12. Ojciec
Dzień ten nadszedł zupełnie niespodziewanie. Prawdę powiedziawszy, spadł na mnie jak grom z jasnego nieba. Dima nie wspomniał mi o nim ani słowa, najwyraźniej zbyt pogrążony w stertach papierów, snuciu intryg i adorowaniu mnie.
Kiedy bordowe porsche z piskiem zaparkowało przed naszym domem, wzdrygnąłem się ze zdziwienia. Traf chciał, że akurat wyglądałem przez okno, zapatrzony w ogród i w swoje myśli. Kto przyjechał…? W jakim celu? Już po chwili uzyskałem odpowiedź na to pytanie. Szybkim i zgrabnym ruchem z samochodu wysunęła się Koshka. Zaraz za nią pojawił się ktoś drugi. Ogarniała mnie coraz większa ciekawość. Czy była umówiona z Dymitrem czy przyjechała bez zapowiedzi? Przez chwilę przyglądałem się jak powoli zbliża się do wejściowych drzwi. Następnie opuściłem swój pokój i zapukałem do Dimy.
- Tak, Till? – zapytał, nie patrząc na mnie. Stał przed otwartą szafą z ubraniami, najwyraźniej szukając marynarki na dziś.
- Koshka przyjechała. Wiesz w jakim celu?
Przeniósł na mnie wzrok i wysoko uniósł brwi.
- Doprawdy…?
Zanim jednak odpowiedział cokolwiek, odezwał się jego telefon. Odebrał i wysłuchał rozmówcy.
- Tak, wpuśćcie ją – odparł.
Domyślałem się, że to jeden z ochroniarzy musiał zadzwonić. Z całkowitą pewnością takie zachowanie było okropnie niegrzeczne, ale niezbędne. To pozwoliło mi zrozumieć, że Dima nie spodziewał się Mariji.
- Często przyjeżdża bez zapowiedzi? – zapytałem.
- To zależne od sytuacji. Tej kobiecie wydaje się, że cały świat będzie się dopasowywać do niej. Ale to nie jest w tym wszystkim najgorsze.
- A co? – podchwyciłem, kierując się wraz z nim do drzwi.
- To, że generalnie ma rację.
***
Koshka podniosła do ust kieliszek z winem i poczęstowała się jednym z kruchych ciasteczek. Nie uznała za niezbędne mówić jaki jest cel jej wizyty, a przynajmniej nie od razu. Dima nie pytał, zapewne uważając to za zbyt nietaktowne.
- Bardzo pyszne, Dymitrze. Twoje kucharki je piekły?
- Tak przypuszczam – odparł z nieokreślonym ruchem dłoni. Sprawy w kuchni nigdy nie przykuwały jego uwagi.
- Smaczne, prawda, Arturze? – zwróciła się do młodego chłopaczka, którego widziałem z okna.
Artur kiwnął głową. Od kiedy tu wszedł nie wypowiedział nawet słowa. Miał wielkie, błękitne oczy, jeszcze jaśniejsze od moich. Rozglądał się nimi w około z dziwnie żywotnym, a jednocześnie beznamiętnym wyrazem twarzy. Nie do końca pojmowałem jego funkcję, ale nie była to jedyna rzecz tego dnia, której nie zrozumiałem.
Dima lekko i bezdźwięcznie postukiwał palcem o stół. Najwyraźniej się niecierpliwił, a może nudził. Koshka jadła ciastka, ani trochę nie krępując się atmosferą. Nie zawracała sobie głowy milczeniem Dimy. Zwróciła się do mnie.
- Jak tam twoje postępy, Till? Słyszałam, że trenujesz już w V12.
Uśmiechnąłem się lekko.
- Nie mnie o to pytać.
Skierowała swoje zielone, kocie ślepia na Dimę. Nadała im pytający wyraz i czekała.
- Postępy są zadowalające – odrzekł sucho.
Bolało mnie to, że przy innych nie chwalił mnie i nie okazywał mi chociażby cienia sympatii. Cóż jednak można było na to poradzić? Zgodziłem się na tę maskaradę i nie mieliśmy innego wyboru jak prowadzić ją dalej.
Roześmiała się dźwięcznie.
- Skoro nasz wielki mistrz tak mówi! To nie banał usłyszeć od ciebie coś takiego.
- Bywam wymagający. – odparł.
- Nie jesteś dziś sobą, Iwanowiczu. Dużo pracy?
- Tak, wyjątkowo… - przytaknął, z resztą zgodnie z prawdą. Przetarł sobie dłonią twarz i nalał trochę alkoholu do kieliszka.
- A cóż z jutrzejszym spotkaniem?
Spojrzał na nią bez zrozumienia. Ja zrobiłem to samo. Przez chwilę przyglądała się nam bezmyślnie, nic nie mówiąc. W końcu Iwanowicz przerwał ciszę.
- Jakie spotkanie? – zapytał z nutką przerażenia.
- Przecież jutro przyjeżdża ojciec Tilla, czyż nie? Mówiłeś, że dziesiątego. Jutro jest dziesiąty.
Kobaltowe oczy Dymitra powiększyły się raptownie. Rozchylił usta, najwyraźniej totalnie zszokowany.
- Jak to?! – wyrzuciłem z siebie spontanicznie.
Koshka spojrzała na mnie rozbawiona.
- Till, i ty też? Co z wami, doprawdy? Przez ostatnie pięć lat zapomniałeś może o jednym spotkaniu, Iwanowiczu… A ty, Till? Ładnie tak o własnym ojcu nie pamiętać?
Przełknąłem to faux pas, nie mówiąc nic przez chwilę. Cóż… Dima wspominał jakiś miesiąc temu, że ma w planach zaaranżować spotkanie z moim podstawionym ojcem. Potem jednak temat się urwał i nie wróciliśmy do niego. A tu nagle… no nie. Maskując swój szok czarującym uśmiechem obnażającym zęby, odezwałem się:
- Jakoś tak… Ojciec nie odzywał się do mnie przez ostatnie dwa tygodnie. Również ma dużo pracy… Dlatego zupełnie wypadło mi z głowy – popukałem się lekko w czaszkę, dodając sobie tym wrażenia niewinności i szczeniackiej jeszcze beztroski.
Dima spojrzał na mnie neutralnie, ale wiedziałem, że za tą obojętnością czai się pochwała, że rozegrałem to tak umiejętnie.
- Co do pracy… To samo mogę powiedzieć o sobie – usprawiedliwił się Dymitr. – Och, jutro. Całe szczęście, że mi przypomniałaś… Z całym szacunkiem, Marijo… Ale skoro spotkanie jest jutro… co sprowadza cię tu dzisiaj?
Uśmiechnęła się swawolnie. Jedna jej ręka wylądowała na głowie Artura. Pogłaskała go leniwie, jak salonowego kota. W ułożeniu jej dłoni, a także w jej ruchu było coś niesamowicie władczego. Starałem się nie przypatrywać temu, chociaż okropnie dziwacznie i groteskowo to wyglądało.
- Czekałam, aż zadasz mi to pytanie, Iwanowiczu.
- Czemu sama nie raczyłaś się wypowiedzieć?
- Dystyngowane kobiety nie proszą, tylko czekają na dary – odparła.
- Zatem słucham.
- Potrzebny mi czek na dwadzieścia tysięcy dolarów.
- Dolary, powiadasz? Czyżbyś się stawała kosmopolitką?
Nie dało się nie usłyszeć w jego tonie cienia ironii i subtelnej groźby.
- Kosmopolitką – powtórzyła i uśmiechnęła się pod nosem. Oczy miała spuszczone, utkwione w pustym kieliszku. Przechylała nim z lewa na prawo, obserwując błyski światła na krysztale. – Mój dom jest dla mnie za wielki, a co dopiero… cały świat.
Jej twarz nabrała smutnego wyrazu. Dima nie odpowiedział. Zdało mi się, że zrobił to naumyślnie, najwyraźniej wiedząc o czymś, o czym ja nie miałem pojęcia.
- Chciałabym zainwestować. Potrzebuję pieniędzy. Nie będę wchodzić ci w drogę, o to możesz być spokojny.
Tym razem na jego twarzy zagościł lekki uśmiech.
- O to się nie boję. Jesteś przecież mądrą kobietą.
Zmrużyła oczy. Nie prosiła, nie ponaglała. Czekała, ale nie tak jak się czeka na jałmużnę. Miała na twarzy taki wyraz, jakby to Dymitr robił jej łaskę, albo chociaż składał hojny podarunek, tak jak to określiła.
- Według życzenia. Dostanę dwadzieścia pięć procent zysku z tego, co zarobisz na tych kosmopolitycznych przedsięwzięciach. Oprócz tego chcę mieć wgląd w twoje działania.
- Domyśliłam się takiego warunku. Przyjmuję – podała mu swoją smukłą dłoń. Uścisnął ją lekko, lecz stanowczo.
- Wgląd w moje działania… Uwielbiasz kontrolę, Iwanowiczu.
- To samo mogę powiedzieć o tobie, Madame.
Patrzyli na siebie wojowniczo, oboje o podobnym spojrzeniu. Już wtedy wiedziałem, że są gigantami i na ich polu niewielu jest im równych. Piękni, dumni, bogaci. Silni, przebiegli i zręczni.
Koshka wstała od stołu. Artur zaraz zrobił to samo.
- Zostanę tu do jutra, Iwanowiczu.
Ta informacja zaskoczyła go o wiele bardziej niż jej wcześniejsze słowa.
- U mnie zdarzył się mały wypadek. Moja służba zajmuje się remontem, a mnie niesłychanie irytują te hałasy. Właśnie dlatego przyjechałam. Ostatecznie czek do jutra mógłby poczekać.
- Ach tak? – zapytał przeciągle. – To czemu na moje pytanie, w jakim celu to jesteś, zaczęłaś o pieniądzach?
Oddaliła się od krzesła. W powietrzu rozległ się stukot jej wysokich, smukłych obcasów. W połowie drogi lekko odwróciła tułów do współrozmówcy.
- Powiedziałam ci tylko to, co spodziewałeś się usłyszeć.
***
Zapach herbacianych róż roznosił się po pomieszczeniu. Miałem wrażenie, że wypełniał nie tylko pokój, ale także mój umysł. Pomimo trudnej sytuacji, nie opuszczała mnie pogoda ducha, co zdarzało się niezwykle rzadko.
- Dima… Jak mogłeś zapomnieć o czymś takim? – pytałem po raz kolejny. – Teraz sprawa się komplikuje.
- Nie traktuj mnie protekcjonalnie – odparł ostro.
- Ty często tak mnie traktujesz – zauważyłem.
- Ja mam do tego prawo.
Zamarłem na te słowa. Dima faktycznie był jakiś nieswój od kilku dni, tak jak zauważyła Marija. Niezwykle mnie zabolała ta uwaga, ale nic nie powiedziałem. Nie chciałem zacząć być pretensjonalny. Ostatecznie każdemu może się czasem zdarzyć powiedzieć coś przykrego…
- Poradzisz sobie – pokrzepił mnie.
- Nigdy w życiu nie widziałem tego człowieka, a teraz, od kiedy tylko spoczną na nim moje oczy, mam się zachowywać jakbym go znał całe życie… - zacząłem bez entuzjazmu.
- Sytuacja się skomplikowała. W planach miałem, abyście poświęcili sobie kilka godzin po południu. Spotkanie zostało zaplanowane na wieczór. Nie przypuszczałem, że Koshka zechce się tu wprowadzić… Nic nie zrobimy. Nie mogę jej odmówić, wypadłoby to nienaturalnie. Musisz sobie poradzić przy niej.
Jego słowa niewiele mnie pocieszyły. Podszedłem do małego, okrągłego stolika. Ująłem w palce jeden z płatków róż. Był przyjemnie aksamitny i świeży.
- Nienaturalnie… - powtórzyłem. – Dlaczego nie mogłeś jej odmówić? Jak często melduje ci, że ma zamiar tu pomieszkać? – rzuciłem ironicznie.
Byłem przekonany, że lada chwila usłyszę coś w rodzaju „No, nigdy” albo „Masz rację”. Dima jednak nie użył żadnej z tych dwóch opcji.
- Raz na kilka miesięcy zostaje tu na parę dni – odparł swobodnie.
Moja dłoń zawisła nad kwiatem. Krew ode mnie odpłynęła, ale nie spojrzałem na niego.
- I co wtedy robicie? – zapytałem, próbując stłumić obawę w głosie.
- Przyjeżdża w prywatnych celach. Nie zajmujemy się wtedy interesami. Nie bardzo mogę o tym mówić.
Popatrzyłem na niego urażony i najzupełniej zraniony. Jak mógł nie powiedzieć mi o czymś takim…?
Dima natychmiast podchwycił moje spojrzenie i zaczął czym prędzej się tłumaczyć.
- Och, Till! O czym ty sobie pomyślałeś?
- Ja… o niczym – mruknąłem pozornie twardo, ale sam usłyszałem, że głos mi zadrżał.
- Nie miałem na myśli żadnych seksualnych praktyk – sprostował. – Nigdy jej nie dotknąłem, to nie rzecz tego typu.
- A jakiego? – zapytałem, niedowierzając.
Westchnął i podźwignął się z kanapy do siedzącej pozycji.
- Nie chcę zdradzać szczegółów. Byłaby zła.
- Skoro to jakiś sekret… - burknąłem. Miałem nadzieję, że najbardziej nieprzyjemnie jak tylko było mnie na to stać.
- Przestań już. Ona mnie nie podnieca, nigdy z nią nie spałem. Z resztą, myślisz, że przyjechałaby tu na seks razem z tą swoją wielkooką maskotką? No, chodź tu już.
Wyciągnął do mnie rękę, a ja zbliżyłem się, nabierając nieco więcej pewności. Pociągnął mnie na siebie i usiadłem na nim. Wplótł dłonie w moje włosy i przyciągnął mnie do siebie.
- To bardzo nieszczęśliwa kobieta – powiedział. – Nie masz nawet pojęcia jak bardzo.
Zmarszczyłem brwi. Ona nieszczęśliwa? Jak to możliwe? Przecież zawsze była taka beztroska, figlarna i roześmiana. Nie zrozumiałem tego, ale nie pytałem więcej. Wtuliłem się w jego miękką koszulę. Była jasna, podobnie jak wszystko w tym pokoju. Przymknąłem oczy. Jutro czekała mnie trudna, pełna słownych akrobacji rozmowa z człowiekiem, który miał odegrać mojego ojca. Lecz jeszcze dzisiaj… nie trzeba było o tym myśleć.
***
Mężczyzna, który miał się nazywać Hans Lohengrin, zbliżał się do pięćdziesiątki. Był pulchnym, niskim człowiekiem, który mimo to nie zatracił w najmniejszym stopniu ostrości rys twarzy i spojrzenia. Chociaż powierzchowność miał iście pluszową, coś intensywnego i mocnego czaiło się w kącikach jego ust i głębi ciemnych, mętnych oczu. Krótko i silnie uścisnął mi dłoń, po czym przyciągnął mnie do siebie i poklepał po plecach, prawdziwie poczciwym, ojcowskim gestem. Rzecz jasna każdy z nas dostał dokładne instrukcje od Dymitra. Każdy ruch, spojrzenie i gest był dokładnie zaplanowany. Chociaż człowieka nie ucieszyła nagła zmiana planów spowodowana przez obecność Koshki, zgodził się bez zgrzytów. Prawdopodobnie ogromna ilość pieniędzy, jaką miał otrzymać za tę akcję, stłumiła w nim jakiekolwiek protesty.
- Witaj, synu – odparł i uśmiechnął się ciepło.
Miałem ochotę roześmiać się na całe gardło, dostrzegając jak komiczna była ta sytuacja. Jednak jego „witaj, synu” skierowane do człowieka, którego widział pierwszy raz w życiu zawisło w powietrzu zaledwie na kilka sekund. Moje rozbawienie znalazło ujście tylko w równie ciepłym, rodzinnym uśmiechu.
- Dawno się nie widzieliśmy, ojcze. Wszystko w porządku? – zapytałem, wciąż studiując jego fizjognomię.
- O tym za chwilę. Jakie to uchybienie z mojej strony, że nie przywitałem się najpierw z damą – zwrócił swoje spojrzenie na Koshkę. Ta uśmiechnęła się lekko.
Ujął w rękę jej drobną, zgrabną dłoń i musnął ją ustami.
- Hans Lohengrin – przedstawił się.
Koshka zadrżała. Lekko otworzyła usta, najwyraźniej czymś bardzo zaskoczona jak i zmieszana. Zaintrygowało mnie to. O co chodziło…? Opanowała się jednak w chwilę i na jej twarzy znów pojawił się szeroki uśmiech.
- Marija Pietrowna Kuzniecow. Miło mi pana poznać.
- Mi również – odparł i skłonił się lekko.
Na koniec przywitał się z Iwanowiczem i wspólnie skierowaliśmy się do jednego z salonów.
Obiad został podany prawie natychmiast. Zasiedliśmy do stołu. Byłem napięty i skupiony, nadal kalkulując o czym i w jaki sposób mam mówić. Oczywiście nie dostałem sztywnego, jasno skreślonego scenariusza; Dima dał mi tylko jasne wskazówki, jak grać, a ja miałem się do tego elastycznie dopasować.
Siedziałem naprzeciwko mojego „ojca”, co także zostało wcześniej ustalone. Tuż obok mnie miał swoje miejsce Dima. Ująłem w dłonie sztućce, jednocześnie nasłuchując odgrywanego dialogu. Pierwsze pytanie zostało wymierzone we mnie.
- Till, jak ci się tu podoba? W naszych rozmowach zawsze bywasz taki lakoniczny.
Przełknąłem kawałek wieprzowiny i uśmiechnąłem się odrobinę cynicznie.
- Może to dlatego, że tego mnie tu uczą.
Wszyscy roześmiali się na głos. Nie jednak zwierzęco, bezpośrednio i zupełnie szczerze jak to zazwyczaj miało miejsce w piwiarniach czy innych przybytkach tego rodzaju. Był to śmiech wyważony, opanowany, szczery w pewnym stopniu.
- Miał zostać żołnierzem, więc nim jest, Hans – wtrącił się Dymitr. – Ale to dopiero początek.
- Brzmi interesująco. Nie chciałbym jednak być niecierpliwy i od razu pytać o postępy. Więc jak, Till? Odpowiesz mi na moje pytanie? – zapytał, biorąc łyk wina.
Spojrzenie miał teraz ciepłe i naturalne. Co za zaskakująca sprawa! Jak wspaniałego aktora Dymitr tu sprowadził! Grałem z nim na równym poziomie i muszę przyznać, że bardzo mi się to podobało.
- Cóż – zacząłem z uśmiechem i przeniosłem wzrok na Dimę. – Muszę przyznać, że pan Iwanowicz jest doskonałym mentorem. Myślę, że nie mógłbyś wybrać dla mnie kogoś lepszego.
Dima lekko rozchylił wargi, zaskoczony i nie przygotowany na to bezpośrednie pochlebstwo. Trwało to tylko przez chwilę. Zaraz potem jego twarz rozpromieniła się z satysfakcji i przyjemności.
- Stwierdzenie Tilla wskazuje albo na daleko posunięty masochizm albo na zażartą ambicję… – zaczęła żartobliwie Koshka. - Znając metody Iwanowicza, nie mogę twierdzić inaczej.
- Nawet pani nie wie jak miło mi słyszeć coś takiego! – odparł Hans, odrobinę za głośno. – Cieszę się niezmiernie, że oddałem syna w dobre ręce.
Postukał palcami o blat stołu, jakby zastanawiając się nad czymś. Dopiero teraz zauważyłem na jago palcu sygnet. Jego dłonie były stworzone do sygnetów; mocne i mięsiste, o grubych palcach. Gruba ryba, jak to się mówi. Zacząłem się zastanawiać co by było, gdyby ten człowiek naprawdę był moim ojcem. Gdyby był Karlem Lohengrinem. Jak wtedy potoczyłoby się moje życie…? Czy trafiłbym w to samo lub podobne miejsce? Jakim byłbym człowiekiem? Czy Hans, czy jakkolwiek nazywał się naprawdę ten człowiek, wybiłby mi z głowy literaturę i marzycielskość? Szczerze wątpiłem. Mój ojciec nie był człowiek słabym. Również miał głowę do interesów. Przez jego palce przechodziły nie małe kwoty pieniędzy i nigdy mu się zdarzyło nad tym nie zapanować. W gruncie rzeczy, po namyśle, Karl nie różnił się wiele od Hansa. Zresztą, co mogłem tak naprawdę powiedzieć o człowieku, z którym odgrywałem teatr?
Po pewnym, raczej dłuższym czasie rozmowa zeszła na interesy. Hans przedstawiał swoje plany, ogólnikowo, zdawkowo, tak jak zwykle mówi się o przekrętach do ludzi, którzy w owe przekręty nie są zamieszani. Dima zachowywał się podobnie, ja tylko od czasu do czasu wychodziłem z jakimiś komentarzami. Na temat moich treningów, z uwagami na temat giełdy, o kursie dolara i innych, nic mnie nie obchodzących bzdurach. Ważne było to, że w owej tematyce się orientowałem i że w przyszłości mogłem być dla Dymitra naprawdę pomocny. Uczenie się o rzeczach, które były dla mnie boleśnie nudne stanowiło na początku straszną torturę. Jednak mimo to uparcie siedziałem nad notatkami, a Dima powtarzał i tłumaczył wszystko tak długo, aż tego naprawdę nie zrozumiałem. Właśnie dlatego teraz nawet nie musiałem specjalnie się skupiać na rozmowie, aby wtrącić coś trafnego. Prawdę mówiąc, moje myśli zaczęły odpływać od obecnej sytuacji do rodzinnego domu. Przez odgrywanie tego domowego przedstawienia, boleśnie, pierwszy raz od kilku miesięcy, przypomniałem sobie o matce i ojcu. Co robiła Ulrike? Czy wciąż cierpiała na tej wieloletniej już emigracji? Impulsywnie odczułem potrzebę dowiedzenia się tego, jak i jeszcze wielu innych rzeczy. Przez moment nawet uwierzyłem, że mogę to zrobić.
***
Hans postanowił, że nie chce nadużywać gościnności Iwanowicza i że przenocuje w hotelu. Stwierdzenie to oczywiście spotkało się z silnym protestem Dimy i licznymi naciskami, że jak najbardziej może zostać tutaj i czuć się jak u siebie. W końcu współpracuje się im tak świetnie i doskonale rozumieją swoje, biznesowe, potrzeby. Hans jednak zaparł się w sobie, tłumacząc, że naprawdę bardzo dziękuje, ale gości jest tu już wystarczająco dużo (w którejś chwili przemknął przed nami Artur), a przemieszczenie się do centrum nie sprawi mu najmniejszego problemu. Oprócz tego zawsze był ciekawy moskiewskich hoteli i jest zadowolony, że ma w końcu okazję z jednego z nich skorzystać. Nie muszę chyba dodawać, że już wcześniej zostało ustalone, że Hans ma się wybrać do hotelu. Dima uważał, że jest to wyjście bezpieczniejsze, ponieważ ograniczy moje i Hansa interakcje, co z kolei zmniejszy prawdopodobieństwo popełnienia błędu czy strzelenia jakiejś gafy przy Koshce. Zagranie było zagmatwane i polegało na mówieniu czegoś dokładnie przeciwnego, niż się zamierzało. Koshka przyglądała się wymienianiu tych uprzejmości z neutralnym, nieco zamyślonym wyrazem twarzy. Nic dziwnego. Nie interesowało ją zapewne gdzie ten mój ojciec w końcu będzie spać.
Ja natomiast czułem się tym wszystkim silnie zniesmaczony. Obserwowanie jak dwóch dorosłych mężczyzn zgrywa przed sobą, za przeproszeniem, idiotów, doprowadzało mnie już do mdłości. Tak samo jak na początku ta zabawa wydała się przepyszna, tak teraz zupełnie mi obmierzła. Tym bardziej, że czasem spojrzenie Koshki zdawało mi się silnie niepokojące, zupełnie takie jakby myślała to samo co ja.
Wkrótce nastąpiły pożegnania, uściski i grzecznościowe formułki. Gdy Hans Lohengrin wyszedł z rezydencji, atmosfera stała się o wiele luźniejsza i prawie domowa. Wszyscy się porozchodziliśmy, każde za swoją sprawą. Ja udałem się do łazienki. Przepłukałem sobie twarz zimną wodą. Czułem się całkowicie wypompowany tym niemalże całodniowym napięciem i myślami, które wędrowały do przeszłości, do rodziny, do moich korzeni. Od dawna już nie czułem takiego niepokoju, który kołatał się gdzieś na dnie żołądka. Uniosłem głowę i wpatrzyłem się w swoje odbicie w lustrze. Czy ja wciąż byłem tym Tillem, który wszedł do tego domu po raz pierwszy…? Wpatrzyłem się w swoje błękitne, zmęczone w tej chwili oczy. Czy one patrzyły w ten sam sposób, gdy mieszkałem jeszcze w Hamburgu? Wydawało mi się, że nie. Przeżyłem tutaj już tak wiele, że zdawało mi się, iż minęło już wiele lat od czasu gdy się tu pojawiłem. Treningi z Jegorem, V12, moje pierwsze zbliżenie z Dimą… Jak po tym wszystkim mogłem na siebie spojrzeć nie bez zdziwienia? Doznawałem psychodelicznego wrażenia, że za chwilę ta postać w lustrze się do mnie uśmiechnie, choć ja wcale tego nie zrobię. Nie ulega wątpliwości, że odkryłem w sobie bardzo wiele nowych rzeczy, o których nie miałem pojęcia. Wkrótce miałem odkryć znacznie więcej, ale o tym w swoim czasie.
Wyszedłem z ubikacji i poszedłem do salonu, w którym przez tyle czasu siedzieliśmy. Nie spodziewałem się tam teraz kogokolwiek zastać. Miałem po prostu ochotę na drinka, a wiedziałem, że alkohol został na stole. Zdziwiłem się więc, kiedy trafiłem tam na Artura. Chłopaczek wbił we mnie swoje ogromne oczy, jednak bez zbytniego zainteresowania. Siedział przy stole nad szachownicą. Jako, że znajdowaliśmy się tam sami, poczułem się zobowiązany do niego odezwać.
- Rozgrywasz partię z Koshką? – zapytałem, siadając przy stole.
- Panna Marija poszła się wykąpać.
Doznałem dziwnego wrażenia, pierwszy raz słysząc jego głos. Dlaczego? Znajdował się tu od co najmniej dwunastu godzin, a było to pierwsze zdanie, które z siebie wydobył. Barwa jego głosu była dziwna – zupełnie miękka, jeszcze nie męska. Pomimo tego jakaś przerażająco poważna i zimna. Zamrugałem, przypatrując się mu przez chwilę. Nie odrywając od niego wzroku, odkręciłem butelkę z trunkiem.
Widocznie pojmując, że nie rozumiem jego odpowiedzi, dodał:
- Gram sam.
- Sam? – zdziwiłem się.
Skinął głową. Z każdą chwilą czułem się bardziej skrępowany w jego towarzystwie. Rozsiewał wokół siebie jakąś przerażającą aurą. Trudno mi to przyznać, byłem przecież dużo od niego starszy. Jakiś tam dzieciak nie powinien wprawiać mnie w zakłopotanie.
Upiłem łyk alkoholu i przyglądałem się jak przesuwa pionki na szachownicy. Co go łączyło z Koshką? Czy oni…? Dziwnie mi było sobie to wyobrazić. Przecież Marija mogłaby być jego matką. Jeśli więc nie… co tu robił? Byłem ciekaw jak diabli, ale nie ośmieliłem się zapytać.
- Kto wygra, skoro grasz sam? – podjąłem znowu.
Uśmiechnął się lekko, co wypadło dziwacznie na jego zawsze pozbawionej emocji twarzy.
- Tu nie chodzi o wygraną.
- Więc o co? – dopytywałem się, coraz bardziej wciągając się w tę rozmowę.
- O strategię.
- Nie rozumiem… Po co strategia, skoro nie prowadzi do wygranej?
- Zaczynasz myśleć jak twój mentor – zauważył, opierając swoje drobne palce na skoczku. Poruszał nim lekko, tak, że skoczek przechylał się raz na lewo, a raz na prawo.
Wytknął mi to tak płynnie, a ja… musiałem w duchu przyznać, że ma rację. Nie zauważyłem nawet kiedy Dima zaczął wywierać na mnie wpływ.
- Pokażę ci – odparł i zaczął ustawiać figury do nowej partii. Domyślałem się, że chce ze mną zagrać. Skoro już podważyłem logikę jego działań, nie mogłem odmówić.
Graliśmy w skupieniu. Artur od czasu do czasu wbijał we mnie swoje poważne, nieruchome oczy. Od jego obecności i spojrzenia przechodziły mnie nieprzyjemne dreszcze. Nie rozumiałem dlaczego. Partia nie trwała długo. Przegrałem z kretesem, niemalże od razu. Uśmiechnąłem się gorzko.
- Chyba muszę ci przyznać rację… Przygotowanie strategii ma duże znaczenie – przyznałem.
Łokcie oparł na blacie, a palce skrzyżował.
- Tu nie do końca chodzi o to… - odparł.
- A o co…? Nalać ci? – zapytałem, przygotowując sobie drugiego drinka.
- Nie jestem pełnoletni.
Starałem się nie uśmiechnąć. Doskonale. Na alkohol nie jesteś pełnoletni, a na wpieprzanie się w sam środek mafijnych rozgrywek jak najbardziej. Stłumiłem jednak złośliwość na rzecz ciekawości.
- Ile masz lat?
- Piętnaście.
No nieźle. Nie spodziewałem się, że jest aż tak młody. Czemu jednak wziąłem go za starszego? Na pewno nie przez jego delikatne rysy i budowę. To raczej przez… jego sposób bycia.
- Wracając do twojego pytania… Robię po prostu to, co ty – stwierdził z lekko ironicznym uśmiechem.
Zmarszczyłem brwi, nie rozumiejąc. Do czego on zmierzał…? Zahaczyłem wzrok na złotych guzikach w jego koszuli.
- O czym mówisz? – wydobyłem w końcu z siebie.
- Nauczyłem się tak oszukiwać, aby nikt nie zauważył.
Zdanie było wymierzone tak niespodziewanie i precyzyjnie, że momentalnie zbladłem. Nie wiedziałem dlaczego, ale przed tym chłopcem nie potrafiłem figlarnie się uśmiechnąć i przekonująco zaprzeczyć. Zamiast tego roześmiałem się skrzecząco i całkiem nienaturalnie.
- Ależ o czym ty mówisz? Przecież ja nie oszukiwałem…
Wiedziałem, że brzmi to głupio i histerycznie, ale straciłem fason i nie potrafiłem nic na to poradzić. Artur uśmiechnął się jakoś tak pobłażliwie.
- Ach tak. Widocznie mi się wydawało – odparł, jednak nie kryjąc, że kłamie, a zdając sobie sprawę, że to kłamstwo zauważę.
Co miałem zrobić? Ten ponury dzieciak znał mój sposób gry, zupełnie jakby patrzył mi przez ramię w karty. Czy wiedział, dlaczego tak naprawdę tu byłem? Co dało mu możliwość podejrzeń? Czy Koshka też wiedziała? Jednym haustem dokończyłem drinka.
- Pójdę już. Jestem zmęczony.
Skinął głową, dając znać, że rozumie. Wyszedłem z pokoju z chaosem w głowie, mając nadzieję, że na nikogo nie trafię. Szczęście mi dopisało. Znalazłem się w łazience i wziąłem zimny prysznic. Chłodna woda spływała po moim ciele, a ja analizowałem każdy szczegół mojej rozmowy z Arturem. Po namyśle doszedłem do wniosku, że niepotrzebnie spanikowałem. Jaki miałem bowiem argument, na to, że Artur znał prawdę? Przecież jego stwierdzenie wcale nie musiało się odnosić do tego, co mi się zdawało… Jednak jeśli nie chodziło o mnie i Dimę… to o co? O czym ten ponury dzieciak, do jasnej cholery, mógł pomyśleć?
Hej:)
OdpowiedzUsuńCiesze się, że dodałaś kolejny rozdział:)
A więc poznaliśmy mafijnego ojca Tilla:D Jakby nie patrzeć spotkanie wypadło naturalnie.. Chociaż podejrzewam, ze Tiil poczuł się trochę dziwnie.. No wiesz.. W końcu takich kontaktów nie posiadał ze swoim prawdziwym ojcem, a teraz musiał grac.. Zapewne pomógł mu jego aktorski talent:D
Uwielbiam sceny kiedy Dima i Till są sam na sam.. Achh..
"Wyciągnął do mnie rękę, a ja zbliżyłem się, nabierając nieco więcej pewności. Pociągnął mnie na siebie i usiadłem na nim. Wplótł dłonie w moje włosy i przyciągnął mnie do siebie."
Aż uśmiech sam mi się pojawia na twarzy;)
Poza tym Till był zazdrosny! Łaa.. I to o kogo? O kobietę?! Ja to na jego miejscu była zazdrosna o niebieskooką maskotkę:D
Tak ogólnie to zastanawia mnie, kim jest ten cały Artur..No ale to pewnie się kiedyś wyjaśni;)
Till zaczyna zauważać zmiany, jakie w nim zaszły.. Zaczyna być integralną częścią świata, do którego sam zapragną się dostać..
Co tu dużo mówić.. Rozdział cudowny:) Z niecierpliwością czekam na kolejny;)
Pozdrawiam;**
Sihai
Dziękuję, dziękuję ;) Cóż, był zazdrosny o kobietę, bo miał do tego powód. Stwierdzenie Dimy zabrzmiało niezwykle jednoznacznie... ;>
OdpowiedzUsuńKim jest Artur w przyszłości się wyjaśni. A co o nim myślisz, jak wrażenia?
Oh jakoś tak krótko :D Ale jak zwykle rozdział bardzo zacny :)
OdpowiedzUsuńA już miałam cichą nadzieje, że w końcu panowie przejdą z pocałunków do czegoś większego ;D
Kompletnie wypadło mi z głowy, że ojciec Tilla ma wpaść. Nieźle zakręciłaś czytelnikami, że tego nie zauważyli.
Koshka jest intrygująca i tajemnicza. Jej mam nadzieje, że nie narobi bałaganu a tym bardziej, że stoi za jakimś spiskiem przeciwko Dimie T_T A Arthur mnie przeraża ale w takim znaczeniu, że ma nieczyste intencje. No aż się czuję, że ta dwójka może namieszać w życiu Tilla i Dimy.
pozdrawiam!
Kohaku
Hm.. Ciężko mi jakoś jednoznacznie stwierdzić.. Postać Artura wywoła we mnie skrajne emocje.. Ma 15 lat i choć jego wygląd jest niewinny, wydaje mi się jakby przeżył z co najmniej 60.. Jest cichy i skryty.. Wydaje mi się, że doskonale wie, kiedy i na co może sobie pozwolić i przede wszystkim w czyim towarzystwie.. Sądzę, że jest świetnym obserwatorem i choć niewiele mówi, wydaje się wiedzieć dużo.. W ogólnym znaczeniu..
OdpowiedzUsuńZastanawia mnie, dlaczego taki jest? Co miało na niego wpływ? Jakie rzeczy musiały mieć miejsce w jego przeszłości, że stał się kim się stał..
A może od zawsze był wychowywany na osobe zimną i bezuczuciową? Może tak naprawdę jest chodzącą maszynką do zabijania?
Szczerze mówiąc, chyba wywołuje we mnie negatywne emocje.. Wygląda mi na wyrachowaną osobę, która uderzy w odpowiednim momencie.. Ośmielę się stwierdzić, że Marija nie podejmuje decyzji bez uprzedniej konsultacji z Arturem.. A przynajmniej takie odnoszę wrażenie..
Takie mam mniej więcej wyobrażenie;P Pewnie mylne, albo pochopne.. Ale nic nie poradze;)
Sihai
Dziękuję za wyczerpującą wypowiedź ;> Mam nadzieję, że uda mi się skonstruować Artura tak, aby nie był do bólu szablonową, przewidywalną postacią. A z takimi małymi, mrocznymi chłopczykami bywa trudno odejść od schematu. Nie wiem jeszcze czy dostanie jakąś znaczną rolę, to się okaże :)
OdpowiedzUsuńBtw, czyta to ktoś jeszcze? Komentarzy coraz mniej... :( Chlip.
Oczywiście, że ktoś to jeszcze czyta :D Dużo osób czyta. Ale czytelnicy mają to do siebie, że z reguły nie chce im się komentować lub (tak jak ja) zupełnie o tym zapominają >.<
OdpowiedzUsuńNo to niech Ci nieśmiali zdobędą się chociaż na jakieś "obecny!" czy coś w tym stylu ;P Jak coraz mniej komentarzy, to ja mam wrażenie, że tekst coraz nudniejszy...
OdpowiedzUsuńJa już wystawiłam wyczerpujący komentarz na yaoi fan ;)
OdpowiedzUsuńAle, że kocham to opowiadanie mogę wspominać bez przerwy. <333
To wiedz, że nawet jak nic nie piszę to tu jestem i wiernie czytam, i z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy :D I nie, nie jest coraz nudniejszy - przeciwnie :) Dla mnie najnudniejsze są te "blogaskowe romanse", gdzie główni bohaterowie lawirują między jednym kochankiem a drugim trzecim piątym i dziesiątym do tego stopnia, że już nie pamiętam z kim byli na początku.
OdpowiedzUsuńPoza tym nie liczy się ilość, liczy się jakość czytelników! :p Nie chcę nikomu ubliżać, ale zauważyłam, że najwięcej komentarzy i fanów mają te teksty, gdzie już na początku seks się wylewa z monitora strumieniami (aczkolwiek jeśli chodzi o fabułę czy stylistykę z reguły mocno one kuleją). Mam wrażenie, że ze względu na swój niemały już wiek nie rozumiem dzisiejszej młodzieży, tudzież dzisiejszych czytelników takich tekstów. Ale cóż, moje podejście do literatury jest nieco inne niż typowych nastoletnich yaoistek - meh chcieć fabuły z romansem, nie romansu bez fabuły! Dlatego bardzo kocham Twój tekst i pozostanę mu wierna do końca świata i o jeden dzień dłużej! :D
Jestem pewna, że dużo więcej osób czyta - mniej za to komentuje. Podobnie jak Emizuki, dłuższy komentarz pozwoliłam sobie zamieścić na yaoifanie.
OdpowiedzUsuńOd siebie jeszcze tylko na koniec: kupiłaś mnie tym opowiadaniem. ;)