13. Pragnienie
Przeszkadza Wam brak akapitów? Nie wiem dlaczego się tak dzieje, że w wordzie mam akapity, a jak wkleję tekst tu, to akapity znikają (wcześniej się tak nie działo, a mianowicie kilka rozdziałów temu). Jeśli ktoś chce mnie oświecić, będę wdzięczna. A jeśli nikomu to nie przeszkadza, to tym lepiej, bo osobiście jestem bezradna ^^'
Miłego czytania, jak zwykle czekam na opinie.
Noc, która nadeszła nie była dobrą nocą. Miniony dzień był nazbyt niepokojący, abym mógł spać spokojnie. Jeszcze zanim się położyłem, każdy mój nerwowy ruch zdradzał mi, że nie zasnę od razu. Tak też się stało. Zamiast błogo się rozluźniać pod ciepłą, miękką kołdrą, opatulałem się coraz szczelniej swoimi wspomnieniami i niepokojami. Przewracałem się z boku na bok, a godziny mijały, jedna za drugą. Byłem zdenerwowany i zły, zdając sobie sprawę, że nazajutrz czeka mnie poważne wyzwanie w postaci spotkania z doradcami Dimy i Hansem. Z drugiej zaś strony ogarnęło mnie rozgorączkowane podniecenie na myśl o rzeczach, o których nie myślałem już od dawna. Jednak ilekroć przypominałem sobie Ulrike, widziałem ją przed fortepianem, zatopioną w słodkiej, smutnawej melodii, którą grała lub pogrążoną w innych, odpowiednich dla niej czynnościach. Na Niebiosa, co mnie podkusiło do takiej nostalgii? Co jednak frustrowało mnie bardziej, najcieplejsze wspomnienia z domu malowały się bez niej. Pod opuchniętymi powiekami bez trudu mogłem dostrzec szczegóły pewnego zimowego, mroźnego popołudnia.
***
Pomimo tego, że zanim zaczęliśmy, miałem do owego pomysłu poważne wątpliwości, okazał się on doskonałą zabawą. W szaleńczym tempie mknąłem w dół, coraz szybciej i szybciej. Mroźne powietrze wyciskało mi łzy z oczu. Wszystko wokoło rozmazywało się, krajobraz stał się biało szarą plamą, w której proporcje tych kolorów bardzo szybko się zmieniały. Mniej więcej w połowie trasy usłyszałem szaleńczy, radosny okrzyk Dimy. Musiał bardziej się rozpędzić, bo znalazł się na dole szybciej niż ja.
- Widzisz – zwrócił się do mnie, kiedy byliśmy już na dole. – Mówiłem, że będzie świetnie! Sanki są dla mięczaków.
- I dlatego my zjeżdżamy na kartonach? – zapytałem, niedowierzając. – Ty po prostu nie masz sanek!
Naburmuszył się na tę bezpośrednią uwagę, ale tylko na chwilę. Za moment znowu rozpromienił się i mruknął złośliwie:
- Przecież ci się podoba, a narzekasz, ty mały zgredzie! Podoba ci się, aż kłapiesz uszami! – oznajmił, łapiąc się pod boki.
- Wcale nie! Z resztą, jak możesz widzieć czy kłapie uszami czy nie, skoro mam czapkę?! – oburzyłem się.
Zaśmiał się na tę rozbrajającą uwagę i aby stłumić mój kolejny, nadchodzący napad złości, wziął mnie za rękę i pociągnął ku górze.
- Trzymasz swój karton, zgredzie?
- Przestań mnie tak nazywać! Co to w ogóle ma znaczyć?
- Co znaczyć?
- To słowo!
- Aaaa. To słowo. Że zrzędzisz jak stara baba!
- Wredny Dima! – pisnąłem.
Zachichotał, ale nie powiedział nic więcej. Zdawał się też nie zauważać, że nie wkładałem prawie żadnej siły we wspinanie się na pagórek, tylko bezczelnie pozwalałem się mu ciągnąć.
Kolejny zjazd okazał się mniej pomyślny. Zaczęło się wspaniale, jak podczas wielu poprzednich tego dnia zjazdów. Jednak nieopacznie trafiłem na lodową, śliską powierzchnię i zupełnie straciłem panowanie nad tym, co się ze mną działo. Bezwładnie sturlałem się na dół i uderzyłem nogą w drzewo. Mój wrzask zapewne dało się słyszeć w promieniu kilku kilometrów. Miałem zamknięte oczy i darłem się tak, na ile starczyło mi sił w płucach. Dopiero głos Dimy uświadomił mnie o jego obecności.
- Hej, Till, Till, nie płacz! W porządku? Gdzie cię boli?
Kiedy mu nie odpowiadałem, tylko wrzeszczałem dalej, potrząsnął mną za ramiona. Spojrzałem na niego przez łzy.
- Gdzie? – powtórzył.
Zauważyłem, że ma bardzo poważny wyraz twarzy. Nie zdziwiło mnie to. Dima nie żartował cały czas; kiedy działo się coś, co wymagało powagi, potrafił być bardzo poważny i taki… jakby dorosły.
Z umęczonym wyrazem twarzy wskazałem na swoje kolano.
Kiedy zaczął mi podwijać nogawkę spodni, szarpnąłem się i znowu załkałem.
- Zimno!
- Tylko na chwilę – odparł, nie przerywając.
- Zostaw…! Ja umieram, umieram! – krzyknąłem, wyrywając nogę. Przez ten ruch, zabolała mnie jeszcze bardziej, więc ponownie zalałem się łzami.
Dima wykorzystał ten moment mojej nieuwagi i w końcu podwinął mi spodnie. Nawet przez łzy dostrzegłem wyraz zdziwienia na jego twarzy. Powędrowałem za jego wzrokiem. Okazało się, że… na moim kolanie znajduje się małe zadrapanie. Mnie również zdziwiło to tak bardzo, że aż przestałem histeryzować.
- Till, leci dziś ta bajka? – zapytał.
- Jaka bajka? – zdziwiłem się.
Poczułem, że robi coś z moją nogą, ale jego pytanie zaciekawiło mnie na tyle, że nie zwróciłem na to uwagi.
- No, wiesz. Ta o smokach.
- O smokach?
- Przecież mówiłeś, że ją oglądałeś?
- Wirklich?
- Że co?
- Eee naprawdę? – zapytałem, zdając sobie sprawę, że zapytałem nie w tym języku, co trzeba.
- No, skończyłem!
Spojrzałem na niego jak na wariata, nie rozumiejąc o co chodzi.
- Sprawdzałem czy nie masz może skręconej czy złamanej nogi – wyjaśnił lakonicznie.
Przypominając sobie o moim problemie, łzy automatycznie znowu napłynęły mi do oczu.
- No oczywiście, że mam złamaną! Ja umieram! – jęknąłem dramatycznie, wierząc, że szczypiące kolano z pewnością zapowiada koniec mojego życia.
- To byś tak samo wrzeszczał jak dotykałem – zapewnił mnie, teraz już wyraźnie uspokojony. – Możesz wstać? Na dziś już koniec zabawy.
- Nie mogę! Jak miałbym wstać w takim stanie? Co?
- Jesteś szalenie przekonujący jak na ośmiolatka – stwierdził, rozbawiony.
- Mam już prawie dziewięć! I… boli mnie! – rozkleiłem się już na dobre, zrozpaczony szczypiącym kolanem, przemokniętym ubraniem i tym, że Dima mi nie wierzył. Przecież skoro mówiłem, że boli, to znaczy, że boli! Czy to nie jasne? Zdziwiony, poczułem, że złapał mnie za nogi. Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem jego plecy.
- No, przytrzymaj się – polecił.
Bez trudu wziął mnie „na barana” i skierował się w stronę swojego domu. Kiedy znaleźliśmy się na miejscu, jego mama spojrzała na nas z przerażeniem.
- To nic, mamo. Till trochę się potłukł – wyjaśnił.
- Co wyście znowu robili, łobuzy? – zapytała, odrobinę pretensjonalnie, jednak wciąż łagodnie. Podparła się pod boki, w dokładnie taki sam sposób, w jaki Dima to robił. Często w myślach nazywałem ją „Panią” lub „Panią Mamą”. Wynikało to z tego, że nie wiedziałem jak się nazywa, a używając zwrotu „mama” myślałem raczej o swojej rodzicielce.
Ściągnął mi buty i kurtkę i przeniósł mnie na kanapę. Pani najwyraźniej zorientowała się, że ta ogromna, przesadna troska świadczy o poczuciu winy jej syna.
- Dymitrze Iwanowiczu, proszę mi to natychmiast wyjaśnić!
- No bo my… bawiliśmy się na dworze – odparł, także zdejmując zimowe ubrania.
Przez drogę zdołałem się uspokoić, a i ból nieco zelżał. Przyglądałem się nieporadnym wyjaśnieniem przyjaciela i zastanawiałem się czy jego mama zaraz zacznie wypytywać mnie.
- A co takiego robiliście?
- Zjeżdżaliśmy na kartonach z górki – oznajmił i wyszczerzył się, po czym czmychnął do łazienki.
- Tillu – kobieta zwróciła się do mnie – Skąd to zjeżdżaliście?
- Z tej dużej górki, wie pani. Ta taka niedaleko cerkwi.
Nie miałem pojęcia czemu służyło to pytanie, ale Pani zmarszczyła brwi i drapieżnie wpatrzyła się w drzwi łazienki. Czemu chciała to wiedzieć? Czyżby też chciała pozjeżdżać?
Dima powrócił, niosąc w ręce spirytus i plastry. Rozszerzyłem oczy na ten trwożący widok, jednak zanim zacząłem histeryzować, wtrąciła się mama Dimy.
- Czyś ty rozum postradał, synu?! Zjeżdżać z takiej góry? Przecież mogliście się zabić!
Spojrzał na mnie na wpół rozbawiony, na wpół urażony.
- Zdrajca – mruknął z uśmiechem. Potem zwrócił się do mamy: - Oj, przestań, mamo. Było super, prawda, Till?
Pokiwałem głową, nie pamiętając już o mojej bliskiej śmierci. Zastanawiałem się za to, czy dostanę herbaty, kiedy Pani skończy robić wyrzuty Dimie.
- Jakie z ciebie dziecko, Dymitrze! Masz prawie jeszcze raz tyle lat co Till, a to chyba on jest bardziej odpowiedzialny niż ty! Tylko byś wymyślał jak wpakować się w nowe kłopoty.
Chociaż starał się nie uśmiechać, jego oczy nadal rzucały wesołe iskry. Upomnienia matki były dla niego normalnym, powszechnym przejawem codzienności. Oprócz tego wiedział, że nie była zła tak naprawdę.
- O, a mój tata mówi tak samo! – odparłem impulsywnie. Dwoje par oczu zwróciło się ku mnie.
- Co mówi, Till? – zainteresowała się Pani.
- Hmm niech pomyślę… - podrapałem się w brodę, namyślając się. – Że Dima cały czas ciągnie mnie z sobą w jakieś tarapaty! I że przez niego wpadnę kiedyś w pokaźne kłopoty.
- Bezczelny kablarz! No nie, Till, musimy chyba porozmawiać o kwestii lojalności – stwierdził, czochrając mi włosy. – I chyba miałeś na myśli „poważne”?
- No przecież mówię! – oburzyłem się.
- Tata Tilla ma świętą rację! Słyszałeś, Dima? Siejesz chaos, gdzie tylko się pojawisz. Nie mam słów, nie mam słów… Zrobię wam herbaty, chłopcy.
Uśmiechnąłem się szeroko na to stwierdzenie.
- To ja zdezynfekuję twoje rany. Mamo, nie przejmuj się, jeśli zaraz usłyszysz dzikie wrzaski.
Pani uniosła brwi, po raz kolejny wyrażając swoją pobłażliwość. A trzeba przyznać, że była osobą bardzo pobłażliwą i tolerancyjną.
Spojrzałem z przerażeniem na Dimę. Odkręcał tę dziwną butelkę z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Potem, zanim się zorientowałem, o co chodzi, jednym sprawnym ruchem podwinął mi nogawkę. To jednak było za wiele. Gdy tylko przymierzył się do opłukania rany, zacząłem kopać, szarpać się i wyrywać.
- Nie, nie, nie! Zostaw mnie! W tej chwili mnie zostaw! – krzyczałem.
- To dla twojego dobra, Till! Żeby zakażenie się nie wdało. Przecież nie chcesz umrzeć?!
- Nie chce wiedzieć, co według ciebie jest dla mojego dobra! Nieee! Sam wiem o moim dobru najlepiej!
Rzecz jasna, był starszy i silniejszy, ale przerażenie dodawało mi zapału. No i on miał jedną rękę zajętą, bo trzymał butelkę. Okładałem go rękami, próbując go od siebie odepchnąć. Jednak on, aby temu zapobiec, wskoczył na kanapę całym swoim ciężarem. Przy okazji gruchnął swoim kolanem o moje, co spowodowało kolejny napad wrzasków. Zerwałem się na równe nogi jak błyskawica i sprintem pognałem do kuchni.
- Pani Mamo, niech mnie pani ratuje! – krzyknąłem desperacko.
- Chłopcy… - pani zaczęła, upominająco.
Właśnie nalewała nam herbaty z samowaru. Kiedy skończyła, przeniosła na mnie spojrzenie.
- Dima, on nie wygląda na potrzebującego bezzwłocznej opieki medycznej – odezwała się do syna, który także pojawił się w kuchni. Ku mojej uldze, bez butelki.
- Chyba masz rację – stwierdził z uśmiechem. – Umierający ludzie nie robią takich rekordów maratońskich.
- To było spowodowane strachem! – wytłumaczyłem się szybko.
- Skoro już tu przyszliście, to możecie wypić tutaj – zaproponowała Pani.
Usadowiliśmy się na stołkach wokół stołu. Z zachwytem patrzyłem na przyrząd do robienia herbaty, który pierwszy raz w życiu zobaczyłem u Dimy w domu, podobnie jak zegar z kukułką.
- Ale świetny ten samogar! – wyraziłem na głos swój zachwyt.
Z oburzeniem dostrzegłem, że Dymitr znowu się ze mnie śmieje.
- Samowar! – poprawił mnie i delikatnie pacnął w głowę.
- Ile razy mówiłem, że masz mnie nie poprawiać? – mruknąłem.
- To zawsze będziesz tak kaleczyć, krasnoludku. Wyświadczam ci przysługę.
Miałem już coś na to odpowiedzieć, ale Pani postawiła na stole kostki cukru i konfiturę, więc zdenerwowanie od razu mi przeszło.
Włożyłem kostkę cukru do ust i zapiłem herbatą. Dima i jego mama zrobili to samo. Rozkoszowałem się właśnie słodkim smakiem, który rozpływał mi się w ustach, kiedy Pani zwróciła się do mnie:
- Czy twój tata mówi coś jeszcze o Dimie, Tillu?
To pytanie zapewne było spowodowane zmartwieniem, że jej syn ma złą opinię, ale wtedy, rzecz jasna, nie zrozumiałem tego. Myślałem, że jeśli dorośli zadają jakieś pytania, to robią to z czystej ciekawości, tak jak dzieci. Właśnie dlatego zawsze bez wahania odpowiadałem, z dziecięcą szczerością i naiwnością.
- Hmmm, tak – upiłem jeszcze łyk herbaty, aby kostka cukru nieco się zmniejszyła i abym mógł mówić swobodniej. – Mówi dużo rzeczy.
Zauważyłem, że Dima nadstawił uszu.
- Że jest łobuz i ma zwariowane pomysły. Że jest troskliwy i że ma dobre serce… A, i jeszcze, że… Że charakteryzuje go niekon…kon…wencjonalny rodzaj odpowiedzialności, bo… często robi niebezpieczne rzeczy, ale zawsze jest gotowy na poniesienie konsekwencji. Tak, tak powiedział! Ale… ja nie mam pojęcia co to wszystko znaczy, więc chyba wam nie wyjaśnię.
Patrzeli na mnie zdziwieni, a ja nie miałem pojęcia, dlaczego. Później dowiedziałem się, że nie każdy potrafi tak dobrze zapamiętywać cudze wypowiedzi, nawet jeśli zupełnie ich nie rozumie.
- No, synu. Nie masz tak tragicznej opinii jak myślałam. To pozytywnie – uznała Pani, uśmiechając się i klepiąc go po głowie.
- Ach, mamo, przestań – ściągnął z siebie jej dłoń, najwyraźniej zawstydzony.
Zabrałem się za konfitury, zupełnie nie rozumiejąc, o co im chodzi. Pani była jednak fajną mamą, taką zupełnie nietypową. Tak samo jak Dymitr był nietypowym chłopcem.
Nagle poczułem okropne pieczenie na kolanie. Przerażony spojrzałem pod stół i zauważyłem, że wciąż mam podwiniętą nogawkę, a w ręce Dymitra znajduje się mokry wacik. Następnie przeniosłem wzrok na jego twarz i dostrzegłem lisie, pełne satysfakcji spojrzenie. I wtedy znowu zacząłem wrzeszczeć.
- Piecze, piecze! Ty potworze!
- Tillu, mogłoby być zakażenie… - starał się usprawiedliwić.
I w ten sposób znowu podniósł się harmider i chaos. Pani starała się zaingerować, aby załagodzić sytuację, Dima próbował mnie przytulić, a ja wrzeszczałem i wrzeszczałem, dopóki starczyło mi sił.
***
Uśmiechnąłem się w poduszkę. Jak beztroskie to były chwile! Miałem osiem lat, Dima zawsze był przy mnie, a jego matka miała jeszcze na tyle pieniędzy, aby częstować nas konfiturami. Jakie proste i piękne wydawały mi się teraz te wspomnienia. Mogłem być szczęśliwy, ot tak. Po prostu. Szczęścia nie trzeba było okupować trudem, poświęceniem i ciągłym niepokojem odnośnie przyszłości. Cóż, nie można na zawsze pozostać ośmiolatkiem. Teraz musiałem drogo płacić za bycie przy Iwanowiczu, ale czy to coś zmieniało? To on był tym chłopcem, który lata temu niósł mnie na plecach do domu, bo stłukłem sobie kolano. Był jedynym człowiekiem, z którym nawiązałem więź tak silną, jak tylko może nawiązać dwoje ludzi. Jakoś tak impulsywnie i całkowicie sentymentalnie, zapragnąłem znaleźć się na chwilę przy nim. Wstałem z obolałym ciałem i głową.
Wdziałem na bose stopy kapcie i cichcem wyszedłem ze swojego pokoju. Jednak gdy znalazłem się przed drzwiami Iwanowicza, coś mnie powstrzymało. W jego sypialni roznosił się nieudolnie tłumiony szloch. Zmarszczyłem brwi. Wolno zbliżyłem się jeszcze bardziej do drzwi i przytknąłem do nich ucho. Tak jak mi się wydawało, nie był to płacz Dymitra. Bez wątpienia to kobieta łkała. Zaraz potem potoczyła się rozmowa.
- Ciicho już. Uspokój się. Słyszysz, Marija? Spokojnie – głos należał do Dimy. Cichy, spokojny, kojący.
- T-to nie jest… takie proste – odpowiedziała histerycznie, na wysokiej, piskliwej nucie.
- Jego już nie ma… Słyszysz?! Iwanowiczu, jego już… och – nie dokończyła i znów zaczęła szlochać. Jej słowa były tak nieskładne, że domyśliłem się, iż jest pijana. Z ciekawością przysłuchiwałem się dalej tej zadziwiającej rozmowie.
- Wiem. Nie ma go już od pięciu lat. Dlatego powinnaś…
- Nie! – przerwała mu stanowczo. – Skąd możesz wiedzieć, co czuję? Jakbyś ty to przeżył, gdybyś był na moim miejscu? Odpowiedz mi!
Rozległ się trzask, najwyraźniej na podłogę upadła jakaś szklanka czy kieliszek. Dima tylko westchnął, jednak nie był zły. Zdawało mi się raczej, że jest zrezygnowany.
- W tym świecie często się to zdarza. Wiem, że to trudne. Ale… jaka róża, taki cierń. Sama rozumiesz. No, uspokój się już. Pójdziesz spać?
Mruknęła coś nieskładnie. Nie słuchałem dalej. Nie chciałem, żeby mnie przyłapali pod drzwiami. W mojej głowie odezwały się wcześniejsze słowa Dimy. „To bardzo nieszczęśliwa kobieta”. Cóż, teraz już mogłem to sobie wyobrazić.
***
Kolejny dzień przywitał mnie bólem głowy i gardła. Miałem opuchnięte powieki i byłem okropnie niewyspany. Wszystko przewijało się wokół mnie, jakby znajdowało się za mgłą. Tylko jakąś cząstką świadomości rejestrowałem wydarzenia tego dnia. Prawdę mówiąc, nie odbyło się nic ciekawego czy zaskakującego. Poranna krzątanina, nic nie znaczące rozmowy, później przyjazd wspólników Dimy. Przed posiedzeniem uraczyłem się czwartą kawą, żeby w miarę kontaktować.
Najbardziej ze wszystkiego zaskakiwał mnie stan Koshki i Iwanowicza. Kiedy wróciłem do swojego pokoju zeszłej nocy, zauważyłem, że jest trzecia. Oboje poszli spać o tej samej porze co ja, jeśli nie jeszcze później. Tymczasem Dima był żywotny, skupiony, z matowym, nie zdradzającym zbędnych emocji obliczem. Jakże miał na to energię? Czy ten człowiek nie męczył się nigdy? Jeszcze bardziej szokująca okazała się postawa Koshki. Co prawda miała na twarzy więcej podkładu niż zeszłego dnia, ale po jej zachowaniu nigdy bym nie odgadł, że w głębi serca coś ją dręczyło. Miała swobodne ruchy, pełne wytworności i pogody ducha. To samo można rzec o jej sposobie prowadzenia konwersacji. Jeszcze przed przyjazdem reszty gości zabawiała Hansa rozmową o jakichś głupstewkach. Nigdy bym nie przypuszczał, że osoba pogrążona w tak głębokiej rozpaczy potrafi tak nienagannie udawać beztroskę i doskonały nastrój. Nie zdradziło ją ani jedno chmurne spojrzenie. Jak się okazywało, musiałem się jeszcze wiele nauczyć. W tej pracy nie można było sobie pozwolić na wyrzucanie z siebie jakichś osobistych rozterek. Należało starannie je upiąć w sobie i ścisnąć tak mocno, aby nic nie zostało przyuważone. Człowiek zdradzający słabość natychmiast zostałby oszacowany jako godny pogardy słabeusz. Możliwe, że zaraz podjęto by kroki, aby wykorzystać tę słabość przeciwko właścicielowi i zmanipulować nim wedle swoich potrzeb czy zamierzeń. Nie mogłem tylko zrozumieć, dlaczego w takim wypadku Koshka otwierała się przed Dymitrem. Doskonale zauważyłem jak podczas porannej rozmowy o jej nowej działalności, wysunął ku niej subtelną groźbę. Jakim więc sposobem zaufała mu tak bardzo, aby otwierać przed nim swoje serce…? „Nie chodzi o jakieś seksualne praktyki”, powiedział mi Dymitr. Po przemyśleniu całej sprawy, mogłem stwierdzić, że mu wierzę. Gdyby to była rzecz tego typu, z pewnością postarałby się to przede mną ukryć. Jakie jednak motywy kierowały tą kobietą, tego nie potrafiłem odgadnąć.
Jedyny pozytywny aspekt tego dnia objawił się w tym, że tak naprawdę szybko dobiegł końca. Wszyscy porozjeżdżali się do swoich siedzib, łącznie z moim tymczasowym ojcem. Razem z Dimą złożyliśmy mu podziękowanie za współpracę i jeden z ochroniarzy odwiózł go na lotnisko.
Ucieszony, że nareszcie wszystko się zakończyło, rzuciłem się na kanapę w naszym ulubionym salonie. Poluzowałem swój krawat i zacząłem rozmasowywać sobie kark.
- Nienawidzę być niewyspany – powiedziałem do Griety, która leżała na jednym z foteli.
Ku mojemu zaskoczeniu, rozległa się odpowiedź, jednak bynajmniej nie ze strony kotki.
- A coś ty robił w nocy? Myślałeś o mnie? – Dymitr wszedł do pokoju ubrany zaledwie do połowy i z ręcznikiem przerzuconym przez ramiona. Na jego twarzy widniał szelmowski uśmiech. Najwyraźniej był w dobrym nastroju.
- Nie zupełnie. Trochę sobie wspominałem.
- Czyli jednak o mnie – uznał usatysfakcjonowany i usiadł obok mnie.
- Można tak powiedzieć - przyznałem pobłażliwie.
- A co konkretnie? – dopytywał się.
Ukradkiem wpatrywałem się w jego mięśnie połyskujące pod skórą, kiedy wycierał sobie wilgotne włosy. Jego ciało było takie doskonałe. Zachwycony nabrałem ochoty, aby go dotknąć. Nie zrobiłem jednak tego, tylko odpowiedziałem na pytanie po przedłużającej się ciszy.
- Myślałem o twojej mamie. O tym, jak się razem bawiliśmy. I… jak zjeżdżaliśmy na śniegu.
Dima odrzucił ręcznik na podłokietnik i spojrzał na mnie z troską.
- Jakiś ty sentymentalny – stwierdził czule i pogłaskał mnie po policzku.
- N-nie... – zacząłem zmieszany. – Po prostu. Ten Hans, czy jak mu tam, jakoś sprawił, że zacząłem myśleć o…
- O rodzinie, tak? Tylko, że nie swojej… - wtrącił.
Drgnąłem, a Dima od razu zmiarkował, że popełnił okropną gafę. Lekko się zarumienił i zagryzł zęby.
- Przepraszam cię… Nie miałem zamiaru tak zabrzmieć – zaczął.
Pokręciłem głową i uniosłem dłoń.
- Masz przecież rację – stwierdziłem gorzko. – To wy zawsze byliście dla mnie…
Położył mi palec wskazujący na ustach i pokręcił głową.
- Przestań. Nie rań się. Może oni nie potrafili inaczej… To znaczy, Karl i Ulrike…
Westchnąłem i lekko ściągnąłem ze swojej twarzy jego dłoń.
- Nie wiem, co potrafili, a czego nie. Chyba nic nie potrafili. Albo ja byłem wyjątkowo skomplikowanym dzieckiem – chciałem już wstać, czując, że zbiera mi się na wyjątkowo rozpaczliwy atak melancholii. Zbierało mi się już od wczoraj, a nie chciałem odgrywać zbędnych, a co gorsze, histerycznych scen.
Dymitr jednak przytrzymał mnie za rękę i przytulił. Położył mi dłoń na włosach i przyciągnął jeszcze bardziej do siebie. Czułem jak to wewnętrzne rozdarcie powoli ode mnie odpływa, zastąpione czymś słodkim i bezpiecznym.
- Ja wiem, że takie rzeczy bolą – szepnął.
Przymknąłem oczy, pozwalając sobie zatopić się w jego ramionach. Jego cichy głos koił ból i wieloletni żal. Wiedziałem, że tylko na chwilę, tylko na jakiś czas, ale właśnie tego wtedy potrzebowałem.
- Ja będę dla ciebie i ojcem i matką. Będę…
Nie dokończył zdania, ale ja miałem wyjątkowo mocne wrażenie, że chciał powiedzieć „Będę dla ciebie wszystkim”. Czy zamierzał naprawdę to obiecać? Takie stwierdzenie zabrzmiałoby strasznie niepokojąco, niemal absurdalnie, a ja nie chciałem już odczuwać niepokoju. Właśnie dlatego nie zapytałem. Skinąłem tylko głową, mocniej zatapiając się w jego zapachu i fakturze jego skóry. Trzymałem dłonie na jego plecach, gładząc go lekko. W pewnym momencie lekko się ode mnie odsunął i pocałował mnie w czoło. Czy miało to być symboliczne zapewnienie tego, co właśnie obiecał? Wpatrzyłem się w jego twarz i lekko uśmiechnąłem. Zaraz potem, nie wiem już z czyjej inicjatywy, nasze usta się złączyły. Jego język penetrował mnie, wolno, zmysłowo i kojąco. Otworzyłem oczy, chcąc się temu przyjrzeć. Dima swoje wciąż miał zamknięte, całkowicie zatopiony w pieszczocie. Pocałunek był długi i stopniowo mnie rozpalał. Wpatrywałem się w jego obnażone do połowy ciało. Nagle przypomniało mi się, jak wyglądał bez spodni, co sprawiło, że stałem się zupełnie twardy. Dima jednak oderwał się ode mnie, kończąc pieszczotę.
- Masz słodkie usta – uznał z uśmiechem i przejechał palcem po moich wargach. – Jednak wracając do tematu…
- Nie wracajmy do tego – przerwałem mu. – Myślę, że… na pewne rzeczy nie da się nic poradzić.
Spojrzał na mnie uważnie, najwyraźniej zapominając o moich ustach i skupiając się na konkretach.
- Możesz przecież do nich zadzwonić… Spróbuj porozmawiać tak otwarcie, szczerze – zaproponował i odłożył ręcznik na oparcie krzesła.
- Teraz – wykrzywiłem twarz w grymasie. – Teraz… mogę ich uraczyć samymi kłamstwami.
Westchnął i znów wpatrzył się we mnie uważnie swoim kobaltowym spojrzeniem.
- Nie musisz przecież mówić o tym, jak żyjesz. Tylko o tym, co czujesz – zaproponował.
- To chyba niewykonalne – odparłem. – Nie chcę już o tym myśleć. Przynieść ci coś do picia? – zapytałem, wstając.
- Tak. Kawy.
Skinąłem głową i wyszedłem z pokoju. Pomimo tego, że ostro zaprzeczyłem jego sugestii, osiadła ona gdzieś na dnie mojego serca. A co gdyby… rzeczywiście spróbować? Nigdy przecież nie próbowałem tak zupełnie otwarcie rozmawiać z Ulrike. Bo to głównie o Ulrike chodziło. Była istotą do mnie podobną, a ja jej synem, w którym odbijało się to podobieństwo. W wielu aspektach myślała tak jak ja.
Zastanawiałam się nad tym jeszcze przez chwilę, gdy parzyłem herbatę i mieszałem kawę. Gdy wróciłem do Iwanowicza, skierował rozmowę na inny temat, według mojego życzenia.
- Dzięki – wziął ode mnie kubek z kawą i od razu się jej napił. – Nieźle dziś poszło, nie uważasz? Jestem zadowolony.
Skinąłem głową.
- Chyba każdy się na to nabrał. Twój „przybrany” ojciec wydał się bez zarzutu, tak samo jak twoje rozmowy z nim. Nie zawiało sztucznością. Cieszę się, dobrze się spisałeś.
Otworzyłem usta, jednak zaraz je zamknąłem. Postanowiłem, że nie powiem mu nic o dziwnym komentarzu Artura. Nie miałem żadnych argumentów na to, aby twierdzić, że chłopak rzeczywiście coś odkrył. Nie chciałem niepotrzebnie martwić Dimę. Wiedziałem, że i tak ma już wystraczająco dużo zmartwień związanych z Sołncewem.
- Tak – przytaknąłem. – Dobrze, że już po wszystkim. To było naprawdę wykańczające.
- Zgadzam się. Koshka wszystko skomplikowała. Ale nie mogłem jej odmówić.
Pokiwałem głową, siadając obok niego. Kątem oka wpatrywałem się w parę unoszącą się z nad mojej herbaty.
- Nie jesteś chyba nadal zazdrosny? – dopytywał się.
Wydałem z siebie mruknięcie sugerujące negację. To chyba w zupełności go usatysfakcjonowało, bo głęboko westchnął i wyciągnął sobie nogi na stole.
Roześmiałem się, widząc to.
- Oto wieś w pańskim domu! – zacząłem złośliwie.
- Oj, odwal się! – mruknął, rzucając we mnie poduszką. – Nie każdy był wychowywany w pałacu i używał swoich szacownych paluszków wyłącznie do gry na fortepianie!
Gdy tylko odłożył kubek, poduszka została celnie wymierzona w jego głowę. Uśmiechnął się łobuzersko, lecz zamiast mi oddać rzucił się na mnie i przygniótł mnie do kanapy.
- Zachciało ci się wygłupów, paniczyku?
- Że jak mnie nazwałeś?! – warknąłem w furii.
Wyszczerzył zęby. Chciałem już znów go zaatakować, ale zaczął mnie łaskotać, w rezultacie czego poduszka wylądowała na spokojnie śpiącej Griecie. Rozległo się pełne pretensji i złości miauknięcie. Grieta zeskoczyła na podłogę i patrząc na nas pogardliwie, opuściła pokój.
- No i widzisz co zrobiłeś?! Kota mi przegoniłeś. Grieto, wracaj tu!
- Dobrze ci tak – odparłem mściwie. – No już, złaź ze mnie.
Uśmiechnął się przebiegle i zawisł nade mną, opierając się na rękach. Trwało to tylko chwilę, ale ten moment wystarczył, aby podziałać na moją wyobraźnię. Z trudem złapałem oddech, widząc nagle całą masę obrazów, które podsunął mi instynkt. Zaraz potem Dymitr podniósł się ze mnie i usiadł na swoim miejscu. Rzecz jasna, wstając, subtelnie, lecz sugestywnie otarł się o moje ciało. Z niedowierzaniem zmiarkowałem, że po tym po prostu wrócił do swojej wyjściowej pozycji i zabrał się za swoją kawę. Jakim cudem był zdolny do takiej samokontroli? Jedyną odpowiedzią na to pytanie stanowiło chyba tylko to, że żądza władzy przyćmiewała u niego jakiekolwiek inne żądze.
- Coś tak ucichł, Till? – zapytał niewinnie, udając, że nie widzi jak bardzo jestem podniecony.
Oblizałem wargi i starałem się czym prędzej wymyślić jakąś wymówkę.
- Chyba po prostu zgłodniałem – odparłem głupio i wstałem.
- Skończyła ci się energia, co? – zagadnął, pobłażliwie przyjmując moje kłamstwo.
Poszedłem do kuchni, mając ochotę na chwilę zejść mu z oczu. Chciałem chociaż na parę minut uniknąć tego absorbującego, drapieżnego spojrzenia.
***
Wieczór nadszedł równie szybko jak popołudnie. Zniknąłem w swoim pokoju około dwudziestej drugiej, zarówno zmęczony jak i nadal pobudzony. Stan, do którego doprowadził mnie Dymitr nie chciał mnie opuścić. Pomimo tego, że nie wykonywał już żadnych dwuznacznych gestów, sama jego obecność działała na mnie wystarczająco magnetyzująco. Nie poszedłem spać od razu. Czytałem książkę dopóki na zegarze nie wybiła północ. W ten sposób chciałem chociaż w jakimś stopniu zniwelować swoje podniecenie. Jednak gdy tylko znalazłem się w łóżku, mimowolnie pozwoliłem pofolgować swojej wyobraźni. Widziałem go, jak rozbiera się przede mną, pozwalając mi oglądać swoją nagość. Z pewnością omiótłbym go wzrokiem, zatrzymując się na jego sterczącej męskości. Przywołałem z pamięci wygląd jego nagiego torsu, marząc o tym, że badam dłońmi każdy centymetr jego skóry. Jęknąłem, ocierając się o pościel. Byłem już zupełnie sztywny i rozpaczliwie spragniony jego dotyku. Oblizałem spierzchnięte wargi, zastanawiając się co z sobą zrobić. Powędrowałem dłonią w kierunku swojego krocza, ale zatrzymałem się w połowie drogi. Z doświadczenia wiedziałem, że ciągła masturbacja raczej mnie jeszcze bardziej rozdrażnia zamiast zaspokajać. A co gdybym tak...? Zmarszczyłem brwi. Przecież o to właśnie mu chodziło. Abym sam do niego przyszedł. Jednak czy było w tym coś złego? Wizja jego dominacji i przewagi raczej dodatkowo mnie podniecała, a nie poniżała. Wyobraziłem sobie jakby to było, gdybym stanął przy jego łóżku i powiedział „Chcę się z tobą kochać”. Sama taka sytuacja wydała mi się straszliwie… pociągająca. Byłem tak nabuzowany po całodniowym napięciu, że miesięczne opory i obawy odeszły gdzieś na bok. Nie myśląc nad tym dużej, wyszedłem ze swojej sypialni na boso i zbliżyłem się do jego drzwi. Z mocno bijącym sercem przyłożyłem ucho do drewna. Nie usłyszałem nawet najcichszego dźwięku. Czyżby spał? Ze szczeliny pod drzwiami nie wydobywało się światło, więc pewnie tak. Zagryzłem wargi i zdenerwowany lekko nacisnąłem na klamkę. Drzwi otwarły się zachęcająco. Zajrzałem do środka. Dima znajdował się w łóżku. Leżał na plecach, oddech miał spokojny i regularny. Spał. Zamknąłem za sobą drzwi najciszej jak potrafiłem. Bezgłośnie zbliżyłem się do niego. Nie obudził się, zapewne po wyczerpującym dniu miał mocny sen. I… co teraz? Czy powinienem go obudzić? To, co chciałem zaraz z nim zrobić omiotło mój umysł do tego stopnia, że nie było mowy o wycofaniu się. Pożądliwie spojrzałem na jego śpiącą postać, analizując każdy szczegół. Miał mocne ręce. Jedna z nich znajdowała się na kołdrze. Nabrałem ochoty, aby znów zawisł nade mną tak jak dzisiaj w salonie. Tylko… w nieco bardziej intymnej sytuacji. Swoimi zagraniami zupełnie pozbawił mnie skrupułów i rozsądku. Wszedłem na łóżko i usiadłem na nim. Jego ciało drgnęło mocno, najwyraźniej zdając sobie sprawę z obecności intruza. Później, w ułamku zaledwie jednej sekundy, Dima zerwał się ze snu, wyszarpał z pod poduszki rewolwer i przystawił mi go do czoła. Przerażony, szeroko otworzyłem oczy i zamarłem. Dymitr trwał tak jeszcze kilka sekund, dopóki nie odzyskał świadomości.
- Till? – mruknął sennie, z powrotem chowając broń pod poduszkę – Co ty…? – zaczął nieskładnie, ale zaraz przerwał, gdy zobaczył, że siedzę na nim okrakiem, z lekko rozszerzonymi nogami.
- Och… - mruknął, jeszcze chwilę pożerając mnie wzrokiem. Oblizał wargi i przejechał swoją dłonią po moim boku i udzie. Przymknąłem oczy, rozkoszując się tym dotykiem.
Dima podciągnął się do siedzącej pozycji. Zrzucił kołdrę na podłogę i przyciągnął mnie do siebie, abym znów na nim usiadł. Jego dłonie zaczęły błądzić po moim ciele, uważnie je badając.
- Podjąłeś bardzo mądrą decyzję – szepnął mi do ucha. – Zaraz ci to udowodnię.
Jęknąłem, gdy jego język znalazł się w moim uchu. Gorący i lepki. Wygiąłem się w spazmie rozkoszy. Iwanowicz zaczął się zmysłowo poruszać, tak, że doskonale wyczuwałem pod pośladkami jego sztywnego penisa. Jego penis. Między moimi pośladkami. Och. Zacząłem wić się na nim i patrzeć na niego pożądliwie i bezwstydnie.
- Ile w tobie jest seksu… - szepnął zachwycony.
- I tłumionych potrzeb – dodał, masując przez spodnie mojego członka.
- D-dima… Proszę – jęknąłem, czując, że zaraz oszaleję z dzikiej żądzy.
- O co prosisz? – mruknął mi do ucha, dotykając go wilgotnymi wargami.
Rozchyliłem nogi, pragnąc, aby jego rytmiczne ruchy dotarły głębiej. Rozszerzył oczy, widząc w tym zaproszenie. Oboje byliśmy tak podnieceni, że nasze zbliżenie było pełne chaosu, ognia i samozatracenia. Nie wiedziałem nawet kiedy zdarł ze mnie ubrania, obnażając mnie zupełnie. Jego ręka wolno podrażniała mojego penisa, a język błądził po mojej szyi. Poruszałem się szybko w jego mocno zaciśniętej dłoni. W jego kobaltowych oczach dostrzegałem szalejącą burzę. Prawdopodobnie wtedy prędzej by mnie zabił niż wypuścił. Ja jednak nie miałem zamiaru przerywać. Chciałem dać mu się uwieść. Pragnąłem, aby się rozebrał i mnie posiadł. Zbliżyłem się do niego bardziej, jednym, szybkim ruchem zsuwając z niego spodnie od pidżamy. Pomógł mi w tym, zdejmując je zupełnie.
- Zejdź na podłogę – szepnął.
Nie pytając o nic, zrobiłem to, o co poprosił. Uklęknąłem przed łóżkiem i czekałem. Dima usiadł na jego brzegu i bez żadnego uprzedzenia włożył swojego penisa w moje usta. Jęknąłem z przyjemności i zacząłem ssać jego męskość. Wydał z siebie pełen rozkoszy odgłos i złapawszy mnie za włosy, szybko poruszał moją głową. Jego penis wbijał się mocno w moje gardło. Chociaż nigdy wcześniej tego nie robiłem, bardzo szybko zrozumiałem jak dawać mu przyjemność. Od czasu do czasu lizałem samą główkę, sprawiając, że jego ciało szarpało się z przyjemności. Dima nie wytrzymywał jednak długo; zaraz z powrotem wpychał się w moje usta, dodatkowo poruszając biodrami. Wchodził głęboko, do samego gardła, a ja wariowałem z podniecenia, w kółko myśląc „Właśnie pieprzy mnie w usta”. Odnajdywałem w tym coś niezwykle perwersyjnego, jednak właśnie dzięki temu, tym bardziej podniecającego.
Wkrótce potem wciągnął mnie z powrotem na łóżko. Przylgnęliśmy do siebie, doskonale odczuwając każdy fragment swojego napiętego ciała. Penis Dymitra musnął moje podbrzusze, zostawiając na nim wilgotną, gorącą smugę. Jęknąłem przeciągle, gdy dotknął nim mojej męskości. Zaczął się o mnie lekko ocierać. W tej samej chwili jego język wsunął się w moje usta, a dłońmi zaczął ściskać moje pośladki. Wiłem się pod wpływem jego dotyku, stękając i napierając na jego ciało.
- No dalej… - szepnął, oderwawszy się od moich ust. – To o co prosisz?
Wciąż ugniatał moje pośladki, co chwilę dotykając mnie palcami między nimi. Wpatrzyłem się w jego oczy i bezwiednie wyrzuciłem z siebie:
- Proszę, pieprz mnie.
Wciągnął powietrze, słysząc to i jednym ruchem przygniótł mnie do łóżka. Podniecenie okazało się niemal nie do wytrzymania, gdy odczułem na sobie ciężar jego ciała. Oparłem dłonie na jego ramionach, czekając i oddychając spazmatycznie. Uśmiechnął się przebiegle i poczułem jak znów przesuwa swoim penisem między moimi pośladkami. Dokładnie czułem jego gorącego, lepkiego członka. Wygiąłem się mocniej w jego kierunku i zawyłem cicho.
- Wiesz, lubię jak mnie prosisz… - zasugerował.
Odczułem, że jego zagrywki są niesprawiedliwe i nie na miejscu. Dałem mu przecież to, czego pragnął tak długo, a on jeszcze kazał mi się prosić. Nie mogłem jednak zaprzeczyć, że mnie to nie podnieca. Miałem na to ochotę.
- Błagam… - szepnąłem mu do ucha. – Błagam, weź mnie. Wejdź we mnie. Chcę cię w środku... – powiedziałem zmysłowo, dając się wciągnąć w tę grę.
Zagryzł wargi, słysząc to i posiadł mnie jednym, zdecydowanym ruchem. Otworzył szeroko usta, gdy już znalazł się w moim wnętrzu. Początkowo szarpnął mną ostry ból. Wbiłem palce w jego ramiona, ale pozwoliłem, aby zaczął się poruszać.
- Musisz się… rozluźnić… Och, jaki jesteś ciasny… Doskonale… Till, na boga… - wyrzucił z siebie nieprzytomnie. Jego słowa tak mnie podnieciły, że niemal od razu się rozluźniłem. Moje ciało już go przyjęło, więc ból szybko zaczął odpływać. To, co poczułem potem trudno opisać jakimikolwiek słowami. Jego penis wypełniał mnie, szarpał moim ciałem w najbardziej pożądany sposób. Objąłem go mocno i przyciągnąłem do siebie. Doskonale go czułem; takiego twardego i gorącego… docierał coraz głębiej, tak, że poczułem przy swoim wejściu jego miękkie jądra. Jęczałem jak oszalały, z szeroko rozłożonymi nogami i z zezwoleniem na branie mnie w jakikolwiek sposób. W pewnej chwili odchylił się do tyłu i wchodził we mnie z klęczącej pozycji. Rękami przyciągał mnie do siebie, tak, że bez trudu pieprzył mnie szybkimi, mocnymi pchnięciami. Jęczałem głośno, zdając się na jego fantazję i zachcianki. Z fascynacją wpatrywałem się w jego nagie ciało i na grę jego mięśni przy każdym ruchu. W jego wilgotnego członka, który znikał w moim wnętrzu.
- Dima… Jesteś taki… dobry… - wyrzuciłem z siebie zachrypniętym głosem.
Uśmiechnął się z satysfakcją i zrobił coś, co jeszcze bardziej mnie przekonało o jego umiejętnościach. Zmienił odrobinę pozycję, tak, że miał mnie posiąść pod nieco innym kątem. Uniósł też moją nogę i wszedł ponownie. Rozszerzyłem mocno oczy, czując jak głęboko we mnie był i że zaczął uderzać w jakiś wyjątkowo wrażliwy punkt. Miałem wrażenie, że przestałem istnieć. Rozpłynąłem się w czasoprzestrzeni i zmieniłem w jedną, wszechogarniającą przyjemność i jęk. Dima po jakimś czasie zaczął stymulować mojego członka. Krzyk. Zacząłem krzyczeć, wić się i mówić... coś… jakieś słowa. Orgazm wypełnił każdy nerw w moim ciele, szarpiąc mną i sprawiając, że z mojego penisa wystrzeliły strugi gorącej, lepkiej spermy. W pewnej chwili Dymitr zjednał się ze mną w tym obezwładniającym krzyku. Poczułem, że doszedł we mnie, co jeszcze wzmogło mój orgazm. Musiało minąć parę chwil, zanim odzyskałem zdolność myślenia. Dima leżał na mnie, zmęczony, z ciężkim, przerywanym oddechem, z włosami przyklejonymi do czoła. Zauważywszy, że na niego patrzę, obdarzył mnie krótkim, czułym pocałunkiem.
- To było… - zacząłem, oplatając dłońmi jego szyję.
- Jak nigdy dotąd, co? – odparł z uśmiechem.
Kiwnąłem głową, nie mogąc w to uwierzyć. Wyszedł ze mnie i ułożył się obok. Zaraz potem znów się poderwał i wciągnął na łóżko kołdrę.
- To przez więź… która nas łączy… praktycznie całe życie – stwierdził wykończony i przykrył nas obu.
Potem pocałował mnie w czoło i wtulił się w moje wilgotne, pachnące seksem ciało. Objąłem go i uznając, że zapewne ma rację, zamknąłem oczy.