? Rozłożyłem się wygodniej na trawie, analizując to. Chmury łagodnie przesuwały się na  niebie. Wyglądały jak kłęby waty cukrowej. Co za kwiecień w Moskwie! Coś niesamowitego.
- Odpoczywasz po treningu? Myślałem, że pierwsze, co zrobisz, to przyjście na obiad.
Drgnąłem, słysząc nad sobą jego głos. Chwilę potem zobaczyłem jego uśmiechniętą twarz. Usiadł obok mnie.
- Tak, miałem zamiar zaraz przyjść – wyjaśniłem i ziewnąłem. – Nie wybrudzisz sobie garnituru?
- Co tam garnitur – odparł beztrosko. – Mam takich jeszcze z pięćdziesiąt.
- Tak. Ale to nie wyjdzie zbyt elegancko, gdy Król Moskwy będzie wracał do domu z brudnym tyłkiem.
Parsknął śmiechem na tę uwagę.
- Daleko do domu nie mam.
Znajdowaliśmy się w ogrodzie za rezydencją. Ogród był ogromny i bardziej  przypominał mały lasek. Dymitr cenił sobie naturalność, a nie jakieś fantazyjne,  sztuczne aranżacje.
Bez żadnych wstępów czy zapowiedzi, zaczął mnie dotykać. Początkowo nie był to dotyk nachalny czy erotyczny; po prostu głaskał mnie po włosach czy po twarzy.
- Ktoś zobaczy – syknąłem, wystraszony.
- Kto ma zobaczyć? Ochrona znajduje się na zewnątrz, a tutaj wszędzie w około są drzewa. Już ci mówiłem, że lubię prywatność.
To mnie uspokoiło. Ułożyłem się z głową na jego kolanach. Jego smukłe, długie  palce błądziły między moimi jasnymi kosmykami. Przymknąłem oczy. Wtedy właściwie nic się nie liczyło. Ani mafia, ani szkolenie się na zabójcę, ani jego mania zazdrości. Właśnie dla takich chwil jak ta przechodziłem to wszystko.
Dymitr był sprytny i kiedy bardzo chciał, potrafił się kontrolować. Wiedział, że napastliwością nic nie zdziała, więc zasięgnął innej metody. Muskał moją szyję, docierając do ucha i z powrotem. Jego delikatne pieszczoty przyspieszały mi oddech, ale bardzo się starałem, żeby nie okazać podniecenia. Chociaż nie robił właściwie nic takiego, subtelnym dotykiem czy pożądliwym spojrzeniem potrafił mnie rozpalić. Wtedy, jak gdyby nigdy nic, oddalał się. Najwyraźniej postanowił wprowadzić swoje postanowienie w czyn – chciał, żebym sam do niego przyszedł, prosić o więcej. Wizja olbrzymiej satysfakcji, którą wtedy odczuje, pozwalała mu na samokontrolę. I może coś jeszcze. Uczucie władzy, które uwielbiał ponad wszystko.
Przesunął swoją rękę z mojej szyi na klatkę piersiową. Nie mogąc się powstrzymać, wygiąłem się lekko. Musnął palcami mój lekko odsłonięty brzuch. Wciągnąłem mocno powietrze pod wpływem jego dotyku na mojej nagiej skórze. Bez wątpliwości dostrzegał moją erekcję. Spojrzałem na niego błagalnymi, zamglonymi oczyma.
- Czyżbyś miał na coś ochotę? – mruknął uwodzicielsko.
Kiedy nie odpowiadałem na jego pytanie, dodał:
- Powiedz „tak” i chodźmy do domu.
- Nie – jednym ruchem poderwałem się na równe nogi.
Mój penis był taki twardy, że aż mnie bolał. Wciąż jednak nie potrafiłem mu ulec. Za bardzo się bałem.
Spojrzałem na niego raz jeszcze i oddaliłem się w stronę rezydencji. Nie próbował mnie gonić. Wiedział, że osiągnął to, co zamierzał.
W duchu przeklinałem sam siebie, że znowu pozwoliłem się mu podejść. Z drugiej jednak strony, uwielbiałem te słodkie, trudne do zniesienia tortury. W drodze zmieniłem decyzję. Zamiast do rezydencji, wybrałem się do miasta. Próbowałem po drodze wyrzucić ze swojej głowy wszystkie wizje, co by się stało, gdybym mu uległ. Gdybym poprosił go o więcej. Zagryzłem wargi, czując, że w taki sposób nigdy nie zniweluję mojego podniecenia. Jakoś jednak się udało – po raz kolejny. Kupiłem bilet, zamyśliłem się nad bronią, której dziś używałem i oswobodziłem się z żądzy. Na jakiś, raczej dość krótki, czas.
Autobus jechał krótko. Do centrum miałem zaledwie kilka przystanków. Wysiadłem na Twerskiej i postanowiłem pójść coś zjeść. Byłem straszliwie głodny, a nie miałem zamiaru wracać do domu dopóki nie ochłonę. Po drodze minąłem ogromny, wspaniały budynek. Był ceglany, w odcieniach beżu i przypominał pałac. Po chwili drgnąłem, zaskoczony. Na wejściowych drzwiach widniał napis: Ritz-Carlton. Więc o tym mówił Dymitr. Jeszcze przez chwilę przyglądałem się hotelowi, po czym ruszyłem dalej przed siebie.
Z racji na mój ubiór, nie wybrałem jakiejś ekskluzywnej restauracji. Poszedłem do zwykłej knajpki, która robiła niezły interes, sprzedając posiłki za kilka rubli w przeciwieństwie do ogromnej ilości tutejszych eleganckich restauracji. Przychodzili tam wszyscy ci, którzy znaleźli się w Moskwie, nie posiadając ogromnych kwot pieniędzy.
Gdy wszedłem do środka, wnętrze wyrwało mnie z rozmyślań. Było jakieś takie… biedne i brudne. Pomimo niechęci usiadłem przy jednym ze stolików. Na Boga, jak można mieć w restauracji takie biedne i brzydkie meble? Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak bardzo już zdążyłem się zmienić. Przecież nie tak dawno siedziałem w jeszcze gorszej knajpce razem z Klausem. Luksus uzależniał i czynił człowieka jeszcze bardziej wybrednym.
- Co podać? – zapytała kelnerka. Miała całkiem ładną twarz okoloną blond włosami. Mogłaby być bardzo urodna, gdyby przytyła z dziesięć kilo. Przeraźliwie chude stworzenie uśmiechnęło się, czekając na zamówienie.
- Poproszę soliankę – odparłem, przerzucając karty  wyjątkowo skąpego menu.
Odeszła do lady, a ja poczułem współczucie do niej i do jej nienaturalnej figury. Była bulimiczką czy miastową biedaczką? Wiedziałem, że nigdy się nie dowiem i że nie pomogę jej w żaden sposób. Wolałem nie stwarzać sobie problemów przez relacje z kobietami. Zdawałem sobie sprawę, że gdyby coś dotarło do Dymitra, zrobiłby kolejny skandal. Z resztą, nie miałem ochoty zgrywać współczesnego herosa. Z pewnością zrobiłbym z siebie idiotę, a na to także nie miałem najmniejszej chęci. W gruncie rzeczy, to nie moja sprawa.
Po dziesięciu minutach dostałem swoją zupę. W żaden jednak sposób nie przypomniała mi wspaniałego smaku z dzieciństwa. W dodatku miałem wrażenie, że została zrobiona ze starych ryb. Wywoływała we mnie obrzydzenie, podobnie jak ten nieciekawy przybytek kojarzący się z jadłodajnią dla bezdomnych. Nie dokończyłem posiłku. Wstałem od stołu, zapłaciłem i wyszedłem.
Zrozumiałem, że od kiedy dzieliłem z Dimą jego bogactwo, nie byłem już w stanie pojawiać się w takich miejscach. Jeśli coś nie zaliczało się do pierwszej klasy, po prostu wywoływało moją niechęć.
Zboczyłem z miejskich dróg w park. Potrzebowałem zacisznego miejsca, żeby się uspokoić. Wciąż byłem skołowany i widziałem przed sobą obrazy, których w tamtej chwili wcale nie miałem ochoty oglądać. Przechodziłem obok drzew i starych pomników, ale nie zatrzymywałem wzroku na niczym. Zupełnie tak jakby drzewa przechodziły obok mnie, a nie ja obok nich.
Włożyłem ręce w kieszenie. Dima wciąż próbował nagiąć mój upór, a ja wahałem się czy to dobrze. Wszystko zmierzało do romansu, a ja potrafiłem spieprzyć każdy romans. Miałem w swoim życiu kilka kobiet i zawsze się wycofywałem albo stawałem się na tyle nieznośny, obojętny i rozgoryczony, że to one odchodziły. Westchnąłem głośno. A co jeśli tym razem wyjdzie tak samo? Wyglądało jednak na to, że w żaden sposób nie mogę zaradzić wypadkom. Napięcie między nami wciąż rosło i zdawałem sobie sprawę, że rozwiązanie jest tylko jedno.
Byłem na tyle zgnębiony i przytłoczony, że nie patrzyłem, gdzie idę. Oczy miałem utkwione w swoich butach. Nie widziałem jednak butów, tylko masę wątpliwości, których nie potrafiłem rozwiać. Jednak w sensie fizycznym obchodziłem dookoła jakiś prostokątny pomnik i zachowywałem jakieś mierne pojęcie o tym fakcie.
Miałem właśnie skręcić, gdy doszedłem do rogu. Uniosłem wzrok i poczułem, ze serce mi stanęło.  Zamiast drzew w oddali, zobaczyłem jakąś strzygę kilka centymetrów przede mną. O mały włos byśmy się ze sobą zderzyli. Przerażony, odskoczyłem do tyłu i wrzasnąłem. Odruchowo złapałem się za serce. Istota przede mną również wydała z siebie piskliwy krzyk. Potrzebowałem kilku sekund, żeby zdać sobie sprawę, że to nie żadna istota diabelska, która przyszła mnie zabrać do piekielnych czeluści. Była to zwykła nastolatka, chociaż może określenie „zwykła” nie za bardzo spełnia swoją funkcję. Odziana w skąpą białą koszulkę i różową kamizelkę, patrzyła na mnie cielęco i z dziecinną radością. W jej twarzy i odsłoniętym pępku dostrzegłem kolczyki.
- Sie masz? – zapytała wesoło i klepnęła mnie w ramię swoją mandarynkową dłonią. Jej ręka musiała mieć wiele kontaktów z solarium, podobnie jak reszta jej osoby.
Osłupiały wpatrywałem się w nią, nie rozumiejąc, czego ode mnie chce.
- Czy my się znamy…? – zapytałem skonfundowany i zbity z tropu jej zachowaniem.
- Jaki lol! Ale się wystraszyłam! – krzyknęła, jednak chyba bardziej do siebie niż do mnie.
Zaśmiała się i minęła mnie, podejmując dalszą drogę. Po chwili zrobiłem to samo. Po krótkim przemyśleniu doszedłem do wniosku,  że w jej środowisku zwrot „Sie masz?” połączony z poklepywaniem, to widocznie pozdrowienie dla nieznajomych.
- A już myślałem, że Bóg mnie przeklął – mruknąłem do siebie, przypominając sobie jej zatrważający wygląd. Mandarynkowa podróbka kobiety, która myśli, że wygląda świetnie.
Pokręciłem głową, przypominając sobie mój wrzask. Świetnie, Till Lohengrin, przyszły zabójca i wspólnik mafijny, prawie doprowadzony do zawału przez piętnastolatkę. Dobrze, że nikt tego nie widział. Uznałem, że mam dość spacerów na dziś i wróciłem do domu.

***

Minąłem Afgańczyków, którzy zawsze pilnowali drzwi bez jakiegokolwiek wyrazu na ich neutralnych twarzach. Było trochę po siedemnastej. O tej porze to zawsze oni pełnili wartę, to już zdążyłem zauważyć. W jakiś irracjonalny sposób poczułem do nich sympatię i najbardziej lubiłem, kiedy to oni stali przy drzwiach. Pewnie dlatego, że po raz pierwszy przekroczyłem próg właśnie wtedy, gdy oni czuwali przy wejściu.
Bez słowa wszedłem do domu. Chciałem się skierować do kuchni, gdyż ohydna zupa wcale nie zaspokoiła mojego głodu. Zanim jednak tam dotarłem, usłyszałem głos Jegora. Zdziwiłem się. On tutaj? Co on tu robił? Podążyłem za jego głosem i wkrótce znalazłem się przy drzwiach jednego z salonów. Były uchylone, więc nie miałem trudności z usłyszeniem rozmowy.
- Dolać ci jeszcze? – usłyszałem pytanie Dymitra.
- No pewnie, Dymitrze Iwanowiczu. Ledwie co poczułem, że coś wypiłem. Toż to dobre na początek.
- A słoniny chcesz?
- A chcę, oczywiście, że chcę. To zabawne, wiesz? Mógłbyś brać kąpiele w forsie, a dalej zagryzasz słoniną.
- Nawyk z domu. Człowiek nigdy nie wyrzeknie się tego, kim się urodził. Z resztą, nawet tego nie chcę.
Rozległ się śmiech. Dlaczego właściwie ich podsłuchiwałem, co spodziewałem się usłyszeć? Robiłem to chyba z czystej ciekawości. Zastanawiało mnie także, z jakiego powodu Dima zaprosił go na wódkę.
- Uważasz się za biedaka, Iwanowicz? Toż to chyba jakiś żart.
- Nie jestem ograniczony jak biedak. Ale nie mam też mentalności arystokraty. Jestem po prostu człowiekiem, którzy dokądś doszedł. Twoje zdrowie!
Rozległ się stukot szkła, gdy wznieśli toast. Zorientowałem się, że wypili już nie mało; Jegor stał się znacznie bardziej rozmowny i przyjacielski.
- Tak, taak. Pytanie tylko; dokąd?
- Daleko. To wystarczy.
- Ach, Dymitrze, jak ty się zmieniłeś.
- Dorosłem. Po prostu dorosłem, Jegor. No i właśnie do czegoś doszedłem.
- Ale jakże ty inny byłeś od twojego podopiecznego.
Prawie się poderwałem, słysząc, że rozmowa zaczyna schodzić na mnie. Podekscytowany, z niecierpliwością oczekiwałem na jego dalsze słowa.
- To znaczy? – dopytywał się Iwanowicz.
- Byłeś butny. Bezczelny. Starałeś się pokazać, że coś znaczysz, że nie jesteś bezużyteczny. Byłeś jak tonący, który ciągle wrzeszczy, w nadziei, że zostanie zauważony i uratowany. Nie znosiłem cię. Nie znoszę takich gówniarzy.
Tym razem Dima się roześmiał, a ja zdziwiłem się, że pozwala sobie, aby Jegor odzywał się do niego w taki sposób. Najwyraźniej przy wódce przechodzili na znacznie mniej oficjalny ton.
- Byłem zdesperowany, Jegorze. I muszę przyznać, że posłużyłeś się bardzo trafnym porównaniem. Powiedz mi co z Lohengrinem; czyżby on bardziej ci się spodobał?
Jegor chyba przełknął kolejny kieliszek i odpowiedział.
- Muszę przyznać, że on nie irytuje mnie tak okropnie jak ty wtedy, Iwanowiczu! Jest inny, zupełnie, całkowicie inny! – powtórzył.
- Jaki?
- Cóż – mlasnął. – Też jest dumny i zawzięty, ale w inny sposób. Jest inny, bo nie bezczelny, tylko pokorny i milczący.
Całkowicie mnie zaskoczył. Jegor wyrażał się o mnie w pozytywny sposób? Poczułem się jakby coś mnie połechtało w wyjątkowo przyjemny sposób. Zmrużyłem oczy i słuchałem dalej.
- To dzieciak zupełnie nie przystosowany do takiego wysiłku. Kiedy go zobaczyłem, przeszło mi przez głowę, że to jakaś pomyłka. Ta delikatna budowa… Prawie jak kobieta.
Zmarszczyłem się. No to chyba nadszedł kres wysłuchiwania przyjemnych rzeczy…
- Ale gdyby kobiety takie były, to każda mogłaby zostać żołnierzem!
… a może jednak nie.
- Co masz na myśli? – interesował się jego współrozmówca.
- Szczeniak na początku był słaby i nieporadny jak mucha. Ale ani razu się nie poskarżył. Początkujący może nie robią jakichś scen, ale często stwierdzają, że już nie mogą, że nie dadzą rady. Z resztą, na pewno pamiętasz. I to nie byle jacy, kawał chłopa! Te treningi to istny terror, a co dopiero dla nieprzystosowanego do wysiłku organizmu. A Lohengrin… wył i płakał, to trzeba przyznać, ale… nigdy się nie poskarżył. Nieraz padał na pysk i to dosłownie, ale nie stwierdził, że już nie podoła. Ma niezwykłą wolę i… samodyscyplinę. Jego ciało staje się coraz silniejsze. To jeszcze długa droga, ale… myślę, że ma potencjał.
Dopiero kiedy skończył mówić, zdałem sobie sprawę, że się uśmiecham. Łzy wzruszenia stanęły mi w oczach i w tej chwili pomyślałem, że kocham poczciwego Jegora. Miałem ochotę przyjacielsko poklepać go po jego ogolonej czaszce i wychylić z nim butelkę wódki.
- Od początku wiedziałem, że przypadł ci do gustu – stwierdził Dima.
- Co? Skąd niby?
- Po pierwszym treningu wspomniał mimochodem, że poczęstowałeś go wodą. Budzący postrach Jegor, potwór z Ukrainy, miłosiernie częstujący spragnionych! To dopiero wydarzenie! – zaśmiał się Dima.
- A tam! – warknął Jegor, najwyraźniej niezadowolony, że jego dobry uczynek wyszedł na jaw. – Ten syneczek wyglądał tak jakby miał skonać. Był taki słaby, a jednocześnie taki silny. Rozumiesz, o czym mówię, Iwanowiczu? Był chorobliwe zdeterminowany. Tak jak ty, ale w inny sposób.
- Ach tak – mruknął tylko Dima. Jego głos zadrżał lekko, jakby był wzruszony tą wiadomością.
- Początkowo byłem sceptyczny. Myślałem, że wymięknie po jakimś czasie. Ale jak dotąd nic z tych rzeczy.
Nastąpiła chwila milczenia, ale ja wiedziałem, że nie potrzebuję już usłyszeć niczego więcej. Byłem szczerze poruszony i zaskoczony słowami Jegora. Rzecz jasna, przy mnie nie okazywał mi takiego entuzjazmu. Zawsze był surowy i nieprzyjemny. Nigdy mnie nie chwalił. Tym większa była moja radość, gdy usłyszałem tyle dobrego na swój temat.
- A nie tak dawno byłeś jeszcze zaniepokojony o jego uwarunkowania – przypomniał Dima.
- Bez potrzeby. On przełamuje te uwarunkowania. Jego sylwetka się zmieniła, zauważyłeś?
- Tak, zwróciłem uwagę.
No w to, to nie wątpię, pomyślałem z krzywym, lekko ironicznym uśmiechem.
- W końcu wygląda jak chłop, a nie jak jakiś gryzipiórek! Ale nadgarstki to dalej ma cieńsze od mojej żony.
Podskoczyłem tak, że prawie wpadłem na drzwi. Nie chodziło jednak o irytującą uwagę na temat nadgarstków, tylko… Jaką żonę?! Jegor ma żonę?! Nigdy w życiu bym się tego nie spodziewał!
 - Niemożliwe, twoja żona jest taka mała i drobna. Przesadzasz, Jegorze. Till to nie aż takie chuchro. W porównaniu do ciebie każdy jest postury kobiety czy nawet dziecka.
Drgnąłem. Zwykle nie nazywał mnie w czyjejś obecności po imieniu. Jegor jednak nie zwrócił na to uwagi, wciąż przejęty wydawaniem swojej oceny.
- Ach, nie ważne! No ale o tej jego figurze! To właśnie efekt ciężkiego zapierdolu, przyjacielu. Bardzo szybko wyrobił sobie rzeźbę. Aaa, i jeszcze jedna rzecz. Podejrzewałem, że skurczybyk mógł wtedy podsłuchiwać, dlatego nie chciałem być zbyt pochlebny. Jeszcze psubrat spocznie na laurach.
Skrzywiłem się. Jegor miał dziwną manierę mówienia o mnie obelgami, jednak w jakiś pozytywny, może nawet lekko pieszczotliwy sposób. Słuchało się tego bardzo ambiwalentnie.
No tak, podsłuchiwanie. Trzeba przyznać, że chyba miałem do tego zapędy.
- Pochwal go czasem, będzie mu przyjemnie. On to bardzo lubi – mruknął, po czym nastąpiła krótka przerwa. – Flaszka się skończyła.
- Och. A nie ma kolejnej?
- Oczywiście, że jest.
Niczego już nie chciałem usłyszeć. Uszczęśliwiony jak dziecko, udałem się do siebie.

środa, 10 sierpnia 2011

Rozdział ósmy



8. That first move

“And I see you there,
When I close my eyes…”

- Trzymaj gardę, cholera! – poprzez szum przecinających powietrze uderzeń, odgłosy mojego płytkiego, spazmatycznego oddechu i zapach męskiego, intensywnego potu, przedarł się chrapliwy głos Jegora.
Natychmiast przystawiłem pięść do szczęki, tak jak mnie uczył. Jednak, jak na złość, wcale nie chciała tam powracać po wykonywanych ciosach i blokach.
Jegor pomimo swoich ogromnych rozmiarów był zwinny jak kot i szybki niczym gepard. Co jednak ważniejsze, nie dawał mi żadnych forów. Grad jego ciosów i uderzeń spadał na mnie raz za razem i smakował jak smaganie biczem. Co prawda, bił mnie tak, aby nie połamać mi kości ani nie spowodować  innych, poważnych obrażeń. Nie znaczy to jednak, że nie sprawiał mi bólu. W tamtej chwili miałem tego serdecznie dość jak tylko można mieć czegoś serdecznie dość w życiu i szczerze tego nienawidziłem. Czy istniało jednak jakieś inne wyjście? Wiedziałem, że nie, więc raz za razem, z uporem maniaka, próbowałem go dosięgnąć moją pięścią. Jegor uchylał się raz za razem, a ja okładałem powietrze. Nogi już mi drżały od zbyt wielkiego wysiłku. Oczy zaszły mi potem i łzami, więc poznawałem gdzie znajduje się mój przeciwnik tylko dzięki migotaniu jego ogolonej czaszki. Nie miałem zbyt wielkich możliwości, aby przygotować się na kolejny cios. Jegor okładał mnie bez litości zanim zdołałem oddać uderzenie.
- Musisz być szybszy, Lohengrin! – krzyknął do mnie, nie zaprzestając walki. – W takim tempie zabiłbym cię zanim zdołałbyś się w ogóle odezwać.
Zacisnąłem zęby, sfrustrowany. Jak on mógł ode mnie wymagać rewelacyjnych zdolności bojowych po tak krótkim przygotowaniu? Później nauczyłem się, że miał on w zwyczaju zawsze obarczać mnie zadaniami stanowczo przewyższającymi moje umiejętności. Miało  to na celu kształtować mój charakter, może nawet w większym stopniu niż mięśnie. Bez słowa znosiłem piekło, które kazał mi przechodzić. Początkowo, z fatalnym skutkiem.
Próbując dodać sobie odwagi, zacisnąłem mocno pięści i zaatakowałem. Zdecydowałem się na grad szybkich, mocnych uderzeń. Miałem nadzieję, że dzięki temu chociaż raz go trafię. Jednak jego przedramiona skutecznie blokowały mi dostęp. Szybkie, stalowe bloki odparowywały moje uderzenia w mgnieniu oka.
- Za wolno – warknął.
Jeszcze przez chwilę pozwolił mi na utrzymywanie inicjatywy, ale nie trwało to długo. Zaraz potem mocno zamachnął się prawą pięścią. Przewidując atak osłoniłem się z tej strony. Jegor jednak nie uderzył. Zamiast tego wykonał szybki, zręczny kopniak z półobrotu. Zupełnie się tego nie spodziewałem. Dzięki jego wadze i sile atak miał naprawdę olbrzymią moc. Boleśnie runąłem na ziemię i przejechałem na plecach jeszcze kilka metrów. Jegor był militarnym potworem, ukraińską maszyną bojową o zastraszającej sile rażenia. Właśnie tak sobie pomyślałem, wijąc się na wilgotnej ziemi i jęcząc. Trafił mnie w nogę, która pulsowała tępym, przeszywającym bólem. Byłem pewien, że złamał mi kość. Spróbowałem wstać, ale zawroty głowy okazały się zbyt silne. Słyszałem jego powolne kroki. Zbliżał się do mnie. Bałem się, że znowu mnie zaatakuje, ale jednocześnie czułem, że jeśli tylko spróbuję wstać, z pewnością zwymiotuję.
Nagle zatrzymał się przede mną.
- Nie jesteś ani trochę przebiegły. Powiem nawet, że jesteś bezmyślny. Zdaje ci się, że przeciwnik zawsze będzie fair w stosunku do ciebie. To była nauczka za tak żałośnie naiwne myślenie.
Nie miałem siły się odezwać. Czułem się przegrany i poniżony. Po krótkiej pauzie kontynuował udzielanie reprymendy. Trzeba przyznać, że był w tym mistrzem. Ostre słowa wrzynały się we mnie razem z wstrząsającym, ostrym bólem, który teraz już rozchodził się po całym ciele. Potrafił dopasować do tych trudnych do zniesienia, deprymujących komentarzy odpowiedni moment. Wiedziałem, że muszę się prędko do nich dostosować jeśli chcę przetrwać.
- Jesteś też za wolny. Nie jesteś nawet w połowie ciosu, a ja już wiem, co chcesz zrobić. Zamiast patrzeć mi w twarz, spuszczasz wzrok. Nigdy nie obronisz się w ten sposób. Musisz się nauczyć wyczuwać, jaki ruch wykonam. Poza tym… za bardzo skupiasz się na jednej czynności. Kiedy atakujesz, nie potrafisz się bronić. W takim wypadku walka zawsze będzie się toczyć na twoją niekorzyść.
Z goryczą wysłuchałem jego bolesnej krytyki. Otworzyłem zaschnięte, spękane usta i z trudem dobyłem głosu.
- A jest w ogóle coś… co robię dobrze?
Jegor parsknął. Jak przez mgłę widziałem jego harde spojrzenie.
- Co za arogancja. Może mam jeszcze cię pogłaskać?
Pobłażliwie pokręcił głową i podał mi rękę, aby pomóc mi wstać. Uchwyciłem się jego dłoni. Z dziecinną łatwością postawił mnie na nogi. Wycieńczenie jednak wzięło górę i z powrotem runąłem bezwładnie na ziemię. Zacisnąłem zęby, starając się, żeby z moich oczu nie popłynęły łzy. Ogrom bólu i poniżenia sprawiały, że miałem ochotę płakać i wyć jak dziecko. Nie chciałem jednak narażać się na kolejne szyderstwa. Duma wzięła górę i zdołałem nie myśleć o tym, że leżę u stóp Jegora jak glista. Na szczęście nie trwało to jednak długo, chociaż nie wiem czy to, co nastąpiło potem, było lepsze.
Jegor westchnął zirytowany i uklęknął przy mnie.
- Gdzie boli? – zapytał.
Lekko uniósł brwi, gdy wskazałem swoje przedramię, piszczel, kostkę u nogi, brzuch i szczękę. Przy okazji zorientowałem się, że przy którymś z uderzeń rozciął mi dolną wargę, z której sączyła się krew. Bez zbędnych słów sprawnie zbadał wszystkie miejsca, które mu wymieniłem.
- Nic nie jest złamane ani skręcone – oświadczył, odwijając moją przed chwilą podwiniętą nogawkę.
Chociaż z ulgą przyjąłem to do wiadomości, ów fakt wcale nie zredukował mojego cierpienia.
Ze zdziwieniem poczułem, że Jegor znów mnie dotyka. Zszokowanie jednak okazało się dużo większe, kiedy mnie podniósł i przerzucił sobie przez ramię jak wór kartofli.
- Cz-czekaj – desperacko próbowałem go powstrzymać. – Będziemy tak iść?
Wyobraziłem sobie reakcję innych mundurowych przy wyjściu z poligonu. Chociaż podczas ćwiczeń zawsze byliśmy sami, przy bramie często kręciło się kilka osób. Poczułem, że palę się ze wstydu na samą myśl o spotkaniu z nimi w takiej sytuacji.
- Jeśli wolisz, mogę cię jeszcze ciągnąć po ziemi za nogę – mruknął.
- Daruj sobie, proszę – warknąłem, nie mogąc już znieść tego upokorzenia.
- Zaraz dostaniesz w pysk za takie odzywki.
Miałem ochotę zapytać „Znowu?”, ale powstrzymałem się. Nie szczególnie miałem ochotę po raz kolejny tego dnia „dostać w pysk”. Kiedy zbliżaliśmy się do wyjścia, zamknąłem oczy. Miałem nadzieję, że ewentualni obserwatorzy wezmą mnie za nieboszczyka. W tym miejscu nic nie było zadziwiające, niemożliwe czy nieetyczne.
Dotarliśmy do samochodu. Jegor rzucił mnie na tylne siedzenie, jakbym w istocie był worem kartofli. „Dobrze chociaż, że nie do bagażnika”, pomyślałem, siląc się na poczucie humoru. Pomimo wszystko byłem szczęśliwy, że przeżyłem kolejny dzień. Jutro, chwała niebiosom, czekał mnie „wykład” z Dimą. Ku mojemu zdziwieniu, pokochałem te zajęcia. Jegor i jego niekonwencjonalne metody były główną ku temu przyczyną.

***

- Przyniosłem ci twojego cherubinka – odparł Jegor, prezentując mnie Dimie.
Przed drzwiami ściągnął mnie ze swojego ramienia i wziąwszy mnie za ubranie wniósł mnie do rezydencji jak szmacianą kukłę. W tej chwili wciąż mnie tak trzymał. Nie miałem siły protestować czy zwracać uwagę na wbijające mi się w szyję ubranie. Zanim runąłem na podłogę, dostrzegłem zaniepokojone spojrzenie Dimy.
- Nie przesadziłeś? Mówiłem ci, że nie masz go zabić ani okaleczyć.
Wiedziałem, że przy Jegorze nie padnie na kolana, żeby mnie ratować. Kulejąc i chwiejąc się, doczłapałem do najbliższego pokoju. Miałem dość obecności Ukraińca, który wciąż mnie bił, okładał, tudzież rzucał mną czy kopał. Zamknąłem za sobą drzwi i usiadłem przy nich, aby usłyszeć ich dalszą rozmowę.
- … więc nie ma trwałych uszkodzeń. Nie jestem amatorem, Dymitr.
- Problem tkwi w tym, że byłeś uczony jak zabić, a nie jak nie zabić. Obawiam się, żebyś się nie zapomniał.
- Nie rób ze mnie idioty. Gdybym nim był, nie dostałbym swoich funkcji, prawda?
Dima westchnął. Najwyraźniej irytował go przekorny temperament Ukraińca.
- Przypominam ci tylko, co do ciebie należy. Masz zrobić z tego człowieka zabójcę i żołnierza, nie trupa.
Drgnąłem na dźwięk jego słów. Pomimo morderczych treningów, nigdy dotąd nie pomyślałem o sobie w ten sposób. Nie wybiegałem myślami tak daleko. Moje codzienne rozmyślania na temat przyszłości ograniczały się do wątpliwości czy przetrwam kolejny trening z Jegorem. Teraz zacząłem się zastanawiać; czy nie zawiodę gdy nadejdzie czas na praktykę…?
- I zrobię – zapewnił Jegor. – Tak jak zrobiłem z ciebie. Chociaż to chyba będzie trudniejsza sprawa.
- Dlaczego? – natychmiast zaciekawił się Dymitr. – Twierdzisz, że jest za słaby?
Jegor westchnął.
- Niee – odparł Ukrainiec, z niepewnością przeciągając to krótkie słowo. - Ale jego wrodzone uwarunkowania mogą go ograniczyć. Na to nie będę miał wpływu. Nie jestem cudotwórcą. Wiesz jak Spartanie wychowywali swoje dzieci?
Nastąpiła krótka pauza, podczas której Dima zapewne musiał pokiwać głową.
- No właśnie – ciągnął Jegor. – Dlatego nie mogę zrozumieć, dlaczego ojciec przysłał go dopiero teraz. Gdyby był chociaż pięć lat młodszy, przyswajałby znacznie szybciej.
- Ja także zaczynałem mniej więcej w jego wieku.
- No tak, ale ty… Ty już żyłeś w nędzy. To nie była alternatywa, tylko jedyne możliwe wyjście.
Drgnąłem na te słowa. Zdążyłem prawie zupełnie zapomnieć, dlaczego Dima wyjechał. Sam fakt, że to zrobił był dla mnie na tyle niestrawny, że nie zastanawiałem się nad powodami. Gdybym nie był tak zaślepiony tęsknotą i uczuciem pokrzywdzenia, zapewne zauważyłbym już lata temu, że nie miał żadnego wyboru. Moje rozmyślania przerwała ich dalsza rozmowa.
- Sądzisz, że się nie nadaje? – zapytał Iwanowicz.
- Nic nie sądzę. Na razie… nic.
Po tym ostrożnym stwierdzeniu, Jegor zaczął się żegnać. Pospiesznie oddaliłem się na od drzwi i wdrapałem na krzesło, żeby Dima nie zauważył, że podsłuchiwałem.
Kilka chwil później klamka skrzypnęła i Iwanowicz wszedł do pokoju. Spojrzał troskliwie na moją umorusaną twarz i rozciętą wargę, z której znowu zaczęła się sączyć krew.
- Nieźle cię załatwił – powiedział, zbliżając się do mnie.
Nie miałem siły się uśmiechnąć po tym wszystkim. Westchnąłem ciężko, nie mogąc wydobyć z siebie żadnych słów.
Dima uklęknął przy mnie i oparł łokcie na moich kolanach. Również wciągnął powietrze głęboko w płuca, po czym zorientowałem się, że chce mi powiedzieć coś trudnego.
- Słuchaj… - zaczął wyjątkowo nieporadnie, jak na niego. Zmarszczył brwi, jakby także to zauważył, ale po chwili kontynuował. – Czy ty na pewno chcesz przez to wszystko przechodzić?
Zamrugałem i przeniosłem na niego wzrok. Nasze spojrzenia się spotkały. Jego kobaltowe oczy wyrażały konfuzję i niepewność jakich dawno w nich nie widziałem.
- Co przez to rozumiesz? – zapytałem.
- Nie wiem, czy… to cię nie przerasta. Z resztą nie lubię cię widzieć w takim stanie.
- Boisz się – osądziłem.
Przez jego twarz przebiegł widoczny grymas, który poświadczył, że mam rację.
- Nie wiem, czy powinienem cię w to mieszać. Zniszczę ci życie.
Nie podobały mi się jego słowa. Być może były zbyt dojrzałe, zbyt przewidujące i konsekwentne. Nie chciałem tego słuchać.
- I tak nie puściłbyś mnie z powrotem. Powiedziałeś, że to droga bez powrotu. Z resztą… nie chciałbyś.
Dymitr zmarszczył się znowu. Najwyraźniej moje słowa jemu także nie przypadły do gustu.
- Może mógłbym zrobić wyjątek… Dla twojego bezpieczeństwa - zaczął niepewnie.
- I co powiesz wszystkim? Co powiesz Jegorowi? Zgaduję, że innych się nie odsyła, jak się im nie spodoba, tylko… robi się z nimi coś innego.
Wolno pokiwał głową. Na moment zabrakło mu słów. Po chwili to, że mógłby ”zrobić wyjątek” zalśniło dla mnie innym znaczeniem. Bez zbędnego namysłu, zapytałem:
- Masz ochotę zrezygnować?
Dima uśmiechnął się lekko, ale dostrzegałem w tym uśmiechu cień smutku.
- Nic nie rozumiesz. Nie widzisz, że to nie jest takie łatwe, jak ci się wydaje.
Chciałem z nim walczyć, zaprzeczać i udowadniać, że się myli. Zanim jednak zrobiłem którąkolwiek z tych rzeczy, poczułem, że położył swoją dłoń na mojej. Nie było to jedno z tych przelotnych, niby przypadkowych dotknięć, którymi obdarzał mnie od czasu do czasu. To było coś zupełnie nowego i odważniejszego niż do tej pory. W tamtej chwili nie zdołałem się nad tym zastanawiać. Byłem zupełnie zaabsorbowany dotykiem jego skóry i zatopiłem się w jego spojrzeniu. Rzecz tak banalna jak trzymanie się za ręce za tym pierwszym razem, gdy dotyka się pożądanej osoby, obudziła we mnie niesamowite odczucia. Pierwszy nasz tak intymny, a jednocześnie niewinny kontakt sprawił, że zatopiłem się zupełnie w tej chwili. Przez chwilę sunął palcami po mojej dłoni, a potem splótł się ze mną palcami. Uścisnąłem go i uśmiechnąłem się lekko. Byłem zarazem poruszony i ciekawy. Dima natomiast wydawał się niesamowicie skupiony i jakby lekko pijany. W pewnym momencie podźwignął się z klęczek i nachylił do mnie. Zanim jednak zdążył zrobić cokolwiek, rozległo się pukanie do drzwi. Poderwał się na równe nogi i o mało się nie przewrócił. Wziął głęboki oddech, spojrzał na mnie raz jeszcze i wymówił głośne i neutralne „proszę”.
Do pomieszczenia weszła dziewczyna służąca za pomoc kuchenną. Spojrzała najpierw na Dimę, a potem na moją zmaltretowaną postać. Na jej twarzy pojawił się taki wyraz, jakby zaczęła się zastanawiać czy Iwanowicz mnie tu nie torturował.
- Obiad jest gotowy. Czy podać go w salonie?
Dima zamrugał kilkakrotnie, jakby chcąc sobie przypomnieć co to jest obiad i w jakim salonie. 
- Tak, dobrze.
Kiedy kobieta wyszła,  odwrócił się z powrotem do mnie. Oparł dłonie na łokietnikach mojego krzesła.
- Na czym to skończyliśmy…?
Nieoczekiwana przerwa wybiła mnie z tego narkotycznego transu i zacząłem się zastanawiać, co właściwie dzieje się wokół mnie. Straciłem fason i miałem ochotę oddalić się stamtąd najszybciej jak to tylko możliwe.
- Poczekaj – spróbowałem go powstrzymać, kiedy nachylił się znowu do mnie.
Nie odsunął się jednak, tylko uśmiechnął drapieżnie.
- Na pewno tego chcesz?
Miał to do siebie, że im bardziej się orientował, jakie robi na mnie wrażenie, tym bardziej pewny siebie i bezkompromisowy się stawał. Chociaż był to dopiero początek, zaczął zdawać sobie sprawę, że trudno mi mu odmówić. Zbliżył się jeszcze trochę, tak, że czułem na sobie jego oddech. Moje serce znacznie przyspieszyło i znowu zacząłem odczuwać to rozkoszne, błogie omdlenie. Musnął moje wargi swoimi ustami, ciekaw reakcji. Zachłysnąłem się powietrzem, czując jak bardzo mnie to podnieca. Coś we mnie jednak krzyczało, że to jakaś anormalna sytuacja, że nie powinno się tak dziać, że coś takiego nigdy się nie wydarzyło do tej pory. Spuściłem wzrok i mruknąłem:
- Wypuść mnie. Muszę nad tym… pomyśleć.
- Nie masz nad czym myśleć. Widzę, że chcesz – szepnął i zaczął całować moją szyję.
Przymknąłem oczy, czując, że wzbudza we mnie pragnienie. Jednak mylił się. Nie chciałem tego. Mój świat ostatnio wywrócił się do góry nogami i ciągle jeszcze chwiał się w posadach. To nie był czas na takie eksperymenty. Był dla mnie ostatnim stabilnym elementem mojego życia i nie chciałem, żeby między nami działo się wtedy coś tak niestabilnego.
- Przepraszam. Nie – odparłem skonfundowany i odepchnąłem go, na tyle mocno, aby faktycznie się przesunął.
Wstałem i spojrzałem na niego. Ku mojemu zdziwieniu nie wyglądał na wściekłego czy rozczarowanego. Był raczej zadowolony. Ja natomiast czułem się tak skrępowany, że nie wiedziałem, gdzie podziać oczy.
- Muszę… wyjść – powiedziałem głupio i pokuśtykałem do drzwi. Obawiałem się odwrócić, żeby na niego spojrzeć. Miałem ochotę, żeby cała ta scena się nie wydarzyła. Nie chciałem nowych problemów i nowych ról. Chociaż w głębi duszy wiedziałem, że kocham go od dawna, nigdy dotąd nie przyznałem się do tego przed samym sobą. Nie zrobiłem tego również wtedy. Z ciężkim sercem zamknąłem za sobą drzwi.
Był to pierwszy raz, kiedy zrozumiałem, że go pragnę i ostatni raz, kiedy Dima zaproponował mi, że mogę zrezygnować. Chociaż w późniejszych latach błagałem go, żebym mógł odejść, nigdy mi na to nie pozwolił.

***

Nie poszedłem na obiad. Musiałem pobyć sam i naprawdę nad tym pomyśleć. Udałem się do swojego pokoju i ku mojej uldze Dima nie zakłócał mi spokoju. Po drodze poprosiłem służbę o jakieś środki na uśmierzenie bólu.
Chociaż podniecenie szybko minęło przez obawy, które pojawiły się w mojej głowie, chaos wcale się nie rozwiał. Gdy fizyczny ból zniknął dzięki tabletkom, skupiłem się już zupełnie na problemach duchowych. Chociaż nie wiem czy można to nazwać skupieniem. Po mojej głowie błąkało się tysiąc myśli. Kiedy przypominałem sobie jego dotyk i jego usta na moich, robiło to na mnie piorunujące wrażenie. Jednak za bardzo bałem się zaangażować. Nie chciałem go stracić, a wiedziałem, że może tak być, jeśli wyjdziemy poza ramy przyjaźni. Oprócz tego nigdy nie byłem w związku z mężczyzną. Na dobrą sprawę, nigdy nie byłem w żadnym prawdziwym, dojrzałym związku. Nie mogłem do takich zaliczyć przelotnych relacji z dziewczynami, które bardzo szybko zaczynały mnie nudzić jako ludzie i z którymi szybko się rozstawałem. Co ja do cholery wiedziałem o miłości? Chociaż zawsze wydawało mi się, że całkiem sporo, nagle okazywało się, że zupełnie nic. Miłość w moim przypadku była nieuchwytna. Zawsze pojawiał się jakiś ogień, jakiś sentyment, ale czy potrafiłem być z kimś i kochać kogoś tak naprawdę? Nie wiedziałem tego i bałem się, że nie. Zdawało mi się, że byłem chłodnym człowiekiem.
Westchnąłem, nie mogąc już wytrzymać ciągłego siedzenia w jednym miejscu. Doszedłem do wniosku, że sercowe niuanse nie powinny zakłócać moich podstawowych funkcji, więc postanowiłem w końcu się umyć. Poszedłem do łazienki, która była najbliżej i przygotowałem sobie kąpiel. Ściągnąłem ubranie i wszedłem do gorącej wody. Odprężyło mnie to po tym makabrycznie trudnym do zniesienia dniu. Najpierw pół dnia z ukraińska maszyna  do zabijania, a potem Dima wyskakuje z takim czymś. To było diametralnie za dużo jak na moje dwadzieścia jeden wiosen. Oparłem głowę na brzegu wanny. I co ja powinienem o tym myśleć? Jak powinienem się zachować? Dotknąłem swoich ust, wciąż czując na nich jego dotyk. Przestałem jednak prawie natychmiast. Nie. Nie chciałem zmian, jak ciekawe i pociągające by nie były. Niech wszystko zostanie tak jak do tej pory… przynajmniej na jakiś czas.

***

Dima stał przy wykresie i tłumaczył mi coś, co w tamtym momencie w ogóle do mnie nie docierało. Siedziałem przy jego biurku, żebym mógł sobie zapisywać  ważniejsze rzeczy. Jednak od jakiejś pół godziny nie podniosłem nawet długopisu. Chociaż przekazywał mi szczegóły całkowicie nie pociągającego inwestowania na giełdzie, co jakiś czas dostrzegałem jego spojrzenia przepełnione pragnieniem. Zupełnie wytracało mnie to z rytmu.
- Till.
- Till…?
- C-co?
Westchnął zrezygnowany.
 - Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – dopytywał się.
- Przepraszam. Możesz powtórzyć?
- No więc ostatnie obroty dotyczące…
- Chciałbym, żebyśmy o tym zapomnieli – wypaliłem nagle, wchodząc mu w słowo.
- O obrotach sesyjnych? – zapytał z lekkim uśmiechem, tak naprawdę zdając sobie sprawę, że chodzi o coś zupełnie innego.
Ignorując tę drobną złośliwość, brnąłem dalej.
- O tym, co wczoraj.
Dymitr westchnął przeciągle i usiadł naprzeciwko mnie.
- Dlaczego chcesz o tym zapomnieć? – zapytał.
Nie byłem wcale przygotowany na zgłębianie tematu. Nie wziąłem pod uwagę, że to przekorny człowiek i że nie przyjmie po prostu mojego postanowienia do wiadomości.
- Tak będzie lepiej – odpowiedziałem, nie patrząc mu w oczy.
- Porozmawiajmy o tym – zaproponował.
- Nie chcę o tym rozmawiać. Po prostu niech będzie między nami jak do tej pory. Nie chcę czegoś innego – na chwilę przesłoniłem sobie oczy dłonią, czując się bardzo niezręcznie.
- Zdradź mi powód – naciskał.
Westchnąłem głęboko i spróbowałem opanować drżenie głosu.
- Obawiam się, że będzie gorzej. Że potem może być gorzej niż jest teraz, normalnie – wytłumaczyłem, z trudem mówiąc o takich rzeczach. Ta lekkość w sprawach trudnych i wrodzona bezpośredniość nie były cechami, które z nim podzielałem.
- Może być też lepiej. Nawet dużo lepiej. Nie bierzesz tego pod uwagę? – zapytał z tajemniczym uśmiechem.
- To loteria – mruknąłem i zaśmiałem się nerwowo.
- A może rosyjska ruletka? – zasugerował, a jego uśmiech znacznie się poszerzył.
Zaśmiałem się na tę zabawną zbieżność.
- To tym bardziej przerażające.
Powolnie wstał z fotela. W jego oczach wciąż lśniło coś nieodgadnionego.  
- Przyjmę twoje warunki, Till. Ale tylko z jednego powodu.
Spojrzałem na niego zaciekawiony. Sam nie wiedziałem czy bardziej chcę czy bardziej się boję usłyszeć ten powód.
- Bo wiem, że jeszcze sam do mnie przyjdziesz – odparł lekko, ale pewnie.
Spuściłem wzrok, czując, że robi mi się gorąco.
- Póki co możemy o tym drobnym incydencie zapomnieć. I o giełdzie na dziś również możesz zapomnieć, lekcja skończona.
Spojrzałem na niego zdziwiony.
- Nie wierzę, że zapamiętałeś chociaż jedno zdanie z tego, co dziś powiedziałem.
Uśmiechnąłem się przepraszająco, nie mogąc ukryć, że ma rację.
- Ale nie myśl, że kolejnym razem ci daruję. Możesz już zacząć się przygotowywać psychicznie na jutrzejszą konfrontację z Jegorem.
Zrobiłem minę, która wyraziła mój „gromki entuzjazm” na to spotkanie. Nie poskarżyłem się jednak. Nie skarżyłem się nigdy.
- Ciekaw jestem, czy jutro też mnie obtłucze jak worek treningowy – odparłem, z ulgą przyjmując tę zmianę tematu.
- Jeszcze cię boli po wczoraj? – zapytał.
- Tak. Ale od kiedy rozpoczął mnie uczyć walki wręcz, wszystko boli mnie niemal codziennie, więc czułbym się nieswojo, gdyby mnie nic nie bolało.
Dima roześmiał się szczerze na ten rozbrajający komentarz.
- Kiedy zaczęliście? – zapytał zaciekawiony.
- To będzie już… trzeci tydzień – odparłem, licząc w myślach.
- Trzeci tydzień… - powtórzył w zamyśleniu. – W sumie jesteś tu już miesiąc.
Skinąłem głową. Czas leciał mi bardzo szybko, zapewne dlatego, że miałem go niewiele tylko dla siebie. Po treningach z Jegorem nie wystarczało mi już siły na nic, natomiast po zajęciach z Dimą zwykle uczyłem się tego, co powiedział mi w dany dzień. Dima zwykł dużo pracować, telefonować i wyjeżdżać. Pozornie wydawał się być zwykłym biznesmenem, jak sam niedawno siebie określił. Wiedziałem jednak, że pod przykrywką telefonów i spotkań czai się rozlew krwi, a biurowa praca opierała się na obliczaniu i planowaniu gospodarczych przekrętów. Jeszcze nie angażował mnie w same źródło tego wszystkiego, ale zdawałem sobie sprawę, że kiedyś przyjdzie na to czas.
- Pójdę już – odparłem, wstając.
- Czekaj – zatrzymał mnie przed wyjściem. – Chciałbyś wybrać się do teatru? Dawno nie byłeś.
- A gdzie chciałbyś iść? – zapytałem.
- Niestety ja weekend mam zajęty. Ale mam darmowy bilet na „Fausta”, jeśli chcesz.
Poczułem się trochę rozczarowany, że nie pójdzie ze mną. Jednak z drugiej strony może to i lepiej po ostatnich wydarzeniach, pomyślałem.
- O, ojczysta klasyka tutaj. Jak miło – odparłem z uśmiechem.
- Rozumiem, że to znaczy „tak” – wyciągnął z szuflady bilet i wręczył mi go.
Przeczytałem na nim: niedziela godzina 20.00
- A gdzie ty się wtedy wybierasz? – zapytałem.
- Interesy do załatwienia. Sołncewo pozwala sobie na zbyt wiele. Należy coś z tym zrobić.
Pokiwałem głową, ale nie pytałem o więcej.  Wtedy to jeszcze nie był mój świat. Do pewnego dnia, kiedy poznałem ludzi, z którymi Iwanowicz owe interesy prowadził.

Ów dzień nadszedł jakieś dwa tygodnie później. Do tego czasu nic nadzwyczajnego w moim życiu się nie wydarzyło. Wciąż żyłem, przestrzegając mojego programu zajęć. Z przyjemnością wybrałem się na „Fausta”, ciesząc się, że znowu mogę uczestniczyć w życiu kulturalnym. Wystrój wnętrza i obsada były wyborne, a teatr z pewnością jeden z droższych w Moskwie. Przez ten czas wraz z Dimą przeszliśmy z powrotem do normalnych relacji. Po jakimś tygodniu mogłem już odzywać się do niego bez skrępowania. Ten krok w tył okazał się zaskakująco łatwy. Zdawałem sobie jednak sprawę, że nie byłby taki, gdyby doszło między nami do czegoś więcej. Treningi natomiast były tak samo trudne do zniesienia jak zawsze, ale zauważyłem drobną zmianę w sobie. Gdy rozbierałem się wieczorem przed kąpielą, dostrzegałem, że moja sylwetka zaczyna się zmieniać. Moje ramiona stały się szersze, a pod skórą rysowały się mięśnie. Nigdy nie byłem gruby, jednak teraz jakikolwiek nadmiar ciała zniknął na rzecz nowej rzeźby. Ucieszyło mnie to, jednak nie pod wizualnym względem. Skoro powiększały mi się mięśnie, oznaczało to, że staję się silniejszy, co pozwoli mi lepiej stawiać czoła wyzwaniom wymyślonym przez Jegora. To dodało mi otuchy. Pomyślałem, że bycie dobrym wymaga tylko pracy i czasu, ale nie jest niemożliwe do osiągnięcia.
Tym byłem zajęty zanim dowiedziałem się o spotkaniu.

Dima leżał rozłożony na sofie jak zadowolony kot. Appropo, Grieta patrzyła na niego z wyrzutem, że zajął miejsce, na którym chciała się położyć. Miauknęła, a raczej wydała z siebie dźwięk, który przypominał wyjątkowo brzydkie skrzypienie. Dima nachylił się, podniósł ją i położył na swoim brzuchu.
- Klatka piersiowa ci się zapadnie – odparłem z krzesła.
Piłem akurat wino, bardzo dobre, drogie i mocne. Jako, że tego dnia niewiele zjadłem, lekkie skutki już zaczynały być widoczne. Mroczyło mnie trochę, jednak w odprężający i przyjemny sposób.
- To tylko siedem kilo. Nie rób ze mnie emeryta.
- No tak, przepraszam. Zapomniałem, że też miałeś do czynienia z Jegorem. Dzisiaj  położył na mnie jakieś sto kilo.
Dima zaśmiał się, co rozzłościło Grietę, która miała przez to niechciane turbulencje. Położyła mu łapę na twarzy, prawie wsadzając mu ją do oka. Dima przymknął powiekę i odezwał się do mnie rozbawiony.
- Co on ci robił?
- Stanął na mnie.
- O,o. O takich jego metodach jeszcze nie słyszałem. A wytłumaczył ci w jakim celu?
Nalałem sobie więcej wina. Spojrzałem przelotnie na Dymitra. Próbował posadzić Grietę, żeby przestała po nim chodzić. Raczej nie miał nic przeciwko, że opróżniłem pół butelki. Upiłem duży łyk słodkiego napoju.
- Ooch, nie chuchaj na mnie… Litości! O fe!
Znów podniosłem na niego wzrok. Grieta chyba musiała przed chwila ziewnąć. Tym razem ja się zaśmiałem. Dima był w jednym z tych swoich luźnych, głupawych nastrojów. Tutaj nie zdarzało mu się to tak często jak w Hamburgu, ale czasem jeszcze miewał takie momenty.
- Czemu nie usadzisz jej na fotelu? – zapytałem.
- Jest dorosła. Sama wie, gdzie chce siedzieć. Nie?
Grieta spojrzała na niego w zastanowieniu. Kiedy uznała, że jej „łóżko” w końcu przestało się poruszać, usadowiła się wygodnie i zamknęła oczy.
- No więc – kontynuował. – Co z Jegorem?
- Powiedział, że to miało na celu przygotować mnie na ekstremalne, nieoczekiwane sytuacje.
Stłumił śmiech, żeby kotka sobie nie poszła.
- Żartów mu się zachciewa.
Przypomniałem sobie jakie to było uczucie, gdy sto kilo (lub więcej) Jegora stanęło sobie na moim brzuchu.
- Jesteś pewien, że ten człowiek skrycie nie zamierza mnie zabić? Może to jakiś spisek?
Dima pokręcił głową.
- Nie obawiaj się. Wciąż nie odniosłeś żadnych szkód, a pracujecie z sobą już sporo czasu. On wie, co robi – zapewnił mnie.
Zamyśliłem się nad Jegorem. Nagle drgnąłem, gdy przypomniałem sobie ich ostatnią rozmowę. Poczułem potrzebę, żeby zadać Dimie pytanie.
- Wiesz, prawie zapomniałem już, dlaczego wyjechałeś. Czy gdybyś znalazł inne wyjście… nie wyjeżdżałbyś?
Iwanowicz westchnął, najwyraźniej nie mając ochoty na takie poważne tematy. Również przeżył dziś męczący dzień. Mimo to podjął rozmowę.
- Pewnie, że nie. Nie chciałem zostawiać ani ciebie, ani matki. Oprócz tego wyjeżdżałem zupełnie w nieznane. Nie miałem pojęcia, że w Moskwie zaangażuję się w coś takiego.
Zastukałem palcami o blat. Oparłem twarz na dłoni i czekałem, aż będzie kontynuował.
- Gdyby matka miała więcej pieniędzy… - westchnął przeciągle, a jego oczy zaszły mgłą. Myślami wrócił do czasów, gdy wciąż był niewinnym, niedoświadczonym młodzikiem, który niewiele wiedział o świecie.
- Nie tłumaczyłeś mi wtedy zbyt dokładnie, co się stało – rzuciłem, czekając teraz na jakieś wyjaśnienia.
- A co miałem powiedzieć? Że nie ma już pieniędzy na dwóch i muszę się wynieść? Nie było mi wtedy łatwo, Till. Nie chciałem ci tego pokazać, ale czułem się przerażony. Nigdy w życiu nie byłem w wielkim mieście, a tym bardziej skazany tylko na siebie.
Patrzyłem na niego uważnie. Teraz mówił o tym tak otwarcie. Od tamtych chwil minęło już wiele lat.
- Dlaczego właściwie… - urwałem, nagle zastanawiając się, czy powinienem zadać to pytanie. Po chwili jednak zdecydowałem się. – Dlaczego nagle zabrakło wam pieniędzy? Przecież wcześniej… nie było aż tak źle.
- Ojciec przestał wysyłać jej pieniądze. A ile sama mogła zarobić na wyszywaniu tych cholernych serwetek i obrusów? Nikt z nas nie wiedział, co się z nim stało. Może gdzieś zginął.
Drgnąłem, słysząc takie ostre słowa. Nie powinienem się jednak dziwić. Nigdy w swoim życiu nie widział ojca. Był dla niego obcym, obojętnym człowiekiem. Tak samo jego życie czy śmierć były mu całkowicie obojętne.
- Jak to właściwie się zaczęło? To, że znalazłeś się tutaj?
Podźwignął się trochę, co sprawiło, że kot uciekł. Wtedy usiadł, jakby nie miał ochoty opowiadać o tym na leżąco.
- Na początku było całkiem normalnie. Zacząłem pracować na budowie. Dzięki temu zarabiałem trochę pieniędzy, a dodatkowo miałem ostatnie oszczędności matki, które wręczyła mi na pożegnanie. Dało się przeżyć, a zawsze i jakiś dach nad głową się znalazł. Ale moje szczęście szybko się skończyło. Projekt splajtował, a ja straciłem pracę. Nie wiem, co się stało. Sponsor budowli wyjechał czy może zrezygnował. Potem nie znalazłem już żadnej pracy. Moskwa to wielkie miasto, a ja byłem szczeniakiem bez żadnych zawodowych umiejętności czy wykształcenia. Pieniądze jakie jeszcze miałem rozpływały się w powietrzu. To był straszny czas. Jadłem raz dziennie, żeby pieniędzy starczyło na dłużej. I trwało to przez pewien okres. Potem nie miałem nawet na tyle, żeby się gdzieś przespać. Byłem zrozpaczony. Nie było pieniędzy ani na nocleg, ani na powrót do matki. Nawet na jedzenie zaczynało brakować. Czułem się jak idiota, wiesz? Naopowiadałem matce, że wyjadę w świat, zarobię pieniądze i będę jej pomagał. Karmiłem ją tym tak długo, że w końcu i ona uwierzyła w tą fatamorganę. A wszystko dlatego, że Siergiejowi się udało. Pamiętasz Siergieja?
Skinąłem głową. Siergiej był młodym, bardzo chudym chłopakiem, który także wyjechał z biednego domu do jakiegoś wielkiego miasta. Przyjęli go do kopalni i faktycznie powodziło mu się zupełnie nieźle. Któregoś dnia wrócił, z kieszeniami pełnymi pieniędzy i głową pełną fantastycznych opowieści.
- Nie miałem już co ze sobą zrobić. Poszedłem do jakiejś speluny i spiłem się w trupa. Tam spotkałem pewnego człowieka, który zawsze lubił sobie wypić. Traf chciał, że usiadł wtedy obok mnie. A jak wiesz, pijani ludzie przy barze zawsze lubią zagadywać innych pijanych ludzi przy barze. Zapytał mnie, czemu piję i czy jakaś panienka mnie zostawiła. Byłem młody i miał pewność, że chodzi o sprawę tego rodzaju. Gdy usłyszał moją historię, niemało się zdziwił. Tak, był zaszokowany, pijany i dzięki temu może trochę wzruszony. Zaproponował mi, że mogę przenocować u niego. Zgodziłem się, a potem zostałem u niego na długo. Tak rozpoczęły się moje powiązania z mafią.
Słuchałem tego wszystkiego z przejęciem. Brzmiało naprawdę niesamowicie. A Dima mówił o tym w tak zwyczajny, naturalny sposób, jakby relacjonował jaki ma na jutro plan dnia. Zanim jednak zapytałem o coś jeszcze, Dima wstał.
- Wystarczy tego wspominania. Myślę, że zaspokoiłem twoją ciekawość.
Czemu dość? Miałem ochotę posłuchać jeszcze. Chciałem się dowiedzieć, jak  ów człowiek zaangażował Dimę w przestępczość, jakie były jego początki. Ale Dymitr stracił chęć na snucie opowieści. Z doświadczenia wiedziałem, że wspominanie nigdy nie było dla słuchacza interesujące, gdy mówcę się do tego zmuszało. Nie naciskałem więc i bez słowa przyglądałem się jak Dima nalewa sobie wina.
- Żałujesz tego, że sprawy tak się potoczyły? To znaczy… Załóżmy, że byłaby inna alternatywa.
Skrzywił się lekko.
- Nie. Czego miałbym żałować, Till? Mam cię przy sobie, dysponuję mnóstwem pieniędzy, a matka dostaje kilka tysięcy na miesiąc.
Zmarszczyłem brwi. Dostrzegałem wtedy jakąś ciemną rysę na tym wspaniałym finale, jednak wtedy jeszcze nie potrafiłem jej nazwać i określić.
- Wracając do teraźniejszości, muszę ci o czymś powiedzieć – zaczął.
Pytająco uniosłem brwi. Nie spodziewałem się jakichś rewelacyjnych informacji, jednak nieco się pomyliłem.
- Za trzy dni odbędzie się tu pewne spotkanie. Ludzie, z którymi pracuję przyjadą i będziemy… - przerwał na chwilę, zastanawiając się jak dobrać słowa.
- Prowadzić interesy? – podsunąłem mu.
- Właśnie – uśmiechnął się, zadowolony, że tak płynnie czytam mu w myślach. – Chcę, żebyś brał w tym udział.
Zaskoczony drgnąłem, tak, że moje krzesło aż  skrzypnęło.
- Jak to? Przecież ja… w ogóle się na tym nie znam. I oni… nie znają mnie – próbowałem protestować.
Jednak kiedy Dima używał czasownika „chcieć” w pierwszej osobie lub posługiwał się trybem rozkazującym, nie było żadnego odwołania czy pardonu. Krótko mówiąc, nie miałem wyboru.
- Będziesz tam obecny, Till. Masz już jakieś podstawowe pojęcie o interesach. Z resztą, będziemy też zajmować się tym cholernym Sołncewem i planować nasze następne kroki. To nie są ludzie, którzy skończyli kilka fakultetów, Till. Tylko tacy, którzy mają łeb na karku. To znaczy, póki co – uśmiechnął się na zabawną dla niego dwuznaczność tego określenia.
Wykrzywiłem się, niezadowolony.
- Nie chcę… - starałem się wykręcić. W moich oczach coś takiego zupełnie mnie przerastało. Jak ci ludzie zareagują na moją obecność? Czy nie będą ze mnie szydzić jak Jegor? Czy będą próbowali się dowiedzieć ile wiem…? Miałem okropne wątpliwości.
- Nie pytam cię czy chcesz. Po prostu tam pójdziesz.
Drgnąłem. Pierwszy raz zwrócił się do mnie w taki sposób. Widząc moje zdziwienie, odparł:
- Są rzeczy, na które możesz nie mieć ochoty lub na które mogę przymknąć oko. Ale nie zapominaj o tym, że oprócz tego, że jestem twoim przyjacielem, jestem też twoim nauczycielem.
Zrobiło mi się nieprzyjemnie.
- Czy to znaczy, że gdybym ci powiedział, że nie mam ochoty na treningi z Jegorem, też byś mnie zmusił? – zapytałem.
- Tak, to chyba jasne? Sam dokonałeś tego wyboru. Do tego cię nie zmusiłem.
Zacisnąłem zęby. W duchu musiałem przyznać mu rację. Co jednak z tą sytuacją, gdy proponował mi, że mogę zrezygnować…? Czyżby to była tylko chwila słabości? Zostało mi przyjąć, że tak. Wyglądałem wtedy naprawdę żałośnie i najwyraźniej szarpnęły nim emocje. Tak naprawdę raczej nigdy by ze mnie nie zrezygnował.
- Nie będzie źle – odparł nieco łagodniej i dotknął mojego ramienia. – Nie wypadnie tak, że wziąłeś się z księżyca. Każdy wie, że mam wychowanka od pewnego niemieckiego biznesmena. Teraz tylko zobaczą cię na żywo.
Niemrawo pokiwałem głową. Mogłem się z nim kłócić, ale nie chciałem z nim walczyć. Poza tym, pomimo niechęci, kiedyś musiałem zostać częścią tego światka.

***

Plan był taki, że znajdę się na miejscu przed wspólnikami Dimy. Uznał, że oszczędzi mi to zbędnego stresu. Osobiście mi także bardziej odpowiadało to wyjście. Nie chciałem wejść do pomieszczenia ostatni i dotrzeć do siedzenia z oczami wszystkich utkwionych we mnie. Znałem naturę ludzką i wiedziałem, że bez względu na to czy chodzi o przestępcę czy piekarza, każdy człowiek był ciekawski. Nie liczyłem nawet na to, że praktycznie nie zostanę zauważony.
Niestety, plan nie przebiegł tak pomyślnie, jak to wcześniej omówiliśmy. Tego dnia wyszedłem na zakupy. Obliczyłem czas względnie dobrze, ale roztargnienie sprawiło, że w drodze powrotnej wsiadłem do niewłaściwego autobusu. Gdy tylko się zorientowałem, wysiadłem na najbliższym przystanku. Niestety, pech chciał, że mój właściwy autobus jechał dopiero za godzinę. Wiedziałem, że w żadnym wypadku już nie zdążę na umówiony czas. Przeklinałem siebie w duchu i nerwy zaczynały nie dawać mi spokoju. Chodziłem po przystanku tam i z powrotem, jednak to w żaden sposób nie spowalniało upływu czasu. Żeby było gorzej, nie wziąłem ze sobą telefonu. Nie mogłem w żaden sposób dać znać, że się spóźnię. Ta sytuacja nie mogła już okazać się jeszcze gorsza. Czułem jak wszystkie wnętrzności skręcają mi się ze stresu. Ostatecznie to nie byli Japończycy. Nikt nie znienawidzi mnie za takie nieeleganckie spóźnienie. Ale wiedziałem, że tym nieoczekiwanym posunięciem z pewnością wzbudzę zainteresowanie wszystkich, wbrew moim zamiarom.
W końcu znalazłem się na miejscu. Szybkim krokiem, prawie biegiem dotarłem do rezydencji. Na całe szczęście zapamiętałem, w którym pomieszczeniu miało odbyć się zebranie. Postałem chwilę pod drzwiami, aby uspokoić oddech i wszedłem. Jak za jakimś magicznym sposobem, rozmowa w pokoju się urwała i oczy wszystkich zwróciły się w moją stronę. Przełknąłem ślinę i odparłem:
- Przepraszam za spóźnienie. Coś… mnie po drodze zatrzymało.
Ludzie siedzieli przy dość dużym, drewnianym stole. Wciąż pili kawę czy herbatę, co świadczyło o tym, że nie spóźniłem się aż tak bardzo. Na trunki mocniejsze zawsze przychodził czas nieco później. Wbrew moim przypuszczeniom nie było ich aż tak wielu. Oprócz Dimy dopatrzyłem się tylko czterech osób.
- To jest Lohengrin – przedstawił mnie Dima. Jego głos był oschły. Po jego spojrzeniu rozpoznałem, że jest rozdrażniony przez to, że się spóźniłem. – Siadaj – dodał za moment.
Chwila, w której dochodziłem do stołu była jedną z najdłuższych w moim życiu. Nikt nie odezwał się ani słowem. Jedynym dźwiękiem jaki się rozlegał był odgłos moich kroków. Starałem się nie okazać zdenerwowania i zająłem wolne krzesło. Skrzywiłem się, gdy skrzypnęło cicho, jeszcze bardziej kontrastując z ciszą.
- Rozumie dobrze po rosyjsku? – odezwał się ktoś.
- Jak po niemiecku – odpowiedział Dymitr. – Myślę, że możemy kontynuować.
Nieco się rozluźniłem na to zdanie. Wreszcie skupią się na czymś innym niż na mnie, pomyślałem. Rozmowa znowu powróciła do punktu, w którym została urwana, a ja wsłuchałem się jej w treść i zacząłem obserwować ludzi, z którymi miałem wkrótce zacząć współpracować.