Info


Wcześniejsze rozdziały opowiadania znajdują się na stronie
http://www.yaoi.pl (teksty -> opowiadania -> "Siódmy Krąg" by Wilczyca)

Jeśli ktoś wyraża chęć, mogę informować na bieżąco o pojawianiu się nowych rozdziałów poprzez e-maila. Oto mój mail: dita-fm@wp.pl Możecie też kierować na niego wszelkie pytania, sugestie, ponaglenia, whatever.

czwartek, 27 września 2012

Rozdział siedemnasty

17. Selekcja


Na pytanie, dlaczego przed zabiciem Godota zwracał się do niego po imieniu, chociaż nigdy wcześniej tego nie robił, miał intrygującą odpowiedź. Mianowicie, stwierdził, że nazywanie ludzi pseudonimami tuż przed ich śmiercią jest komiczne i w bardzo złym smaku.

Czy nie był to tok myślenia typowy dla socjopaty? Nie mogłem pozbyć się tego wrażenia i ilekroć pomyślałem o jego odpowiedzi, przechodził mnie dreszcz. Mimo tego, dylemat czy wciąż chcę żyć u boku kogoś takiego jak Iwanowicz, miałem już za sobą. Decyzję podjąłem po tym jak wspólnie zabiliśmy szpiega z Sołncewa i pomimo licznych wątpliwości i wewnętrznych pytań, nie zmieniłem jej. Któż inny przychodziłby do mnie z tabletkami w nocy, adorował w taki sposób i traktował z takim zainteresowaniem? Najwspanialsze w tym wszystkim było to, że Dima nie uległ znużeniu; wciąż odkrywał mnie na nowo, zawsze z równą fascynacją i uwagą. Z błyszczącymi oczami słuchał tego, co miałem do powiedzenia i pomimo upływu czasu ów blask wcale nie malał. Gdy się kochaliśmy, niezmiennie zapalał się tym samym płomieniem i biorąc mnie, szeptał gorączkowe wyznania i wyuzdane pochlebstwa.

Uwielbiałem tę myśl, że tylko ja widzę go takim; czułym, zatraconym, oddającym mi całego siebie. Byłem zupełnie podniecony, kiedy wyobrażałem sobie, że to właśnie ten człowiek, przed którym drży cały kryminalny świat. Człowiek, który za pomocą jednego słowa mógł zadecydować o czyimś życiu lub śmierci. Pomimo tego, że było to wstrętne i jakże niewłaściwie, nijak nie potrafiłem zatrzymać tych myśli. Najpierw zorientowałem się, kim tak naprawdę jest. Potem zrozumiałem, że w jakiś pierwotny i nieposkromiony sposób wzbudza to moją rządzę. Dima dzięki swojej władzy i osobowości emanował esencją męskości, która sprawiała, że miękły pode mną kolana.

Dymitr jak co dzień na chwilę zasiadł przed lustrem, aby poprawić sobie krawat. Tamtego dnia znalazłem się w jego pokoju o wyjątkowo wczesnej porze. Była to jakaś prozaiczna sprawa; chyba zabrakło mi tabletek nasennych. Chciałem to załatwić przed wyjściem na trening, w razie gdybym w trakcie powrotu musiał je kupić. Właściwie miałem już wychodzić, trzymając nowe opakowanie w dłoniach, ale mimowolnie zawiesiłem na nim wzrok. Był doskonały. Żadne inne określenie nie przychodziło mi do głowy.

Po chwili zorientowałem się, że przygląda się z zainteresowaniem mojej sylwetce w lustrze. Po jego spojrzeniu bez trudu odgadłem, że dostrzegł mój zachwyt i potrzebę. Nie powiedział jednak nic, tylko uśmiechał się w ten drapieżny, szelmowski sposób. O czym myślał...? Nie zapytałem, tylko podziękowałem i zabrałem się do wyjścia. Wiedziałem, że trening będzie makabryczny jak zwykle i nie mogłem pozwolić sobie na tego typu rozkojarzenie. Nieprzyzwoite obrazy rozpościerające się przed moimi oczyma mogły zaowocować wybitymi zębami lub czymś jeszcze gorszym.

- Do zobaczenia - odparłem.

- Miłego treningu - mruknął, a uśmiech nie zszedł mu z twarzy nawet wtedy, gdy już zamykałem za sobą drzwi.

Czyżby moje pożądanie na sam widok, jak wiąże sobie krawat wywołało w nim aż taką satysfakcję? A może chodziło o coś innego...? Potrząsnąłem głową i skierowałem się do wyjścia. To nie była odpowiednia chwila na takie rozważania. Przeciągnąłem się, gdy wyszedłem na świeże powietrze. Ochroniarze przypatrywali mi się swoim obojętnym, lecz uważnym spojrzeniem i jak zwykle milczeli jak zaklęci.

Nie zdążyłem go o cokolwiek zapytać, aby rozwiać swoje wątpliwości. Wraz z rozpoczęciem treningu pojawił się o wiele trudniejszy dylemat, który zdołał nawet rozwiać moje pożądanie.



***



- Jesteście już w końcowym okresie przygotowań i nadeszła pora na ostateczny egzamin. Liczę na to, że większość z was osiągnie jak najlepsze wyniki. Test będzie wymagający - spędzicie w terenie tydzień, podczas którego przekonacie się na ile was stać. Zostaniecie poddani wielu próbom, zarówno fizycznym jak i psychologicznym. Od początku aż do końca nie będziecie mieli możliwości kontaktu ze światem zewnętrznym - będziecie zdani tylko na siebie. Jeśli ktoś poczuje, że już nie może, może wracać do domu. Pragnę tylko przypomnieć, że tutaj słabość to synonim śmierci.

Porucznik przerwał objaśnienia i rozejrzał się po równych szeregach. Wszyscy wpatrywali się w niego w skupieniu.

- Czy są jakieś pytania? - dodał.

Pytań nie było żadnych. Zwykle nieoficjalne informacje, czyli te najważniejsze, krążyły pomiędzy rekrutami tuż po zakończeniu ćwiczeń.

Porucznik przechadzał się przed dwuszeregiem, udzielając dalszych wyjaśnień. Oczy wszystkich uważnie się mu przyglądały, rejestrując każdy jego ruch. Wiedzieliśmy, że nadszedł kluczowy moment, w którym miało się okazać, kto ile jest wart. Nikt nie ośmielił się zapytać, jakie będą konsekwencje, jeśli ktoś nie przejdzie testów pomyślnie. Domyślałem się jednak, że rezultaty zadecydują o podzielaniu nas na pododdziały i to od nich będzie zależeć czy zostaniemy dobrze rokującą jednostką czy grupką przeznaczoną na zagładę, taką, którą się ustawia na pierwszej linii odstrzału.

- Nie będę wam teraz udzielać szczegółowych wyjaśnień co do samego przebiegu testu. Zrobi to major, który będzie odpowiedzialny za selekcję. Odbędzie się ona na poligonie Tockoje. Wyjeżdżamy jutro o godzinie szóstej. Weźcie ze sobą wyłącznie niezbędne rzeczy. Nie dozwolone jest zabranie telefonów ani jakichkolwiek środków komunikacyjnych. Czy wszystko jest jasne?

Równe szeregi wykrzyknęły głośne, energiczne „Tak jest!“. Okrzyk był zdecydowany, jednak zdołałem dostrzec niepokój malujący się na twarzach zebranych. To już nie były przelewki, lecz preludium do prawdziwych rozgrywek. Ostatni etap symulacji.

Porucznik rozejrzał się po rekrutach i chyba dostrzegł to samo co ja, bo uśmiechnął się zimno i szyderczo, zupełnie tak jak mógłby uśmiechać się gad.

- Oprócz naszego oddziału, w selekcji wezmą udział jeszcze dwa. W sumie będzie was około stu. Selekcję przechodzi do końca zwykle nie więcej niż piętnaście osób.

Kilkoro rekrutów spojrzało się po sobie. Z doświadczenia wiedziałam, że lepiej nie zdradzać swoich emocji. Ukazanie strachu było całkowicie nie profesjonalne i sprawiłoby porucznikowi niepohamowaną, wstrętną satysfakcję. Poczułem jednak jak moje serce zaczęło bić szybciej, a w głowie odczułem dojmującą pustkę. Piętnastu... ze stu?!

- Szkolenie, które przejdziecie jest podobne w swoim charakterze do tego, które przechodzą rekruci do jednostek specjalnych. Ci, którzy zaliczą je w całości zostaną przydzieleni do oddziałów kategorii A.

Oddziały A stanowiły oddziały elitarne, do których należeli najlepsi żołnierze. Dostawali najwyższe wynagrodzenie, cieszyli się dużym uznaniem i wykonywali najbardziej karkołomne zadania. To dla nich droga do osiągnięcia jeszcze większego statusu i pięcia się po drabinie w przestępczej hierarchii stała otworem. Duża władza i istotne stanowiska były w ich zasięgu, jeśli tylko wyciągnęli po nie ręce. Później dowiedziałem się, że właśnie tam kiedyś działali Wasyl i Koshka.

- Co do reszty... Wszystko zależy od tego, w którym dniu odpadniecie. Po zakończeniu egzaminu dostaniecie tydzień wolnego, aby przywrócić organizm do jego naturalnej homeostazy, a potem zaczniecie brać udział w zadaniach. To by było na tyle. Jutro, godzina szósta, przy wschodniej bramie. Rozejść się!

Z tłumu wychwyciłem wzrok Arsena. Podszedł do mnie i obrzucił mnie pytającym spojrzeniem.

- I co? Co o tym myślisz?

Wzruszyłem ramionami.

- Trenujemy tak ciężko od tak długiego czasu. Czas sprawdzić rezultaty - odparłem pewnie, pewniej niż w rzeczywistości się czułem.

Chwilę potem Nina zrównała z nami krok. Jej czarne oczy lśniły niepohamowaną ekscytacją.

- Bardzo jesteś pewny siebie, Lohengrin! Nie jesteś chyba świadom tego, co mówisz - odparła z pobłażliwym uśmiechem.

Na moje pytające spojrzenie, dodała:

- Rozmawiałam z wieloma żołnierzami, którzy brali udział w tego rodzaju selekcji. Wyją z bólu jak dzieci i modlą się o rychły koniec tej męczarni. To nie jest... taki zwykły sobie test. Tam nie odpoczywasz... W ciągu dnia czy w nocy... ciągle trenujesz. Przez siedem, cholernie długich i trudnych dni.

- Dlaczego więc się uśmiechasz? - wtrącił się Arsen, z rozbawieniem zauważając jej zadowolenie.

- Chciałabym dotrwać do końca i dostać się do kategorii A.

- Cóż za śmiałe pragnienie! Wiesz, że niewielu się to udaje...

- Co nie oznacza, że nikomu - wyzywająco spojrzała mu w oczy.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, niby żartobliwie, ale było w tym również coś, co nie miało nic wspólnego z wesołością. Nina aż cała drżała z ambicji, która miała teraz okazję wziąć górę i poprowadzić ją do celu. Arsenowi brakowało pewności siebie, chociaż ze wszystkich sił starał się to ukryć. Nina zmierzyła go pogardliwym wzrokiem, ale nie powiedziała ani słowa. Przez dalszą drogę była szczególnie milcząca, chociaż jej oczy mrugały żywo, wyraźnie coś kalkulując. Myślami błądziła już w dniu jutrzejszym, pełnym wyzwań i przeciwności. Nie podzielałem jej entuzjazmu. Targały mną raczej liczne wątpliwości, wypełniały czaszkę i drgały gdzieś na dnie żołądka. Czy okażę się wystarczająco silny? Czy jestem już wystarczająco dobry...?

Odpowiadałem na wesołe gadanie Arsena, ale podobnie jak Nina zagłębiłem się we własnych myślach. Nie zależało mi na dostaniu się do elitarnego oddziału. Szczerze mówiąc, nie wierzyłem, że jest to w ogóle możliwie. Zdawałem sobie jednak sprawę, że od moich wyników będzie zależeć moja najbliższa przyszłość i pozycja. Nie mogłem pozwolić sobie na porażkę. Już na początku selekcji dowiedziałem się, że jednostki słabe zostawały zazwyczaj odgórnie skazywane na zagładę - przydzielono im najpaskudniejsze zadania, w roli przynęty, dla odwrócenia uwagi. Szli na pierwszy ogień, aby odwrócić uwagę od żołnierzy, którzy mieli wykonywać zadanie tak naprawdę. Mięso armatnie miało im tylko to ułatwić, zazwyczaj poświęcając przy tym życie za drugim, ewentualnie trzecim razem.



***



- Masz zostać członkiem jednego z oddziałów kategorii A.

Dima siedział wygodnie rozparty przy stole i posilał się kurczakiem, jednak ani jego mina ani ton głosu nie sugerowały lekkiej, frywolnej rozmowy przy obiedzie. Przez chwilę stałem osłupiały przy stole i całkowicie straciłem wątek. Najpierw uśmiechnąłem się lekko, nie do końca pojmując, co właśnie do mnie powiedział. Potem osunąłem się na krzesło i zmierzyłem go zdezorientowanym wzrokiem.

- Co to ma znaczyć? - wykrztusiłem w końcu. - Dlaczego? Czy chcesz, abym...

Wykonał gest ręką, aby mi przerwać. Najwyraźniej wyczuł, że mój głos przestaje być spokojny i nabiera niskiego tonu, więc chciał sprawę jak najszybciej wyjaśnić.

Odłożył kurczaka, nie chcąc ignorować powagi rozmowy i wytarł dłonie.

- Nieoficjalnie przejąłeś obowiązki Godota i przygotowujesz się do objęcia jego stanowiska. Idzie ci to całkiem do rzeczy.

Skinąłem głową, nieco udobruchany pochwałą. Z zainteresowaniem studiowałem jego twarz, ciekaw, co ma mi do powiedzenia.

- Oficjalnie jesteś zwykłym żołnierzem, a właściwie wciąż rekrutem, należącym do jednego z oddziałów na rozkazach mafii. Dostrzegasz kontrast?

Lekko pokiwałem głową, patrząc w jego kobaltowe oczy. Przyglądały mi się badawczo, bacznie obserwując moje reakcje.

- Trzeba między jednym a drugim nakreślić pewien most - to mówiąc, palcem zarysował na stole dwie równoległe linie i jedną biegnącą przez nie. - Jeśli dostaniesz się do jednego z oddziałów A, znacznie łatwiej będzie można wyjaśnić, dlaczego otrzymałeś takie wyróżnienie. Nikt wtedy nie będzie mógł zanegować, że jesteś profesjonalistą. Rozumiesz?

Zmarszczyłem brwi i przymknąłem oczy.

- Nie podoba mi się to, Dima... Nie wiem, czy jestem na tyle dobry. A co jeśli się nie dostanę? Wyrzucisz mnie stąd?

- Nie mów głupstw, Till. Jak to w ogóle mogło ci przyjść do głowy? Po prostu... jeśli dasz radę, rzeczy staną się o wiele prostsze. I dla ciebie, i dla mnie. Jeśli dostaniesz się zaledwie do jakiegoś podrzędnego oddziału, inni żołnierze zmiażdżą cię z zawiści. Nie rozumiesz tego? Żadnemu z nich nawet się nie śniło, żeby zostać moim doradcą.

Nerwowym ruchem wstałem od stołu. Krzesło skrzypnęło i prawie upadło na podłogę.

- Po co więc uczyniłeś mnie doradcą?! - podniosłem głos. - To wszystko... Myślałem, że inaczej będzie to wyglądało. Chciałem tylko być przy tobie, a nie zostać super żołnierzem i bezbłędnym zabójcą!

Jego twarz wciąż jeszcze nie zdradzała oznak szaleństwa, ale czułem, że atmosfera między nami staje się coraz trudniejsza do zniesienia. Za tymi ciemnymi oczami czaiło się coś jadowitego i nieobliczalnego. Wciąż siedział z dłońmi splecionymi na brzuchu.

- To dla twojego rozwoju, Till. Mógłbym poczekać, aż osiągniesz wystarczająco dobre wyniki w oddziale, aby twoje zasługi były wystarczające, żeby cię wyróżnić. Wtedy jednak nauka będzie trwała za długo. Teraz masz możliwość rozwijać się równolegle, w obu tych dziedzinach. Potrzebuję tylko odpowiedniego uzasadnienia.

- Wystarczającego, aby mnie wyróżnić - parsknąłem. - Ilu ludzi musiałbym więc zabić?

Szczęka mi drgała z wściekłości, raz po raz zaciskałem i rozluźniałem dłonie. Dima jednak wciąż siedział bez ruchu, najwyraźniej korzystając ze swoich zapasowych pokładów cierpliwości. Ja natomiast nie posiadałem się z wściekłości. Po raz pierwszy poczułem się tym wszystkim upokorzony. Być może dlatego, że miałem świadomość tego, ile już dla niego zrobiłem. W głowie przewijały mi się po kolei wszystkie te makabryczne treningi i manewry, w których uczestniczyłem od miesięcy. Wszystko po to, aby być bliżej niego, aby go zadowolić... A teraz zażądał czegoś praktycznie niemożliwego do osiągnięcia. Wciąż za mało, nie wystarczająco, wciąż podnosił poprzeczkę i zmuszał mnie do zrobienia czegoś jeszcze. Paraliżował mnie gniew i strach, bo byłem pewien, że tym razem nie podołam.

- Wielu - odpowiedział po prostu, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie.

Rozszerzyłem oczy na to stwierdzenie.

- Till... To nie jest piękny świat. Taka jest prawda.

Energicznie pokręciłem głową.

- Po co mam robić to wszystko?! Ile jeszcze będę musiał ścierpieć, żeby cię usatysfakcjonować? Nie jestem wybitny. Nie rozumiesz tego?! Nie jestem urodzonym żołnierzem, nie jestem... Ja... nie jestem... mordercą - złapałem się za głowę. Czułem jak kolana się pode mną uginają, z nadmiaru myśli i pod wpływem całej tej frustracji, którą odczuwałem.

Usłyszałem jak Dima wstał od stołu. W chwilę znalazł się przy mnie.

- Mylisz się. Mylisz się, kochany, we wszystkim, co mówisz. Nie robisz tego dla mnie. Słyszysz? Spójrz na mnie.

Kiedy go nie posłuchałem, ujął w dłoń mój podbródek i sam uniósł moją głowę. Nasze oczy się spotkały.

- Robisz to dla siebie. Wszystko, czego się nauczysz i każda umiejętność, którą posiądziesz będą mogły uratować ci życie.

Uśmiechnąłem się ironicznie.

- Ciągle będę się narażał. To ma być ta twoja troska o mnie? Nie rozumiem Cię, Dima. Nie rozumiem...

Czułem jak moje spojrzenie staje się pogmatwane i chłodne. Najwyraźniej również to odczuł, bo wyraz jego twarzy także się zmienił. Chciał coś powiedzieć, ale przerwałem mu.

- Byłbym bezpieczniejszy tu, nie potrafiąc nic i nie wiedząc nawet jak się odpala broń niż wyruszając na najbardziej niebezpieczne akcje. O co tobie chodzi?

Pokręcił głową.

- Te zadania są najtrudniejsze pod względem technicznym i strategicznym. Oprócz tego nie chcę, abyś był żołnierzem zbyt długo.

Spojrzałem na niego, jeszcze bardziej zdziwiony niż na początku rozmowy.

- Masz posiąść wszystkie wymagane umiejętności i stać się nieuchwytny. Niezniszczalny. Kiedy uznam, że jesteś na to gotowy, zrezygnujesz z walki bezpośredniej i będziesz tylko zasiadał w radzie, tak jak pozostali członkowie. - uśmiechnął się lekko. - Tylko to, co niezbędne i dam ci spokój.

Wyraźnie się opanowałem po tych wyjaśnieniach. Niepewnie odwzajemniłem jego uśmiech.

- Cóż... W takim razie... Wciąż jednak nie wiem, czy dostanę się do tej kategorii.

- Postaraj się. Nie będę robił ci wyrzutów, jeśli ci się nie uda, ale nie ukrywam, że wiele by to ułatwiło.

- Dobrze. Na tym poprzestańmy... Jestem zmęczony - odparłem, chcąc jak najszybciej zakończyć tę rozmowę.

Przez chwilę panowała cisza, wypełniona brzdękiem sztuców, gwizdem gotowanej wody i bezustannie otwieranej i zamykanej lodówki. Dima znów zasiadł przy stole i powrócił do posiłku. Wydawało się, że ta drobna sprzeczka w ogóle nie miała miejsca.

- A, Till. Jeszcze coś.

Odwróciłem się w jego stronę. Nie patrzył jednak na mnie, tylko wertował gazetę.

- Uważam, że się mylisz. Jesteś urodzonym żołnierzem.

- Co? - zamarłem w bezruchu, zupełnie zaskoczony tym stwierdzeniem.

- Masz ogromny potencjał i ducha walki. Podejrzewam, że jak już będziesz w jednym z oddziałów A... nie będziesz chciał zrezygnować.

Zaśmiałem się i pokręciłem głową z niedowierzaniem.

- Nie wydaje mi się. Samo dostanie się tam to czysta abstrakcja - odparłem.

- Ty kochasz te treningi. To dla ciebie jak zdobywanie podniebnych szczytów. Możliwie, że pod wpływem mojej i oddziałowej presji czujesz inaczej, jednak... Gdybyś teraz przestał trenować, przestałbyś być sobą. Nie wiedziałbyś, co ze sobą począć . Zastanawiałeś się kiedyś nad tym?

Zastygłem z kromką chleba w dłoni i zagłębiłem się w myślach. Przecząco pokręciłem głową.

- Nigdy tak o tym nie myślałem. Naprawdę uważasz, że...?

Uśmiechnął się pobłażliwie, widząc moje zagubienie.

- Obserwuję cię uważnie. Pamiętam jak wróciłeś z treningu z Andriejewną. Ledwo chodziłeś, tak ci dała w kość, a jednak miałeś w oczach taką determinację jakby od tego czy wygrasz czy przegrasz, zależało twoje życie...Jesteś żołnierzem, Till. Jestem tego pewien. Gdybyś okazał się łamagą, nie kontynuowałbym twojego treningu. Wolałbym zamknąć się w rezydencji i otoczyć strażami, bo wiedziałbym, że i tak nic by z tego nie wyszło. Jednak jest inaczej. Myślę, że masz możliwość przebrnąć do końca selekcji.

Obrzuciłem go niepewnym spojrzeniem, jakby pytając czy to wszystko, co powiedział, to na pewno prawda. On, jakby wychwytując moje przesłanie, wolno pokiwał głową. Chciałem, aby miał rację. Chciałem móc w to wierzyć.



***



O godzinie szóstej wyruszyliśmy. Jazda była długa i monotonna. Od Moskwy do Buzułku dzieliło nas jakieś tysiąc trzysta kilometrów, co zapowiadało szesnaście godzin jazdy. Po dwudziestej trzeciej znaleźliśmy się na miejscu. Każdy krzątał się wokół swoich rzeczy, przygotowując sobie posłanie na noc. Rozkładanie śpiworów, przygotowywanie posiłku, głośne i ożywione rozmowy, liczne przekleństwa. To moje pierwsze wspomnienia z pobytu na poligonie w Tockoje. Wszyscy byli wykończeni po makabrycznej podróży, a jednocześnie zdenerwowani przed pojawieniem się majora. Nie trwało to jednak długo, wszystko działo się bardzo szybko. O północy pojawił się major, a wówczas znalezienie się w dwuszeregu okazało się tylko kwestią czasu. Nawet się nie spostrzegłem, a już stałem na baczność pomiędzy dwoma starszymi ode mnie mężczyznami z ciężkim plecakiem na ramionach. Poligon był ponury, w oddali dostrzegałem nieprzeniknioną ścianę lasu. Zastanawiałem się właśnie, jakie zadania będą czekać na nas w tym lesie, kiedy przed dwuszereg wyszedł żołnierz z niezliczoną ilością orderów na klapie munduru. Miał regularne, lecz ostre rysy twarzy, które nadawały jej wyraz zaciętości. Oczy szare, chłodne, niemal nieruchome. Nie sposób było odgadnąć z nich jakiejkolwiek emocji.

- Jestem major Aleksy Koznyszew. Nie muszę wam chyba mówić, że od waszej słabości będzie zależeć... cóż, właściwie wszystko. Możecie wszystko wygrać lub wszystko przegrać. Nie istnieją żadne środki pośrednie. Selekcja będzie trwać siedem dni. Ten, który wytrzyma do końca trafi do jednego z oddziałów kategorii A. Ilość zebranych punktów zadecyduje do jakiego. Osoby, które nie dotrwają do dnia siódmego zostaną przydzielone do niższych oddziałów. Z selekcji możecie odpaść za niepoprawne wykonywanie poleceń bądź niemożliwość ich wykonania. Czy wszystko jest jasne?

Rozległ się typowy okrzyk „Tak jest!“, a ja czułem jak wargi mi zadrgały. Stres, niepewność, kołatanie serca i ciężar w żołądku... Najbardziej przerażała mnie myśl: Jak to będzie wyglądać? Na czym będzie polegał ten karkołomny, siedmiodniowy test?

Po jeszcze kilku wskazówkach udzielonych przez majora każdy z nas otrzymał opaskę na ramię z numerem. Od tej pory nikt nie miał imienia i nazwiska. Kazano nam o nich zapomnieć i nie ujawniać swoich prawdziwych danych pod żadnym pozorem. Domyślałem się, że jest to symulacja prawdziwej misji - żadnych danych, które mogłyby nas zdradzić - tylko numer i szesnastocyfrowe hasło, które należało wbić do głowy i zapamiętać lepiej niż własną datę urodzenia. Tak jak każdy początkujący żołnierz na usługach mafii moskiewskiej, otrzymałem opaskę. Zielony kawałek materiału z wypisanym numerem. Nie wiem dlaczego ten moment tak mocno utkwił w mojej pamięci, ale wciąż pamiętam swoją sylwetkę i spoconą dłoń, ledwo utrzymującą opaskę. Niepewność i wątpliwości zawładnęły mną tak mocno, że przez chwilę nie potrafiłem nad sobą zapanować. Poczułem się absurdalnie - jak zagubione dziecko, które trzyma zwitek materiału i nie rozumie, co ma z nim zrobić. Na szczęście nauczyłem się już opanowywać ataki paniki. Zwykle ratowało mnie wyciszenie się i wzięcie kilku, czasem kilkunastu głębokich wdechów. Nie mogłem dopuścić do siebie histerii. Wolnym ruchem przymocowałem opaskę. Zwilżyłem usta. Przymknąłem oczy. Dudnienie w głowie ustawało, stopniowo udawało mi się opanować. Ostatnie luźne rozmowy i komentarze moich towarzyszy docierały do mnie niewyraźne, wychwytywałem tylko ich ogólny zarys. Słyszałem zgiełk rozmów, ale nie skupiałem się na znaczeniu rozlegających się słów.

Ostatnie swobodne zaczerpnięcie oddechu. Ostatnie beztroskie dyskusje. Teraz należało tylko przetrwać te siedem dni. Nie potknąć się, nie dać się zniszczyć, nie wypaść z siodła. Od teraz byłem numerem sześćdziesiąt cztery i musiałem nim pozostać tak długo jak to było konieczne.

sobota, 22 września 2012

Ogłoszenie!

Chciałam poinformować tych najwytrwalszych, którzy wciąż jeszcze oczekują na nowy rozdział, że ukaże się on w piątek. Wiem, że strasznie długo to trwało, ale zupełnie wypadłam z osi opowiadania i nie potrafiłam się odnaleźć w perspektywie bohatera. Nie chciałam pisać na siłę, na tak zwanego "wała", bo nie chcę Was karmić chałą.

Rozdział będzie stosunkowo krótki, ale przyznam szczerze, że momentami myślałam, że w ogóle go nie będzie. Chciałam już machnąć ręką na tekst, w którym nie odnajduję się już tak bardzo jak wcześniej, ale w tych momentach stawała mi przed oczami Paciaja (a raczej jej avatar z yaoifan, bo nie znam osobiście :P), a także jej kilometrowe komentarze i myślę sobie: Nieee no, takich rzeczy się nie robi, tak nie można, toż to nie po koleżeńsku! Muszę kiedyś ten tekst wziąć w obroty.

Tak, tak właśnie sobie myślałam, i stało się. Wyrazy wdzięczności dla Paci, a także dla każdego bardziej i mniej wymownego czytelnika.

Prawdopodobnie będzie to mój ostatni tekst yaoi/slash (jak zwał, tak zwał), mam zamiar "wycofać się z branży" i spróbować swoich sił w opowiadaniach o innej tematyce. Być może będzie to znów coś z elementami romansu, ale damsko-męskiego.

Pozdrawiam i zachęcam do lektury, która ukaże się już niebawem :)

Wilczyca