Info


Wcześniejsze rozdziały opowiadania znajdują się na stronie
http://www.yaoi.pl (teksty -> opowiadania -> "Siódmy Krąg" by Wilczyca)

Jeśli ktoś wyraża chęć, mogę informować na bieżąco o pojawianiu się nowych rozdziałów poprzez e-maila. Oto mój mail: dita-fm@wp.pl Możecie też kierować na niego wszelkie pytania, sugestie, ponaglenia, whatever.

piątek, 9 marca 2012

Rozdział piętnasty



15. Mobilizacja


Niespodzianka! Tym razem udało mi się dokończyć rozdział wyjątkowo szybko i jest to całkiem opasły rozdział ;) W związku z tą niespodzianką mam jedną prośbę! Proszę wszystkich, ale to wszystkich, czytelników o komentarze! Jeśli są tacy, co czytają, a się z tym ukrywają, ich także. Tak w drodze wyjątku przy tym, dość ważnym dla mnie rozdziale. Nie bójcie się, ja naprawdę nie oceniam niczyjego poziomu IQ po tym, co zawrze w komentarzu ;>

Druga sprawa. Jeśli lubicie mój tekst, miło by mi było, gdybyście wkleili linka w swoich ulubionych na blogu/stronie/whatever. Wiem, że kilka osób już tak zrobiło i mam wrażenie, że właśnie stamtąd zawędrowali do mnie nowi czytelnicy. Tak więc, nie dajcie się prosić ;)

Pozdrawiam Was i liczę na opinie, z resztą jak zawsze.





„Come touch me like I am ordinary man
Have a look in my eyes
Underneath my skin there is a violence
Its got a gun in its hands
Ready to make sense of
Anyone, anything “ *


Droga powrotna mijała nam jak koszmar senny. Dymitr sprawiał wrażenie nieustannie strapionego i nieprzytomnego. Prawie się nie odzywał. Czasem udawało mu się wyrwać z tego na moment; jak osobie, która ma koszmary i budzi się na chwilę, żeby nieprzytomnie spojrzeć na świat i znów zasnąć.

Nie powiedział mi wiele na temat tego, co usłyszał przez telefon, jednak informacje były na tyle wstrząsające, że wcale nie musiał. Wasyl odnalazł kryjówkę Sołncewa, ale został ciężko ranny i obecnie leżał w rezydencji Iwanowicza. Jednak to nie to tak poruszyło Dymitrem. Ludzie z Sołncewa spodziewali się intruza, co wyraźnie wskazywało, że w jego szeregach znajdował się zdrajca.

Kiedy wsiedliśmy już do samolotu, Dima niedbale zajął swoje miejsce. W jego pozie było coś rozpaczliwego. Siedział zgarbiony, jedną ręką trzymał się za skroń. Wiedziałem, że przy swoich doradcach nigdy by nie usiadł w taki sposób, jednak w tamtej chwili nie pocieszało mnie to za nadto. Być może wolałbym nawet, aby nie ukazywał przede mną słabości. Jego słabość budziła mój strach. Poddawała bowiem w wątpliwość słuszność moich własnych decyzji. Jak mogłem być pewien, że wybrałem słusznie, idąc za Iwanowiczem, skoro on sam zagubił się na swojej drodze...? Zaraz jednak tłumaczyłem sobie, że jest to chwilowa niepewność i że Dima z pewnością już zaraz zdecyduje, co należy robić.

W pewnym sensie miałem rację; nie minęło wiele czasu zanim zagubienie malujące się na jego twarzy zastąpiła czysta furia. Zacisnął zęby i wysyczał:

- Jak mogłem być taki głupi... Chyba postradałem rozum.

Nie mówił tego do mnie, wyrzucał raczej swoje słowa w próżnię. Zabolała mnie ta uwaga; wiedziałem, że miał na myśli cały ten wyjazd i lekkomyślność z jaką wyjechał z Moskwy. Nagle nasze wspólne chwile straciły swoje pierwotne znaczenie, bo wydarzyło się coś, co owe znaczenie przyćmiło. Zdawałem sobie sprawę, że jest to dziecinna złość na to, że w słoneczny dzień zaczął padać deszcz i szczyt egocentryzmu, ale nie próbowałem nawet z tym walczyć.

- Już słyszę, co mówią żołnierze. Iwanowicza nie ma, kiedy jego najlepsi ludzie niemal zostają zabijani. Nie ma go, kiedy rozstrzygają się sprawy kluczowe. Gdzie, do kurwy nędzy, jest Iwanowicz? - tym razem zwrócił się do mnie, szukając rady, a może zrozumienia.

Niepewnie położyłem mu dłoń na ramieniu.

- Spokojnie. Nikt nie wie, jaka jest prawda.

- Ale ja wiem. To wystarczy. Jak mogłem być taki ślepy? Taki lekkomyślny?

Zacisnąłem usta, słysząc to. Te kilka dni naprawdę wiele dla mnie znaczyło i nie było to przyjemne, gdy wyrażał się w taki sposób. Musiał zauważyć moje rozczarowanie, bo gdy tylko odwróciłem twarz, zwrócił się do mnie pojednawczym tonem:

- Nie odbieraj tego źle - spróbował nadać swojemu głosowi łagodną barwę, jednak w obecnej sytuacji niezgrabnie mu to wychodziło. Nie był w nastroju na tkliwości i nie mógł tego ukryć. - Gdybym mógł, to spędziłbym tam z tobą resztę życia. Ale nie urządza się zabaw podczas bitwy. Próbowałeś mi to tłumaczyć. Ale wolałem zaryzykować.

Widziałem, że miał ochotę mnie dotknąć, ale nie mógł tego zrobić w obecności innych pasażerów. Pokiwałem tylko głową, wciąż z gorzkim wyrazem twarzy. Byłem zły, w taki sposób, jak zły może być rozpieszczony i niedojrzały człowiek; nie mogłem się pogodzić z wydarzeniami, które w sposób brutalny i niespodziewany przerwały moje własne szczęście.



***



Iwanowicz niemal biegiem znalazł się przy drzwiach i otworzył je z takim rozmachem, jakby chciał je znieść z powierzchni ziemi. Bał się, że Wasyl może umrzeć zanim zdąży z nim porozmawiać.

Powaga sytuacji dotarła do mnie dopiero wtedy, gdy znalazłem się przy łóżku Wasii. Jego zwykle rumiana twarz miała kredowy odcień. Ten silny i krzepki mężczyzna leżał teraz zawinięty w prześcieradła niczym małe, nieporadne dziecko. Oddychał z wyraźnym trudem, ale był przytomny. Jego oczy lśniły dziko, jak w gorączce. Otaczała go medyczna aparatura, podawano mu kroplówkę, a w powietrzu unosił się zapach charakterystyczny dla szpitali. Byłem wstrząśnięty. Nigdy w swoim życiu nie widziałem ludzi umierających ani ciężko rannych.

Wasyl zamrugał, jakby nie był pewny kogo widzi. Zaraz jednak odezwał się charczącym głosem:

- Lekarz powiedział... że kula trafiła mnie... dwa centymetry od kręgosłupa. Skurwiele... - uśmiechnął się szeroko i paskudnie, rozradowany, że znów udało mu się przechytrzyć śmierć. Chciał chyba nawet się zaśmiać, ale zamiast tego zakaszlał mocno.

- Gdzie oni są? - Dima natychmiast przeszedł do rzeczy. W chwili obecnej nie obchodził go ani stan Wasyla ani cokolwiek, co tamten miał do powiedzenia na temat nie związany ze sprawą.

- Sprytni są... Dranie...

Na naglące spojrzenie Dimy, w końcu udzielił tak pożądanych informacji.

- Obrzeża Moskwy. Jednak droga nie jest prosta... Przechodziłem podziemnymi kanałami - drżącymi dłońmi sięgnął pod poduszkę i wyciągnął stamtąd pognieciony i brudny zwitek papieru. Bez słowa podał go Dimie. Ten otworzył go i zlustrował wzrokiem. Kątem oka dostrzegłem, że jest to mapa.

- Wiedzieli, że przyjdę. To nie mógł... być przypadek.

Dima skinął głową i schował mapę.

- Kogo podejrzewasz? Z kim ostatnio rozmawiałeś na ten temat? - kontynuował niestrudzenie.

Wasylowi mówienie sprawiało wyraźną trudność, ale nie przerwał rozmowy. Na chwilę spojrzał na mnie, jakby obawiał się mówić w moim towarzystwie.

- To musi być ktoś z rady... Tylko oni wiedzieli... kiedy wyruszam na poszukiwania.

- Wygląda na to, że w moim gnieździe zalęgły się żmije - westchnął. - Dlaczego mnie to nie dziwi?

Nikt mu nie odpowiedział na to, najwyraźniej retoryczne, pytanie. Wasyl uśmiechnął się do mnie, jakby chciał zapewnić, że nic mu nie jest. Czy zdenerwowanie odbijało się na mojej twarzy na tyle wyraźnie, że zdecydował się na taki gest? Odwzajemniłem uśmiech, ale nie miałem okazji nic powiedzieć, bo głos znów zabrał Dymitr.

- Dojdź do siebie, a ja zajmę się sprawą.

- Chyba nie myślisz, że będę tu spokojnie leżeć, podczas gdy ty rozgromisz te gady z moją mapą w ręku? - wypowiedział to na jednym oddechu, zawadiackim, lekkim tonem. Zaraz po zadaniu pytania skrzywił się boleśnie, co najwyraźniej go zirytowało.

Dima oblizał wargi i spojrzał na niego porozumiewawczo.

- Nie mówiłem o wytępieniu tych gadów. Najpierw zajmę się tymi, które są na miejscu.



***

Nigdy przedtem nie widziałem w rezydencji takiego ruchu. Hordy lekarzy niemal potykały się o równie dziś liczną ochronę. Jeden z nich zapewnił nas, że stan Wasyla, pomimo licznych obrażeń, jest stabilny. Powinien dojść do siebie, jeśli tylko nie przytrafi mu się nic „niespodziewanego“. Właśnie w obawie przed tym czymś niespodziewanym to szpital przyszedł do Wasyla, a nie Wasyl do szpitala. Dima wyjaśnił mi, że pomimo posiadania mapy, Wasia będzie niezastąpionym przewodnikiem. Kreski i kropki na papierze nigdy by nie odzwierciedliły tego, co znajduje się w głowie tego jednego człowieka. Sołncewo zdawało sobie z tego sprawę i właśnie dlatego zabito by go za wszelką cenę, gdyby tylko nadarzyła się taka okazja.

Resztę dnia spędziłem, właściwie nie robiąc nic konstruktywnego. Czułem się zagubiony; lekarze i żołnierze kręcący się po posiadłości jawili mi się jako intruzi, którzy zakłócali mój domowy spokój. Wtedy jeszcze nie rozumiałem jednej rzeczy; rezydencja Iwanowicza nie była domem, tylko twierdzą. Miała nie dopuścić do nas zagrożenia, a nie zapewniać spokój.

Tak, czy inaczej, byłem nie mało wytrącony po błogich kilku dniach, które spędziliśmy w Maksimovschina. Czułem się obcy i rozglądałem się po wszystkim, jakbym był to po raz pierwszy. Dlaczego wszystko jawiło mi się teraz w taki chłodny sposób?

Dima gdzieś zniknął na cały dzień, więc bez celu włóczyłem się z pokoju do pokoju. Nikt nie zwracał na mnie specjalnej uwagi, ani ja nie zwracałem uwagi na nikogo. Nie znałem tych ludzi; każdy zdawał mi się podobny do siebie. Pierwszy raz chyba spędziłem tyle czasu na oglądaniu poszczególnych pomieszczeń. Wchodziłem bez pukania, przyzwyczajony do tego, że pokoje nie były zamieszkałe. Nawet Dima rzadko z nich korzystał. Wielkie więc było moje zdziwienie, gdy przekroczyłem próg jednego z salonów i dostrzegłem jakieś poruszenie w głębi pokoju. Momentalnie skierowałem tam wzrok i... moich oczom ukazał się Artur. Siedział na fotelu, z nogami przełożonymi przez jeden podłokietnik i opierając się o drugi.

- Bu - odparł z ironicznym uśmiechem, widząc moje zmieszanie.

- Artur... Co ty tu robisz? - zapytałem, zdziwiony.

- To chyba ja powinienem zadać to pytanie, skoro wszedłeś do mojego tymczasowego pokoju.

Uniosłem brwi, tym razem nie dając wprowadzić się w zmieszanie.

- Jak każdy pies trzymam się blisko nogi mojego właściciela. Tak samo jak ty.

Chociaż wydawałoby się, że przemawia przez niego czysta kpina, w jego oczach nie było ani krzty wesołości.

- Co to za absurdalna uwaga? Nie jestem niczyim psem. Ty chyba też nie?

Przymknął oczy i upewniając się, że uważnie na niego patrzę, kilka razy zaszczekał. Byłem na tyle zszokowany, że nie potrafiłem wydać z siebie słowa. W końcu to znowu on odezwał się pierwszy.

- Tak ci się wydaje. Na razie - leniwie zwlókł się z fotela i idąc w stronę drzwi, na chwilę zatrzymał się przy mnie.

- Wielcy ludzie nie sprowadzają sobie kogoś, nad kim nie mają władzy. Uwierz mi, że ich ego jest na tyle wielkie, że czasem dziwi ich fakt, iż sam ich wzrok czy pstryknięcie palcami nie zamienia innych w kamień.

Zadarł do góry jeden kącik ust i patrzył mi prosto w oczy; miałem wrażenie, że spoglądał przeze mnie na wylot, wychwytując każdą kłębiącą się w mojej głowie myśl. Odwrócił się w stronę wyjścia, ale złapałem go za nadgarstek.

- Stój. Skąd wiesz...? - wypaliłem. Słowa ugrzęzły mi w gardle, ale wypowiedziałem to takim tonem, że z pewnością zrozumiał, o co pytam. Postanowiłem zagrać bezpośrednio. Nie wierzyłem, że może mnie to zgubić. Byłem przekonany, że wiedział o wszystkim. Od czasu, gdy dokonał pierwszej sugestywnej uwagi do tej chwili nic się nie zmieniło.

Znajdował się bardzo blisko mnie. Doznałem absurdalnego wrażenia, że wygląda jak porcelanowa lalka. Jego mleczna skóra i szklane, błękitne oczy zupełnie nie pasowały do takiej osobowości.

- Nie bój się - powiedział. - Nikt się o tym nie dowie. Masz moje słowo.

- Czego chcesz w zamian?

Uśmiechnął się bardzo szeroko, co zaobserwowałem u niego po raz pierwszy. Był to jednak równie ponury uśmiech jak wcześniej.

- Nie jesteś aż tak naiwny na jakiego wyglądasz.

Zacisnąłem zęby na tę kpiącą uwagę, ale nie powiedziałem ani słowa. Nie chciałem go prowokować.

- Teraz nie chcę niczego. Ale nadejdzie taki dzień, kiedy przypomnę ci o sobie. Do tego czasu... możesz być spokojny.

- Skąd mam mieć pewność, że mogę ci wierzyć? - od razu wyraziłem swoją wątpliwość. Artur bynajmniej nie był osobą budzącą zaufanie.

- Skąd...? - powtórzył i mocniej rozwarł oczy. Dostrzegałem odbicie swojej twarzy w jego źrenicach. - Bo nie mam żadnego powodu, aby cię niszczyć. Oprócz tego... Szkoda mi cię.

Rozchyliłem lekko usta, doznając wrażenia, że się przesłyszałem. Artur jednak po chwili kontynuował, rozwiewając moje wahanie.

- Władcy, królowie, cesarze... Zawsze sprowadzali do swoich pałaców jakieś egzotyczne zwierzęta. Nie słyszałem jednak nigdy, żeby jakiś okaz dobrowolnie oddał się w niewolę.

Zadrżałem na te słowa. Dlaczego nie potrafiłem zachować przy nim twarzy? Dlaczego jego spojrzenie odbierało mi całą pewność siebie...?

- Naucz się panować nad mimiką. Inaczej nie tylko ja rozgryzę cię bez trudu, tylko każdy.

Nie odpowiedziałem na tę gorzką, zawstydzającą radę, tylko kontynuowałem jego myśl.

- Mylisz się. To tak nie wygląda - próbowałem się bronić. Nie wiedziałem, co jeszcze mógłbym powiedzieć, ale mój wyraz twarz prawdopodobnie oddał wszystko, co w tamtej chwili czułem.

- Więc powiedz mu, że chcesz odejść. Nie dojdziesz nawet do końca korytarza.

Pokręciłem głową na te słowa. Nie chciałem tego słuchać, nie mogłem tego do siebie przyjąć.

- Zamilcz już.

- Prawda to bolesna rzecz. Kiedy jednak dojdzie do ciebie w całej swej okazałości, zaboli cię dużo bardziej.

Huczało mi w głowię i czułem, że moje serce zaczęło bić szybciej, coraz szybciej, panicznie...

- Dlaczego mi to mówisz? - zapytałem.

- Już ci powiedziałem... Szkoda mi cię. Myślę, że ta rozmowa dobiegła już końca. Możesz już puścić moją rękę.

Poczułem, że cały płonę ze wstydu i upokorzenia, kiedy zauważyłem, że wciąż ściskam jego nadgarstek. Uwolniłem go, nie mogąc nawet spojrzeć mu w oczy. Gdy doszedł do drzwi, dobiegł do mnie jego głos:

- Nie bój się mnie. Nie musimy być wrogami.

Klik. Drzwi się zamknęły, a ja pozostałem sam z moimi nerwowymi myślami i zszarganą godnością.



***



Do wieczora zajmowałem się różnymi, prozaicznymi rzeczami, aby odgonić od siebie niechciane myśli. Jednak trucizna, którą wlał do mojego serca Artur, zalęgła się tam na dobre. Po stokroć próbowałem sobie wmówić, że każde jego słowo było misterne jak pajęczyna i zapewne miało ściśle określony cel. Jednak krótkie i dobitne „Nie doszedłbyś nawet do końca korytarza“ wciąż dźwięczało mi w głowie i odbijało się tępym echem. Wiedziałem, że miał rację.

Powiedział mi prawdę, nie mogłem tego zanegować w żaden sposób i chyba to najbardziej mnie bolało. Myślami powróciłem do dnia, kiedy zdecydowałem się na tę niewolę. Zamknąłem oczy i przypomniałem sobie pełne powagi, głębokie spojrzenie Dymitra. „Jakbyś potem nie prosił, nie płakał i nie błagał mnie, żebym puścił cię do domu… nie będę mógł." - mówił - „Pod żadnym pozorem już z tego nie wyjdziesz.“ Mroźny dzień w Hamburgu, kiedy postanowiłem sprzedać swoją wolność w zamian za jego bliskość. Czy jednak do tej pory myślałem o tym w taki sposób? Każdy dzień u jego boku był bardziej jak błogosławieństwo, niż przekleństwo. Nie mogłem wrócić do domu. Tylko... ja wcale nie chciałem tam wracać. Mój dom... był teraz tutaj, w Moskwie, czyż nie? Dom, który dzieliłem z Dimą.

Ponure myśli i długa podróż, którą wcześniej odbyłem, dały mi się we znaki i położyłem się do łóżka stosunkowo wcześnie. Wtulony w miękkie poduszki zdołałem się rozluźnić i zapaść w sen. Był to sen bez snów; głęboki, mocny, relaksujący. Zapewne trwałby do rana, gdyby nie odgłosy, które rozbudziły mnie z rozkosznego letargu. Zanim odzyskałem świadomość, właściwie nie potrafiłem ich zidentyfikować. W końcu otworzyłem oczy i moim oczom ukazał się Dima, który najwyraźniej dopiero co wrócił do rezydencji i nie miał zamiaru zachowywać ciszy. Zmarszczyłem brwi i zaspanym, zachrypłym głosem, zaprotestowałem:

- Dima... Dlaczego jesteś tak głośno...?

W pierwszej chwili doznałem wrażenia, że nie usłyszał. Stał na przeciwko mnie, nie poruszając się wcale. W pokoju było ciemno i nie widziałem jego twarzy. Pomyślałem, że to dziwne, ale byłem zbyt otumaniony, żeby uczynić jakiś elokwentny komentarz.

Dymitr nie odezwał się, tylko wolnym ruchem zdjął z siebie krawat i zrzucił go na podłogę. Zdało mi się, że w tym geście było coś nerwowego, a nawet naglącego. Nie pomyliłem się. Wspiął się na łóżko i uprzednio odkrywszy kołdrę, położył się na mnie. Jego ręce zacisnęły się na moich biodrach. Pachniał papierosowym dymem, prochem i obłędem.

- Dima...? Znalazłeś zdrajcę? - zapytałem niepewnym tonem.

- Ciiii... - szepnął i położył mi palec na ustach. - Wokół zdrajcy... już zacieśnia się krąg. Nie myśl teraz o tym - polecił mi, wkładając jedną dłoń pod moją koszulę. Dotykał mnie mocno, pewnie, zachłannie. Odczuwałem gorąco, które biło z jego ciała. Nachylił się nade mną i polizał mój policzek.

- Teraz...? - zapytałem sceptycznie. W powietrzu unosiło się coś dziwnego, obcego, choć nie potrafiłem należycie tego zdefiniować. Ta atmosfera budowała ostre, ponure napięcie, zostawiała metaliczny posmak na końcu języka. Była odpowiedzialna za moje wahanie.

- Muszę...- szepnął naglącym tonem i położył dłoń na moim kroczu. Ścisnął mnie zachęcająco, na co moje ciało natychmiast zareagowało, wbrew wcześniejszym wątpliwościom. Wygiąłem się w stronę jego dłoni, co przyjął z szerokim uśmiechem.

Masował mojego penisa, dopóki nie stałem się zupełnie twardy. W między czasie całował mnie zachłannie, wpychając mi język głęboko w usta i nie pozwalając mi odetchnąć. Z trudem łapałem powietrze, ale nie zwalniał tempa. Sprawnym ruchem ściągnął ze mnie spodnie. Jego dłonie powędrowały na moje pośladki, ściskając je mocno i rozchylając. Czekałem na jego dalsze działania, oczekująco, z mocno rozchylonymi nogami. I tak, wiedziałem, że rozładowuje na mnie swoje napięcie, ale nie mogłem już nic na to poradzić. Jego dotyk, żarliwe spojrzenie i stercząca, ocierająca się o mnie erekcja, skutecznie odebrały mi mowę i pozbawiły mnie jakiejkolwiek możliwości sprzeciwu. Jęknąłem zachęcająco, kiedy palcami rozpychał moje wejście, a ja potrafiłem już myśleć tylko o tym, że zaraz mnie weźmie i poczuję go w środku. To był dziki, szybki seks i stanowił dla mnie coś zupełnie nowego. Bez czułości czy powolnych pieszczot, tylko mocno, gwałtownie, jak najprędzej. Podobało mi się. Kiedy wpychał się we mnie coraz głębiej, trzymałem jego twarz tuż nad sobą, tak, że przez cały czas patrzył mi w oczy. Przyjmując jego mocne pchnięcia, obserwowałem burzę, jaka się w nich rozgrywała. Widziałem rozkosz, a właściwie preludium orgazmu, widziałem pożądanie, desperację i szaleństwo.

Łączyłem się z nim w tej szamotaninie, wpasowując się w jego rytm i dając mu jeszcze większą rozkosz. Przymknął powieki i rozchylił usta, pogrążony w ekstazie, oczekujący na nadejście szczytu. Wkrótce doszedł; z krzykiem i grymasem na jego zlanej potem twarzy. Jego ciało zadrżało spazmatycznie i wolno oblizał wargi, choć chyba nie był tego świadomy.

Kiedy jego usta zamknęły się wokół mojego członka, cały świat i wszystkie jego prawa przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Nagle Artur wraz ze swoimi słowami stał się małą, nic nie znaczącą figurką, dryfującą gdzieś na linii horyzontu. Był tylko ten moment, ta promieniująca na całe ciało przyjemność i nic innego mnie nie obchodziło.



***



Pomimo tego, że dni stawały się coraz dłuższe i cieplejsze, wszystko nabrało szarawych kolorów. Koshka wraz z Arturem wyjechali dzień po naszym powrocie. Treningi w jednostce stały się dużo trudniejsze i bardziej wyczerpujące, zapewne za sprawą decyzji Dymitra. Wiedziałem jednak, że nie jest tak tylko w moim oddziale. Wszyscy nowi dostawali w kość, aby przygotować ich do prawdziwych i trudnych akcji.

Byłem w dobrej formie, mniej więcej na tym samym poziomie co Nina i Arsen. Kiedy wspominam tamten okres, mam przed oczami tę ciężką harówkę i właściwie nic więcej. Trenowaliśmy bez ustanku. Często nawet po treningach umawialiśmy się w trójkę i walczyliśmy. Kiedy byłem sam ćwiczyłem strzelanie do celu. Ludzie stali się poważniejsi, bardziej agresywni i nerwowi. Każdy zdawał sobie sprawę, że już niedługo doświadczymy „akcji“, której tak pragnęła Nina. Pomimo wcześniejszego entuzjazmu, nawet ona zachowywała się teraz jak zwierzę zagonione w kozi róg i oczekujące na cios. Kiedy jednak ten cios miał nadejść - o tym nikt nie miał pojęcia. Wiedziałem, że niedługo, więc pragnąłem przygotować się jak najlepiej. Zdawałem sobie sprawę, że tylko tak uniknę śmierci.

Gdy wracałem wieczorem do domu, zasiadałem przy kuchennym stole i spożywałem późny posiłek. Dima często pojawiał się wtedy w kuchni i wpatrywał się we mnie z milczeniem. Byłem brudny, posiniaczony i z trudem utrzymywałem sztućce. Jego spojrzenie miało w sobie coś ponurego, jak i zdecydowanego. Czasem myślałem sobie, że tak właśnie patrzy matka na pisklęta, które lada moment musi wypchnąć z gniazda.

Był piątek i byliśmy umówieni z Niną na wspólny trening. Arsen uprzedził nas, że nie przyjdzie, wymawiając się, że ma jakieś sprawy do załatwienia. Padał deszcz, ale nie przyszło mi nawet do głowy, aby zapytać Ninę czy trening jest aktualny. Z pewnością wyśmiałaby mnie, wytykając, że boję się deszczu. Nie znałem w swoim życiu wielu kobiet takich jak Nina. Była silna, zaborcza, z szaleńczym uporem budowała sobie swoją pozycję i za nic nie dawała się z niej wypchnąć. Miała ciągłą potrzebę udowadniania, że jest coś warta i że nie ma zamiaru za nic przepraszać. Nie stanowiło to nic dziwnego; jako jedna z niewielu kobiet w męskim oddziale na początku była całkowicie lekceważona. Wszystko co osiągnęła, zdobyła własnym wysiłkiem i uporem.

Taka sama była podczas walki.

Na początku przez chwilę stała przede mną, przeszywając mnie wzrokiem. Wytrzymałem jej spojrzenie, odwdzięczając się podobnym. Odwrócenie wzroku już świadczyłoby o przegranej. Przez te wszystkie miesiące niemal codziennie słyszałem, że źródło siły tkwi w psychice, nie w mięśniach.

Walka zaczęła się od jej szybkiego uderzenia, które bez trudu sparowałem. Kopnąłem ją w udo, ale ona również zablokowała. Co działo się potem, trudno zrelacjonować. Atakowaliśmy się bez przerwy; nie było chwili na odpoczynek, ani miejsca na jakiekolwiek reguły. W pewnym momencie Nina wyciągnęła nóż i zaatakowała mnie. Byłem zszokowany, ale zawahałem się tylko przez ułamek sekundy. Nie na tyle długo, aby pozwolić jej się zranić. Wykonałem unik, zaraz potem następny, ciągle cofając się w tył. Szybkim kopnięciem spróbowałem wytrącić jej nóż z dłoni, ale zasłoniła się ramieniem. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Zupełnie już mokre od deszczu kosmyki przylepiły się jej do policzków. Mięśnie jej twarzy były napięte, oczy czujne i pełne ognia. Zaatakowała znowu, błyskając mi nożem tuż przed oczami. Podstawiłem jej nogę, czego najwyraźniej się nie spodziewała, bo z hukiem runęła na ziemię. Nie przepuściłem tej okazji. Rzuciłem się na nią, próbując wyrwać jej nóż. Przez chwilę mocowaliśmy się ze sobą, zapalczywie, wkładając w to całą siłę. Udało mi się wyrwać jej broń i odrzucić ją poza pole jej zasięgu. Niefortunnie nieco rozciąłem sobie przy tym rękę. Nina przyłożyła mi z pięści w twarz i można o tym ciosie powiedzieć wszystko, oprócz tego, że było to kobiece uderzenie. Zamroczyło mnie, a zanim zorientowałem się, co się dzieje, uderzyłem już plecami o podłoże, wyczułem na sobie jej ciężar i kolejne mocne uderzenia. W końcu odzyskałem zdolność działania i stosując znane mi chwyty, zrzuciłem ją z siebie. Deszcz nasilał się, całkowicie przemaczając nasze ubrania. Nikt z nas jednak tego nie zauważył; istniała tylko ta walka i pragnienie zwycięstwa.

Przestałem myśleć; byłem skupiony wyłącznie na gradzie kopnięć i uderzeń, które wymienialiśmy, zdawałoby się, przez całą wieczność. W płucach mnie rwało, całe ciało miałem obolałe od razów, które otrzymałem. Nie mogłem jednak przestać; tu chodziło o honor, o udowodnienie swojej siły. Gdybym dobrowolnie się wycofał, nigdy nie przestałaby patrzeć na mnie jak na tchórza, jak na gorszą formę bytu. Potyczka była trudna, ale była to nasza świadoma decyzja. Stawialiśmy na symulację prawdziwej walki, takiej, która prędzej czy później na pewno nas spotka. Bez sportowych reguł, bez kompromisów. Nina walczyła jak oszalała, ale bardzo dobrze ją rozumiałem. Bała się prawdziwego starcia; miała pewność, że ja nie rozoram jej oka jej własnym nożem, ale prawdziwy przeciwnik... mógł to zrobić bez najmniejszego zawahania.

Nagle na placu rozległ się jej przeraźliwy krzyk. Wykręciłem jej rękę, jak się okazało, stanowczo za mocno. Puściłem ją, jednak nie przestawałem być czujny. Nie miałem pewności czy nie jest to jakaś zagrywka, aby zaatakować mnie z zaskoczenia. Kiedy jednak Nina osunęła się na ziemię z twarzą wykrzywioną bólem, nie miałem już wątpliwości.

- Nina...? - zwróciłem się do niej.

- Kurwa... - warknęła, przecedzając słowa przez zęby. - Znowu. Wygrałeś.

Otworzyła usta, przejęta bólem.

- Co się stało? - zaniepokoiłem się.

- Chyba wybiłeś mi bark.

Kobiece ciało jest takie delikatne, pomyślałem. Za nic jednak nie odważyłbym się powiedzieć tego na głos. Byłaby w stanie znokautować mnie nawet z jedną sprawną ręką.

- Odprowadzić cię do domu? - zaproponowałem.

Uśmiechnęła się do mnie krzywo.

- To nie miejsce na odwalanie grzeczności i zgrywanie gentlemana. Poradzę sobie - zapewniła, wstając z ziemi.

Bardzo ją bolało, bez trudu to zauważałem. Już otworzyłem usta, ale uprzedziła moje słowa.

- Tylko nie przepraszaj! - odparła, kiwając wskazującym palcem, jakby udzielała mi reprymendy.

Uśmiechnąłem się w odpowiedzi.

- Wiedziałam, że miałeś zamiar. I jeszcze jedno, Till... Gdybyś nie odrzucił tego cholernego noża... Mógłbyś mnie zabić. Wiesz o tym?

- Chwyciłem go w taki sposób, że nie mógłbym nim zaatakować.

Nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Zamyślona, pokiwała tylko głową, z pewnym rodzajem pochwały.

- To dobrze... Musisz pozbyć się... skrupułów. Być zwierzęciem. Nie chciałabym żeby cię od razu zabili, bo okażesz się za miękki. Nie rozczaruj mnie, Lohengrin.

Znów skinąłem głową, przyjaźnie patrząc jej w oczy. W geście pożegnania uniosła zdrową rękę i zaczęła się oddalać. Po drodze podniosła z ziemi swój nóż.

Ja musiałem iść w drugą stronę. Dopiero wtedy, gdy emocje opadły, zorientowałem się w jakim jestem stanie. Ból nie był paraliżujący, ale wyjątkowo dokuczliwy. Kulałem na jedną nogę. Byłem cały umorusany w błocie i łuk brwiowy mi krwawił.

Kiedy wszedłem do domu, Dima akurat znajdował się w przedpokoju. Zmierzał właśnie z kubkiem kawy do swojego gabinetu.

- Kto cię tak urządził, Till? - zapytał, po części zszokowany, odrobinę rozbawiony.

- Nina Andriejewna - odparłem, ściągając zabłocone buty.

Wykrzywiłem się z bólu, ale nie usiadłem. Nie chciałem wyglądać niezdarnie.

- Andriejewna... - zamyślił się Dima. - Będzie dobrym żołnierzem.

Spojrzałem na niego zdziwiony.

- Obijają mi się o uszy informacje o nowych rekrutach i ich postępach. Muszę wiedzieć, kogo stawiać na pierwszej linii frontu jako mięso armatnie, a kto zasługuje na to, aby go oszczędzić.

Zabrzmiało to wyjątkowo paskudnie, ale nie skomentowałem. W mojej głowie odezwały się słowa Niny „...pozbyć się skrupułów. Być zwierzęciem.“ Czy to... było właściwe? Nie, właściwe nie było w żadnym razie, ale za to jak najbardziej konieczne.

Buty niezgrabnie walnąłem w kąt i podszedłem do Dimy. Wyjąłem mu z rąk jego kubek i upiłem łyk kawy.

- Za dużo słodzisz - skrzywiłem się nieznacznie.

- A ty za mało - odparł z uśmiechem. - Umyj się. Potem zrobię coś z tą paskudna raną.

Zamilkł, po czym pokręcił głową z udawanym niedowierzaniem i zacmokał.

- Till, Till... Tak się dać kobiecie załatwić.

Spojrzałem na niego wyzywająco. Zemstliwie i z pełnym spokojem upiłem kolejny, bardzo duży łyk z jego kubka. Potem odparłem:

- Nie pozostałem jej dłużny. Obawiam się nawet, że na jakiś czas dostanie lekarskie...

Dima z zaciekawieniem uniósł brwi i czekał na moje dalsze słowa.

- Chyba wybiłem jej bark... Tak to wyglądało.

Pokiwał głową z uznaniem i odebrał ode mnie swoją kawę.

- Trochę szkoda. Ale i tak to, co robicie jest ważniejsze nawet od treningów w oddziale. Słyszałem, że ta kobieta to prawdziwa wariatka. Dużo się możesz przy niej nauczyć.

Skinąłem głową.

- Dziś zaatakowała mnie z nożem.

Roześmiał się na te słowa.

- A to ci dobre.

Nachyliłem się do niego, tak, że prawie zetknęliśmy się nosami i powiedziałem z przekąsem:

- Tak cię rozwesela, że mogła mnie poćwiartować przy odrobinie szczęścia?

- Nie poćwiartowałaby - pacnął mnie w nos. - Jesteś na to za dobry.

- Skąd wiesz? - zapytałem ze śmiechem.

Myślałem, że drażni się ze mną, ale odpowiedział na moje pytanie bardzo poważnym tonem:

- Till, jestem na szczycie tej misternej konstrukcji, którą wybudowałem. Widzę wiele.

Uśmiech zszedł mi z twarzy, gdy to usłyszałem. Poczułem się zakłopotany, a jednocześnie zrobiło mi się naprawdę przyjemnie z powodu tej oczywistej pochwały. Uśmiechnąłem się znowu - promiennie, dziecięco, z całą mocą. Dima przymknął oczy na ten niewinny, radosny uśmiech; wyraźnie był mu nie w smak.

Dotknął dłonią mojej twarzy i zostawił ją tam na chwilę.

- Wkrótce przyjdzie czas na test. Wiesz... co to znaczy? - taksował mnie spojrzeniem, jakby chciał odczytać odpowiedź z moich oczu, nie z słów.

Skinąłem głową, choć nie do końca wiedziałem, o czym mówił. Miałem w głowie tylko mgliste pojęcie, co mógł sugerować. Czy myślał o pierwszej akcji? Czy może o torturowaniu więźniów, o którym słyszałem od Arsena? Bałem się zapytać.

Spoglądał na mnie jeszcze przez chwilę, ale nie powiedział nic więcej. Za jego oczami czaiło się jednak coś surowego, niebezpiecznego, natarczywego. Bez trudu to wychwyciłem i zapamiętałem.

- Idę - uśmiechnął się i skinął do mnie głową.

Patrzyłem na niego, gdy znikał na schodach. Miałem wrażenie, że otacza go ponura i nieprzyjemna aura. Aura, która wiele mówiła o teście do którego przyjdzie mi przystąpić.



***



To był chłodny i deszczowy dzień. Otworzyłem oczy o szóstej rano. Na początku, w tym momencie, kiedy człowiek już nie śpi, a wciąż nie jest obudzony, pomyślałem, że przyczyną mojego przerwanego snu były krople deszczu, które wściekle bębniły o parapet. To było tylko kilka leniwych, sennych sekund zanim dzień tak naprawdę się zaczął i nabrał tempa. Kilka chwil, w ciągu których samolot startuje, aby rozpocząć długą drogę, na końcu której ma runąć prosto w przepaść.

Zmarszczyłem brwi. Zdało mi się, że słyszę coś, co przecina monotonny odgłos deszczu. To były... krzyki. Czyjeś krzyki, rzucane rozkazem słowa... Gdy w pełni zdałem sobie z tego sprawę, poderwałem się z łóżka. Gdzie...? Chyba na zewnątrz... Podszedłem do okna i moim oczom ukazała się zaskakująca scena. Przed domem stał Dima, który szarpał się z jakimś człowiekiem. Dwóch innych mężczyzn pomagało Iwanowiczowi, starając się unieruchomić pojmanego. Nie trwało to długo. Dima uderzył osobnika z pięści prosto w szczękę, co zaowocowało jego upadkiem. Pozostali rzucili się na niego i w ciągu kilku sekund skrępowali go. Podnieśli go za ramiona i niezbyt subtelnie zaciągnęli do wnętrza rezydencji.

Jeszcze chwilę stałem przy oknie, zastanawiając się, co to właściwie znaczy i co powinienem myśleć. Zdawałem sobie sprawę, że scena, którą przed chwilą widziałem jest w jakiś sposób ważna; na pewno nie chodziło o jakiegoś rzezimieszka, który miał zamiar okraść luksusową rezydencję Iwanowicza.

Zszedłem na dół, chcąc odnaleźć Dimę. Na korytarzu trafiłem tylko na dwóch ludzi, których dostrzegłem z okna, ale po Iwanowiczu nie było nawet śladu. Z ich wypranych z emocji twarzy nie potrafiłem niczego odczytać.

- Gdzie jest Dymitr? - zapytałem po prostu, choć zdawałem sobie sprawę jak niezgrabnie to zabrzmiało.

Przybysze jednak kojarzyli mnie ze słyszenia. Coś się im obiło o uszy, że w rezydencji mafijnego króla przebywa obecnie jego młody adept. Nie byli zdziwieni, a przynajmniej nie dali tego po sobie poznać.

- Pan Rodionov jest teraz zajęty - usłyszałem wymijającą odpowiedź.

- Jak bardzo? - zapytałem z natarczywym spojrzeniem.

- Wystarczająco, aby nie mógł się odrywać od swojego zajęcia. Poinformuję go, że pan go oczekuje.

Skinąłem głową, widząc, że nic nie wskóram i zdając sobie sprawę, że dalszy upór byłby po prostu śmieszny. Nie miałem przecież nic istotnego do powiedzenia, nawet jeśli Dima wyłoniłby się teraz z pomieszczenia, w którym aktualnie przebywał.

- Dobrze. Mógłbym wiedzieć, co tu się dzieje? Słyszałem jakieś niepokojące hałasy.

Odwróciłem się już w stronę schodów, chcąc uzyskać wrażenie, że pytanie zostało zadane mimochodem, z umiarkowanym zainteresowaniem. Nie chciałem wyjść na rozhisteryzowanego chłopca, który zasypuje wszystkich w około masą pytań.

- Pan jest tym młodym rekrutem na szkoleniu, czy tak? - zwrócił się do mnie jeden z nich.

Skinąłem głową.

- Pan wybaczy, zapomniałem nazwiska...

- Lohengrin.

- Ach, tak! Lohengrin - pokiwał głową w zamyśleniu, jakby coś analizując. Zapewne to, jak wiele może mi powiedzieć. Biorąc jednak pod uwagę, że tu mieszkałem, stwierdził chyba, że może uszczknąć rąbka tajemnicy.

- Udało się nam schwytać bardzo znaczącego człowieka. Pan Iwanowicz właśnie przeprowadza z nim... rozmowę kwalifikacyjną - przy ostatnich słowach człowiek uśmiechnął się porozumiewawczo.

Ja jednak nie zrozumiałem.

- Rozmowę... kwalifikacyjną...? Na co ma niby zostać zakwalifikowany?

- Na listę żywych... bądź martwych.

Mężczyzna uśmiechnął się o wiele mocniej, najwyraźniej ucieszony z własnego żartu.

Nie powiem, że ta informacja mną wstrząsnęła. Przebywałem już zbyt długo w tym środowisku, abym mógł poczuć się zaszokowany. Odczułem jednak dojmujący niepokój gdzieś na dnie żołądka, który kołatał się we mnie nieznacznie i od czasu do czasu podchodził do gardła.

- Dziękuję - odparłem i udałem się do swojej sypialni.



***



Godziny mijały jedna za drugą, a ja właściwie nie potrafiłem pojąć, na co czekam. Zaistniały bezruch doprowadzał mnie do furii, a jednocześnie myśl o jakimkolwiek ruchu wywoływała we mnie wstręt.

Dlaczego obecna sytuacja wywoływała we mnie takie emocje? Przecież doskonale wiedziałem, czym się zajmuje Dymitr Iwanowicz Rodionov, który od dawien dawna stanowił dla mnie zarówno początek mojego świata jak i jego koniec. Nie, żeby nic innego w moim życiu się nie liczyło; po prostu on był niczym dwa równoleżniki pomiędzy którymi się znajdowałem. Wyznaczał rytm mojego życia jak i jego cel. Tylko, jakiś cudem, w ciągu tych wszystkich miesięcy nie poświęciłem ani dnia na rozważania, że mój najwspanialszy przyjaciel macza dłonie w cudzej krwi.

Tamtego dnia również niewiele na ten temat pomyślałem. Byłem całkowicie zdekoncentrowany i biernie przyglądałem się niebu za oknem. Wzrok miałem właśnie zawieszony na chmurach, gdy do mojego pokoju rozległo się pukanie. Drgnąłem mocno, prawdę mówiąc, prawie podskoczyłem na łóżku. Opanowałem się jednak bardzo szybko.

- Proszę - odparłem pewnym, mocnym głosem.

Do środka wszedł Dima. Był spokojny. Jak zawsze dobrze ubrany. Zdawało mi się jednak, że dostrzegam w nim jakąś zmianę. Chociaż nie była ona namacalna, wiedziałem, że się nie mylę. Zupełnie jakby zaszła tuż pod jego skórą; chociaż wizualnie okazała się nieosiągalna, wyczuwałem ją bez trudu.

- Słyszałem... - zacząłem, ale Dymitr mi przerwał.

- Wiem. Pozwól ze mną.

Jego głos był dziwny; jeszcze go nie słyszałem takiego. To nie był Dima, który z czułością badał moje ciało, który nie skąpił mi pieszczot. To był Dima, którego należało się bać i któremu pod żadnym pozorem nie należało się sprzeciwić.

Podszedł do mnie i włożył mi w dłonie pistolet. Do tej pory nie zauważyłem, że go trzymał. Zimny metal zaciążył w moich rękach.

Spojrzałem na niego, zapewne z całym lękiem, jaki wówczas odczuwałem.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytałem, a mój głos nie zawierał w sobie już ani odrobiny wcześniejszej pewności siebie.

- Że pora na praktyczną lekcję.

Zapadła cisza. Wciąż stał nade mną. Wolno podniosłem na niego wzrok. Jego sylwetka wydała mi się wówczas wysoka, upiorna i nieruchoma. Kobaltowe oczy były zwężone i niezwykle surowe. Wyczytałem z nich jedno; że to nie pora, aby zrobić krok w tył.

- Ostrzegałem cię, Till. Od samego początku - odparł, widząc moje wyraźne wahanie. - Pamiętasz jakie zadałem ci pytanie... wtedy, w Hamburgu?

Wolno pokiwałem głową. W gardle mi zaschło i czułem, że serce zaczęło tłuc mi się w piersi. Nagle zrobiło mi się zimno.

- Powiedz - nalegał.

- Zapytałeś... czy umiałbym zabić człowieka - odparłem i doznałem psychodelicznego wrażenia, że echo moich własnych słów odbiło się w mojej głowie.

- I co odpowiedziałeś? - kontynuował.

- Że... tak.

Przytaknął. Wyciągnął rękę w moją stronę . Wciąż się wahałem i nie wstałem od razu. Dima wydał mi się taki wielki, pełen mocy... dziwnie odległy.

- Będę cię wspierał. Zawsze - szepnął, chcąc dodać mi odwagi. Zacisnąłem zęby i wsunąłem wolną dłoń w jego dłoń.

Była ciepła i wilgotna. Doskonale to odczułem, bo swoje własne miałem zimne i prawie skostniałe.

Podczas drogi właściwie nie potrafiłem myśleć. Jak we śnie wyminąłem mężczyzn, z którymi wcześniej rozmawiałem i zeszliśmy do piwnicy. Nigdy przedtem tam nie byłem.

Dima otworzył mosiężne drzwi i gestem zaprosił mnie do środka. Z wewnątrz dochodziła do mnie tylko ciemność i dziwny, nieznany mi odór. Mieszanina jakichś chemikaliów, bólu i strachu. Przynajmniej teraz tak o tym myślę. Poczułem się zdezorientowany. Zauważyłem, że pomieszczenie było bardzo duże, ale moje oczy tak naprawdę nie przyzwyczaiły się jeszcze do ciemności. Nie musiały. Dima podszedł do ściany i nacisnął włącznik światła. Chwilę potem słaby blask jarzeniówki wypełnił pomieszczenie i... zamarłem.

Do krzesła został przywiązany człowiek. Znajdował się w takim stanie, że właściwie trudno było ocenić jak mógł wcześniej wyglądać lub w jakim był wieku. Miał podbite jedno oko, rozciętą wargę i potargane, pozlepiane krwią włosy. Przynajmniej to zauważyłem od razu. Kiedy się bardziej przyjrzałem, w oczy rzuciło mi się rozcięte, w kilku miejscach przypalone ubranie, ślady po nacięciach i oparzenia. Mężczyzna wpatrywał się we mnie bezmyślnie, z oczami wypełnionymi tępym przerażeniem i obłędem. Z jego zmasakrowanych ust wydobył się cichy jęk.

Cofnąłem się o krok w tył. Przeniosłem wzrok na Dymitra, który stał nieopodal. Było to spojrzenie pełne przerażenia, obrzydzenia i niedowierzania.

- Chcesz mi powiedzieć... że ty... że ty... - nie byłem w stanie skończyć zdania. Usta mi drżały i mimowolnie znów powędrowałem wzrokiem do pojmanego. Poderwał się z krzesła, jakby dopatrując się ratunku w mojej osobie. Cofnąłem się znów o krok. Nie... Nie myśl, że cię uratuję... Błagam, nie patrz tak na mnie...

Dima postąpił kilka kroków w stronę mężczyzny. Coś w sposobie jego chodzenia wywołało moje zdumienie. Nie wyglądałby inaczej gdyby właśnie przechadzał się z fotela do barku, aby nalać nam nieco szampana. Był taki... naturalny. Ten wniosek uderzył we mnie tak bardzo, że miałem ochotę wrzasnąć.

- Ten człowiek, Till - zaczął spokojnym głosem Dima i chwycił ofiarę za włosy. Poderwał jego głowę do góry w niedelikatny sposób. Tamten syknął cicho, ale Dymitra bynajmniej to nie wzruszyło - Nie jest wart więcej niż kupa gówna.

Słysząc takie słowa, poderwałem wzrok do jego twarzy. Wpatrywał się we mnie. Prosto w oczy. Nie przerwałem kontaktu.

- Wiesz, kim on jest? To szpieg z Sołncewa. Ten, który postrzelił Wasię. I tak się składa - przekręcił jego głowę szybkim ruchem, na co tamten wrzasnął z bólu. - Że dostał zadanie, aby dokończyć swojego dzieła. Źle mówię? - tu zwrócił się do związanego mężczyzny, na co tamten energicznie pokiwał głową.

- Powiedz to! - krzyknął Dima.

Przeszyły mnie dreszcze. W tym krótkim rozkazie było tyle jadu i nienawiści, że niemal nie mogłem w to uwierzyć.

A jednak to działo się naprawdę. Tuż przed moimi oczami.

- Ja... chcalem... zab...ic - wybełkotał tamten.

Dopiero teraz się zorientowałem, że ma także wybite zęby.

- Widzisz? - Dymitr znów spojrzał w moją stronę.

To nie była gra. To była część jego osoby, część której jeszcze nie znałem.

- Zrozum, Till... To, co teraz się dzieje, to nie jest okrucieństwo. To jest konieczność. Gdybyś trafił w ich szpony znajdowałbyś się w dokładnie takim samym położeniu jak ten gad - odparł protekcjonalnie i obrzucił mężczyznę pełnym pogardy spojrzeniem.

Przywołał mnie gestem ręki. Czułem, że cały drżę, ale posłuchałem. Z bliska patrzenie na związanego okazało się jeszcze trudniejsze. Wyglądał jak ochłap mięsa. I te jego oczy... ogromne i chore ze strachu, jak oczy zwierzęcia złapanego w sidła.

- Oddaj mi broń - polecił mi.

Nie zrozumiałem, ale wykonałem polecenie. Przez krótką chwilę, dosłownie ułamek sekundy, ogarnęło mnie wątpliwe uczucie ulgi. Może jednak nie każe mi...? Ta złudna nadzieja bardzo szybko została mi odebrana.

- Uderz go - powiedział pewnym głosem.

Spojrzałem na niego, jakby postradał zmysły. Patrzył na mnie nagląco, ale nie zareagowałem. Pokręciłem głową z niedowierzaniem, nie mogąc uwierzyć... że ja... że Dima... Nie, to nie mogło dziać się naprawdę!

- Nie zrobię tego - odparłem.

Zrozumiałem, że był to pierwszy raz, kiedy sprzeciwiłem się Dymitrowi. Ogarnęły mnie zarówno strach jak i ekscytacja. W głowie kołowało się nerwowe pytanie; co teraz?

Spostrzegłem jak oczy Dimy nagle pociemniały, zęby się obnażyły, a cała jego twarz wykrzywiła w dziwnym, makabrycznym grymasie.

- Powiedziałem: uderz go! - wrzasnął na całe gardło. Jego krzyk odbił się od ścian piwnicy.

Cały drżałem i ledwo trzymałem się na nogach. Pod żadnym pozorem nie mogłem się opanować. Pot oblepiał całe moje ciało, zupełnie jakby trawiła mnie gorączka.

- Dima...- zacząłem, przepełnionym emocjami głosem.

- Obiecałeś mi coś... - tym razem odezwał się nerwowym szeptem, ale było to bez znaczenia. Miałem wrażenie, że jego głos pulsował mi tuż pod czaszką. - Już nie możesz się wycofać. Jeśli teraz tego nie zrobisz, Till... Zginiesz bardzo prędko. Musisz nauczyć się być okrutny. Musisz umieć zabijać. Jeśli nie posiądziesz tej umiejętności... Nic cię nie uratuje. Ja cię nie uratuję.

Złapałem się za głowę. Wszystko przede mną wirowało, rozmazywało mi się przed oczami... Wciąż tylko widziałem... te oczy... bezbronnego zwierzęcia.

Przetarłem sobie powieki i wbiłem wzrok w Dymitra w poszukiwaniu pomocy... rady... czegokolwiek.

- Pomyśl o tym w ten sposób. Ten skurwysyn - znów spojrzał na skrępowanego człowieka. - Jest tylko wszą - uniósł brwi i uśmiechnął się nieznacznie. - Niczym więcej. Czy nie zabiłeś nigdy wszy, Till? Komara, pająka, czy innego robactwa? Jego istnienie nie ma żadnej wartości. Bez kogoś takiego jak on... świat będzie lepszy.

Nerwowo przełknąłem ślinę i zamrugałem, starając się zrozumieć.

- Jak to, lepszy?

- Myślisz, że zrobił w swoim życiu coś dobrego? Potrafi tylko zabijać, kurwić się i kraść. Jeśli go zabijemy... społeczeństwo tak naprawdę nie dozna żadnego uszczerbku. Wręcz przeciwnie. Czy nie tak...?! - zakrzyknął do więźnia.

Nie odezwał się ani słowem, co z resztą nie jest zaskakujące. Jak mógłby wyrazić zgodę na własną śmierć?

- No powiedz! - wrzasnął Dima i uderzył go prosto w szczękę. Jego głowa odskoczyła w bok, ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Dymitr wściekle wyszczerzył zęby i mocno chwycił więźnia za podbródek. Miałem wrażenie, że oczy zaraz wyjdą mu z orbit. Przeraźliwie się bał i cały się trząsł, nie odrywając wzroku od swojego oprawcy.

- Dima... Czy to koniczne... Czy...? - zacząłem niepewnie.

- To jest konieczne - odparł twardo. - To biznes, w którym najmniejsze zawahanie kosztuje cię dużo za dużo. Więc...?

- Skąd wiesz - próbowałem znów kontratakować. - Że on jest takim zwyrodnialcem?

Dymitr parsknął, jakbym zadał wyjątkowo głupie pytanie.

- Bo ich znam. Wszyscy z nich... tacy są. Zrób to, Till. Czy to takie trudne? A może potrzebujesz wskazówki? - zapytał lekkim tonem i znów zaatakował pojmanego. Tym razem kopnął go prosto w brzuch. Tamten zawył wściekle.

- Pro..szhe, nie! N-nie! - wyrzucił z siebie. - Blagam, zrobie co zechceż!

Dima uśmiechnął się do niego, co odebrałem jako groteskowe i absurdalne.

- Tak się składa przyjacielu, że już niczego od ciebie nie potrzebuję. Till?

Podszedłem tuż do skazańca. Starałem się nie widzieć ani jego zmaltretowanej twarzy, ani jego spojrzenia. Na chwilę zamknąłem oczy. On prawie zabił Wasyla. Myśl o tym w taki sposób, powtarzałem sobie. Jest mordercą. Zasługuje na to...

Przed moimi oczami znów stanął Artur i poczułem jak coś mocno się we mnie ścisnęło. Wszystko wokół mnie wciąż tak straszliwie wirowało. Mieszało się ze sobą... Plotło w jeden, długi warkocz argumentów i podjętych już decyzji, warkocz, który zacieśniał się wokół mojej szyi. Czy byłem tylko marionetką Dimy? Czy nie mogłem nic poradzić na przebieg wypadków?

Z drugiej zaś strony sam się na to zgodziłem... Wprosiłem się w życie, jakie prowadził. Jak więc mógłbym mieć do niego pretensje?

Tylko jak... jak mam zabić bezbronnego człowieka? Jak mam uderzyć kogoś, kto nie może się bronić? Potrafiłem zadawać ból. Ale na polu walki to było coś innego... Tam każdy miał równe szanse.

Nagle poczułem dotyk na ramieniu. Otworzyłem oczy.

- To nieuniknione - rozległ się jego cichy, niemal kojący głos. - Robię to dla ciebie.

- Nie mam wyboru? - spytałem cicho.

- Nie. Nie w takim świecie.

Nie myślałem. Jego dłoń wciąż spoczywała na moim ramieniu, uniemożliwiając mi krok w tył. Zacisnąłem dłoń w pięść.

Zwyrodnialec... Morderca... Zasłużył...

Pierwsze uderzenie w opuchniętą już twarz.

A kim ty jesteś, żeby wymierzać ludziom sprawiedliwość za ich grzechy...?

Krzyk, wrzask, nie wiem już czy wydobywający się z moich czy z jego ust.

- Dobrze. Jeszcze.

Drżenie moich warg i kolejne mocne uderzenie. Spojrzenie jego przerażonych, błagalnych oczu.

Czy nie zawsze powtarzałeś sobie, że jesteś ponad innymi, ponad tą szarą masą? Czy to nie daje ci prawa, aby zostać sędzią takich jak ten tutaj?


Krew na knykciach... nie moja własna krew. Wzrastające torsje. I ciągły wrzask w mojej głowie. Kto krzyczał...? No kto? Czy to ja...?

Kat. Skurwysyn. Oprawca bezbronnych...

Nie wiem ile minęło czasu ani ile wymierzyłem razów, zanim Dima włożył mi pistolet w dłonie. Serce tłukło się w mojej piersi jak szalone. Ręce drżały tak mocno, że nie potrafiłem utrzymać broni. Mocne, silne palce Dimy mi pomogły. Przylgnęły do moich własnych dłoni, aby pistolet nie upadł na podłogę.

- Pamiętaj. Świat nie potrzebuje takich jak on.

Skinąłem głową, bardziej chyba po to, aby dodać sobie odwagi.

- Dima... Ja...

- Ciiii... - przerwał mi i wolno, pieszczotliwie zsunął ręce z moich dłoni. Trzymałem pistolet o własnych siłach, ale miałem wrażenie, że ważył co najmniej z tonę.

Wymierzyłem prosto w głowę zakrwawionego mężczyzny. Wpatrywał się we mnie do ostatniej chwili. Bez przerwy. Przestał już nawet krzyczeć. Twarz wykrzywił mi spazm bólu, a oczy wypełniły się łzami.

- Zrób to, Till.

Przełknąłem łzy i delikatnie przesunąłem palcem po spuście. Był zimny i twardy. Oblizałem wargi.

- Przepraszam.

Uszy mnie zabolały od huku wystrzału. Hałas wypełnił całe pomieszczenie, odbił się od ścian, osiadł na dnie mojego umysłu, niemal rozerwał mi bębenki.

Morderca...


Miałem w oczach łzy i właściwie nie widziałem człowieka już od chwili przed wystrzałem. Teraz jednak odruchowo zamrugałem i... przejrzałem.

Osunąłem się na podłogę, przyciskając dłoń do ust i starając się nie zwymiotować. Wyplułem z siebie samą żółć, jako że nic tego dnia jeszcze nie jadłem. Odnosiłem wrażenie, że ta żółć pochodziła nie tylko z mojego żołądka, ale również z duszy. Wstrząsały mną spazmy bólu i kolejne mdłości. Co chwilę zachłystywałem się powietrzem i łzami.

Jak ja...? To... Tutaj...

To się nie mogło stać.

Nie mogłem zebrać myśli. Wyczuwałem jednak delikatny dotyk na swoich plecach. Czuły i uspokajający dotyk smukłych, ciepłych palców. Dotyk, który przypominał mi, że stanąłem na ślubnym kobiercu z samym diabłem.

* http://www.youtube.com/watch?v=Q_k-9wztWc0

10 komentarzy:

  1. Ninka czyta :* Jest już późno, więc na więcej mnie nie stać, ale czytam i kibicuję, i bardzo bardzo mi się podoba <3

    OdpowiedzUsuń
  2. O Boże.. To było świetne! Jeju.. Aż mi się gorącą zrobiło.. Normalnie nie wiem od czego zacząć.. Dimitr w tym rozdziale bezsprzecznie pokazał, że jest na szczycie i że na ten szczyt zasługuje.. Władczy, bezwzględny, nieugięty. No i Till... Zrozumiał wreszcie na co się zdecydował.. To było świetne, to jak Dima kazał mu uderzyć więźnia, jak kazał mu go zabić... Te emocje i myśli.. Najpierw sprzeciw, panika, chęć ucieczki, żeby ostatecznie wypełnić swoją powinność... Super to pokazała, naprawdę aż brak mi słów.. Jak to czytała to myślałam sobie "Głupi Dima, nie zmuszaj Till'a", a później "Kurcze.. Przecież Dima musi kazać Till'owi to zrobić. Bo jeśli Till nie da rady, to będzie jego koniec." W pewnym momencie(kiedy Till powiedział nie), miałam wrażenie, że Dima go uderzy.. Poza tym ta sytuacja z Arturem tez była osobliwa.. Kim jest ten gościu, że widzi tak wiele? Mam wrażenie, że z nim to jakieś problemy będą.. Ehh.. Tak namieszać Till'owi w głowie.. Niezmiernie irytuje mnie ta postać.. Ale to takie moje osobiste zdanie:P
    Cały rozdział cudowny.. Nawet ciężko jakoś skopić się na poszczególnych elementach, bo wszystko tworzy piękną całość..
    Weny życzę i pozdrawiam:*
    Sihai

    OdpowiedzUsuń
  3. Po przeczytaniu tego rozdziału, przez długi czas próbowałam coś napisać i... wychodził mi tylko nieskładny bełkot. Końcówka rozdziału wywarła na mnie tak ogromne wrażenie, że aż zaczęły drżeć mi dłonie! Chyba trochę za bardzo wczułam się w postać Tilla i przejęłam się tymi wydarzeniami, bo choć od przeczytania notki minęło ponad 20 minut, wciąż czuję się nieswojo...
    Mimo wszystko, podobało mi się. Uwielbiam to opowiadanie za realność postaci i cudowne zwroty wydarzeń. Trzymaj tak dalej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sihai: Dziękuję za rozbudowany komentarz! Cieszę się, że kulminacyjna scena wyszła mi tak emocjonalna jak chciałam. Co do Artura, ja osobiście bardzo go lubię. Mam jakąś słabość do ponurych, poważnych dzieciaków (Spatrzenie po Kuroshitsuji, a później też po Gantzu ^^' )


      Rei: Bardzo dziękuję! Rozdział zawiera dość ważny zwrot, dlatego jestem bardzo ciekawa reakcji czytelników ;) Cóż, Twoje drżenie rąk jak najbardziej mnie satysfakcjonuje, bo to dowodzi, że moja pisanina oddziałuje w pewien sposób na emocje czytelników. Pozdrawiam ;)

      Usuń
  4. Kocham! Kocham, kocham, kocham, kocham! x3

    ...
    ...
    ...
    Czekam na więcej!
    S.

    OdpowiedzUsuń
  5. Potwierdzam to, co napisała Sheva. Kocham ten rozdział, kocham "złego" Dimę, który udowadnia kim jest naprawdę. Cieszę się, że Till wreszcie pojął czym naprawdę jest "zabawa" w mafię. Z niecierpliwością czekam na to co będzie dalej :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ojeeeej.... W zeszłym rozdziale tak miło, sielankowo, a teraz obrót o 180 stopni. Czytałam oba te rozdziały jeden po drugim, bo dłuuugo neta nie miałam i ten nagły zwrot przyprawił mnie o szybsze bicie serca. Nie mogłam się oderwać od tego tekstu. Te wszystkie emocje, które z Tilla wypływały w końcowej scenie - czułam się tak, jakbym to ja trzymała ten pistolet. Naprawdę, masz wspaniały talent do przelewania emocji na papier, a z papieru do czytelnika. Dima też był niesamowity - pokazał Tillowi, że miłość miłością, ale to on tutaj jest szefem i sprzeciwu żadnego nie zniesie. Doskonale rozumiem dlaczego to zrobił, dlaczego kazał Tillowi tak nagle zabić, bez podarowania mu szansy na "oswojenie się" z tą myślą (o ile można oswoić się z tym, że zaraz się kogoś zabije). Dymitr wie, że jeśli Till nie będzie zdolny do zamordowania kogoś z zimną krwią to sam zginie szybciej niż pomyśli.

    Ale moim ulubionym fragmentem w tym rozdziale był ostatni akapit. Bardzo mi się spodobał kontrast w tym malutkim fragmenciku: "Wyczuwałem jednak delikatny dotyk na swoich plecach. Czuły i uspokajający dotyk smukłych, ciepłych palców." - z tego zdania wypływa taki spokój, błogość, przekonanie, że już po zabójstwie, że teraz wszystko będzie dobrze. "Dotyk, który przypominał mi, że stanąłem na ślubnym kobiercu z samym diabłem" - bach, nie ma sielanki, wracamy do rzeczywistości.

    Życzę Ci z całego serca, aby wena Ci sprzyjała i aby leniwi czytelnicy, którym nie chce się komentować nie sprawili, że stracisz motywację do pisania. Dla mnie to opowiadanie jest chyba najlepszym opowiadaniem z wątkiem homoseksualnym, jakie czytałam. Z miłą chęcią zobaczyłabym je u siebie na półce w wersji książkowej. :)

    Pozdrawiam serdecznie,
    Adula. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. S., również kocham za doping xD

    Anonimie: Dzięki bardzo ;) Cóż, złudzenia kiedyś opadają i Till w końcu musi się zmierzyć z tą świadomością i postanowić, co zechce z nią zrobić.

    Adula, bardzo dziękuję, szczególnie koniec Twojego komentarza przypadł mi do serca ;) Jeszcze nikt mi nie wyraził pragnień co do posiadania wersji książkowej, heh :P Strasznie fajnie, że zajmuję Twój numer jeden w tej kategorii ;) Fajnie, fajnie.

    Twoje reakcje są jak najbardziej pożądane, bo chciałam właśnie wywołać jakieś odczucia nagłym kontrastem pomiędzy rozdziałami. Sielanka się skończyła i o ile nie mam zamiaru popadać w angst (przynajmniej w tej chwili), to fragmentów idyllicznych raczej nie przewiduję. Relacja Tilla i Dimy przebrnęła już przez etap idylli i wzajemnego zapatrzenia w siebie, teraz zamierzam się skupić na akcji i strukturze relacji problematycznych. W detale może wgłębiać się teraz nie będę, bo mija się to z celem. Przeczytasz w kolejnej części, jak tylko znajdę czas, aby dokończyć następny rozdział ;))

    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  8. Kiedy następny? Wiesz jak się niecierpliwię? Jestem tu kilka razy dziennie. ;>

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie będę kopiowała komentarzyska z Yaoifana, bo to się mija z celem. Kochana, spytam tylko: radzisz sobie z pisaniem? Mam olbrzymią ochotę na Twoją pisaninę i z niecierpliwością wypatruję codziennie nowego literowiska. Sporo roboty, trochę stresów - Siódmy jest czymś, co zdecydowanie umiliłoby mi na całkiem prywatne pół godzinki życie. <3
    Życzę Ci dużo czasu oraz jeszcze więcej siły na spisanie pomysłów. Nie mogę się doczekać kolejnej części, jak i związanych z nią przeżyć Tilla po swojej pierwszej prawdziwej robocie. Czym się. ^^

    OdpowiedzUsuń